Ruark R810 to zintegrowany system audio, który jest – w pewnym sensie – niezwykle ciekawym rozwinięciem koncepcji znanej z recenzowanego wcześniej modelu R410. Napisałem „w pewnym sensie” dlatego, że najnowszy, znacznie większy R810 nawiązuje także do urządzenia, jakie w latach 50-tych i 60-tych była w Wielkiej Brytanii znane pod nazwą „radiogram”. Można by tutaj zadać pytanie: czymże ten cały „radiogram” był? Otóż pod tą nazwą skrywał się mebel, który łączył w sobie funkcje radia, gramofonu, wzmacniacza oraz głośników. Stąd właśnie „radiogram” od połączenia słów „radio” oraz „gramophone”. I o ile zarówno w przypadku zarówno Ruarka R410, jak i także najnowszego R810 wbudowanego czy też w jakikolwiek sposób zintegrowanego gramofonu nie uświadczymy, to przyznać trzeba, że – zwłaszcza w przypadku modelu R810 – nawiązanie do koncepcji „grającego mebla” jest już jak najbardziej uzasadnione.
Wspominam o tym także dlatego, że o ile właśnie R810 można by potraktować, jako takie „większe”, „cięższe” i ogólnie „lepsze” rozwinięcie koncepcji znanej z R410, to jednak upatrywałbym w tym urządzeniu jednak czegoś zupełnie innego. Otóż właśnie w przypadku R810 możemy już jak najbardziej mówić o wspominanym „grającym meblu. Bo jest on nie dość, że znacznie większy (ma aż metr szerokości!), to na dodatek producent dodaje do niego dedykowane, chromowane nóżki, z którymi R810 wygląda zdecydowanie najlepiej. Oczywiście, dalej możemy go – podobnie, jak R410 – na czymś postawić. Jednakże trudno tutaj będzie oprzeć się wrażeniu, że w przypadku najnowszego Ruarka – zupełnie nie o to chodzi.
Bo jest to też takie urządzenie, po którym po prostu od razu widać, że ostatnią rzeczą, o jakiej myślał producent przy jego projektowaniu było, aby postawić je gdzieś z boku, w kącie, niekoniecznie na widoku. Zwłaszcza, że stylistyka R810 jest niezwykle ciekawa i jest to urządzenie, które może stać nawet w bardziej centralnym punkcie pomieszczenia.
Inną oczywiście kwestią będzie też to, że najnowszy R810 jest ponad dwa razy droższy od mniejszego R410. I ktoś złośliwy mógłby teraz powiedzieć, że za te 16 tysięcy złotych – bo tyle najnowszy R810 kosztuje – można by kupić kompletny system audio składający się z odseparowanych elementów. No można – tyle, że można też śmiało postawić tezę, iż potencjalni zainteresowani zakupem urządzenia takiego, jak R810 skwitowaliby to stwierdzeniem: „no i co z tego?”. Bo śmiem twierdzić, że ktoś, kto będzie rozważał zakup akurat R810 – będzie właśnie chciał takiego konkretnie urządzenia. Czyli urządzenia zintegrowanego, czy też, jak to się ładnie w obcym języku mówi: „all-in-one”. A przy tym zapewniającego dostęp do wszystkich dobrodziejstw streamingu, dobrze grającego i po prostu sprawdzającego się w takim codziennym, zwykłym można by rzec, użytkowaniu.
Kilka dość konkretnych – i z technicznego punktu widzenia ważnych – zmian konstrukcyjnych w stosunku do modelu R410 sprawia, że wobec najnowszego R810 można jak najbardziej mieć całkiem spore oczekiwania. Dlatego też przyjrzymy się najnowszej propozycji marki z brytyjskiego Southend-on-Sea z bliska. I to zarówno od strony praktycznej, jak i też od tej w sumie najważniejszej dla nas – czyli brzmieniowej.
Ruark R810 – „radiogram” w nowoczesnym wykonaniu
Pierwszą rzeczą, jaka rzuci nam się w oczy już na etapie wyciągania Ruarka R810 z pudełka będą oczywiście jego spore rozmiary. Opakowanie mieszczące zarówno samo urządzenie, jak i dołączony do niego stelaż (o tym dalej) ma, postawione pionowo, około 110 cm wysokości. A to dlatego, że szerokość samego R810 – jak już wspominałem na wstępie – to dokładnie metr. Jeżeli nie zamierzamy skorzystać z dołączonego standu, i będziemy chcieli ten akurat model Ruarka na czymś postawić, to trzeba też brać poprawkę nie tylko na jego szerokość, ale i na całkiem sporą – bo wynoszącą 27 Kg – wagę. Przy czym warto rozważyć jednak skorzystanie z dołączonego standu, bo na nim Ruark po prostu wygląda lepiej i staje się niejako w naturalny sposób samodzielnym bytem. Czyli poniekąd takim „radiogramem” – ale już w jak najbardziej nowoczesnym wykonaniu.
