Auralic Vega G2.2 – recenzja

Oczywiście będzie to pewnego rodzaju uproszczenie oraz uogólnienie, ale jednak. Nie mam tutaj na myśli oczywiście jakichkolwiek odstępstw od neutralności, czy jakiejkolwiek brzmieniowej kombinatoryki. A po prostu coś zupełnie innego. Otóż Auralic, także ze względu na zastosowaną technologię (moduły Orfeo w Klasie A czy zaaplikowane w FPGA filtry cyfrowe, o samej platformie strumieniującej już nie wspominając), zawsze oferował pewien zestaw cech brzmieniowych, na które zdawał się kłaść szczególny nacisk. Przy czym łatwiej to będzie określić, wskazując na to, jak flagowe przetworniki Auralica nigdy nie grały. Otóż nigdy nie było to brzmienie rachityczne, wątłe, szczupłe w barwie. A jednocześnie przy całym swoim nasyceniu – Auralic łączył właśnie tę saturację z dużą dawką precyzji. I można to powiedzieć nie tylko o recenzowanym dawno temu, pierwszym przetworniku z serii Vega, ale także o kolejnych jego, oczywiście znacznie lepszych (i droższych!) iteracjach takich, jak chociażby Auralic Vega G2.1, którego recenzja także na naszych łamach się wcześniej pojawiła.

Auralic Vega G2.2

Innymi słowy, począwszy od pierwszej Vegi przetworniki pana Wanga były urządzeniami niezwykle ciekawymi. I to nie tylko soniczne, ale też chociażby ze względu na to, że Auralic już w debiutanckim przetworniku serii Vega użył układu FPGA (Field-Programmable Gate Array), w którym zaimplementowano filtr cyfrowy. Analogicznie, także w pierwszej Vedze zaimplementowano moduły Orfeo pracujące w Klasie A. Moduły te są dość ciekawe same w sobie, bo są de facto zainspirowane układem znajdującym się w analogowej konsolecie mikserskiej Neve 8078. I do nich także – w kontekście brzmienia i nie tylko – jeszcze wrócimy.

Jednocześnie jest jeszcze inny, naprawdę wcale nie mniej ciekawy w tym wszystkim kontekst, jeżeli chodzi o ten akurat przetwornik. Otóż zmiany w jego konstrukcji mogą okazać się – patrząc poprzez pryzmat rezultatu docelowego, czyli brzmienia – dużo bardziej istotne, aniżeli sama zmiana liter (z G2.1 na G2.2) w nazwie. W sumie to dobrze by było, bo tak też się składa, że – na tę chwilę – flagowe źródło Auralica jest jednak droższe od poprzedniego (czyli G2.1). A co za tym idzie – większe powinny być także i nasze w stosunku do niego wymagania. Na tę chwilę Auralic Vega wyceniony jest na 38 tyś. Złotych, a przy tej cenie można już mieć bardzo konkretne oczekiwania. Bo o ile to wciąż sporo mniej, aniżeli chociażby recenzowany niedawno Moon 791, to jednak trudno jest tą kwotę uznać w jakikolwiek sposób za drobne.

Auralic Vega G2.2

Auralic Vega G2.2 – ewolucja, czy rewolucja?

Przyznam szczerze, że chwilę mi zajęło, zanim rozeznałem się w tym, co de facto w Auralicu pomiędzy wersją G2.1 a G2.2 flagowego na tę chwilę (bo niebawem ma przecież wyjść jeszcze nowsza i sporo w sumie droższa seria G3) przetwornika zmieniono. I jednocześnie zmiany te są istotne z co najmniej dwóch powodów. Pierwszy będzie tutaj dość oczywisty, jednakże warto o nim chociaż pobieżnie wspomnieć. Otóż kupując nową wersję danego urządzenia, która – jakby nie było – jest jednak droższa od, skądinąd bardzo dobrego, poprzednika – będziemy naturalnie oczekiwać, iż będzie ona po prostu lepsza. I to nie tylko od strony stricte technicznej, ale także, a może przede wszystkim brzmieniowej. Wspominam o tym również dlatego, że wcale nie jest to takie oczywiste, iż w dzisiejszych czasach aplikacja nowych rozwiązań konstrukcyjnych będzie jednoznacznie pociągać za sobą pozytywne zmiany w brzmieniu. Drugą zaś kwestią jest kontekst, o jakim wspomniałem powyżej. Czyli to, że Auralic Vega z serii G2 może de facto stać się centrum całego systemu, toru audio. I to właśnie w takim kontekście te zmiany pomiędzy wersjami G2.1 a G2.2 mogą okazać się po prostu dużo bardziej istotne. I także, co tu dużo mówić – po prostu przyszłościowe.