Auralic Vega – recenzja.

Kilka słów wprowadzenia

Auralic Vega to, oprócz streamerów z serii Aries (czyli Aries, Aries LE oraz Aries Mini) chyba najbardziej znany produkt firmy z Pekinu. Nie jest to jednocześnie produkt najnowszy. Przykładowo nowsze są chociażby seria G2, czy Polaris, którego recenzję przeczytacie Państwo już niebawem na łamach tego serwisu. Auralic Vega to jednocześnie przetwornik cyfrowo-analogowy, który swego czasu, na tak zwanym „zachodzie” wywołał dość sporo zamieszania. Jego recenzje były jak najbardziej pozytywne, żeby nie powiedzieć, że entujastyczne. Inną kwestią jest to, że o ile w przypadku streamerów z serii Aries oraz urządzenia all-in-one, jakim jest Polaris, dużą rolę w całościowym odbiorze odgrywało też oprogramowanie, czyli platforma DS Lightning, to w przypadku Vegi jest inaczej. Tutaj mamy do czynienia „tylko” z przetwornikiem analogowo-cyfrowym. Oczywiście, nie jest to też taki pierwszy lepszy przetwornik. Zastosowano w nim przecież kilka dość ciekawych rozwiązań, natomiast urządzenie nie może się już posiłkować w całościowym „odbiorze” bardzo dobrym oprogramowaniem, jakim z pewnością jest platforma DS Lightning. Jak zatem Vega wypada, jako przetwornik cyfrowo-analogowy?


Brzmienie.

Pozwolę sobie nie dość, że na odwrócenie kolejności recenzji, co od razu odpowiem na zadanie powyżej pytanie: Vega wypada bardzo dobrze. Sztandarowy przetwornik analogowy-cyfrowy firmy Auralic bardzo spójnie i od początku do końca realizuje swoją filozofię brzmienia. Co więcej, w niektórych systemach urządzenie to może wypaść spektakularnie. Jednocześnie też nie wyobrażam sobie, aby w większości sytuacji nie wypadło po prostu co najmniej, dobrze.

Dlaczego?

Otóż Vega gra przede wszystkim bardzo analogowo i przestrzennie. I to też jest tak, że te cechy brzmienia: barwę i prezentację przestrzenii – słychać od razu. Co więcej, wrażenie to wcale nie mija, ani nie przygasa z czasem. Wręcz odwrotnie – im dłużej się Auralica słucha, tym bardziej przetwornik ten wciąga. Przy czym, owszem, nie idzie on jednocześnie w stronę maksymalnej precyzji. Nie ma tutaj cyzelowania każdego dźwięku, czy też dwojenia się i trojenia, aby każdy detal pokazać z maksymalnym kontrastem. Nie, tutaj chodzi o barwę, nasycenie, wypełnienie dźwięków. Dźwięków, które są jednocześnie podane na bardzo dużej, szerokiej i głębokiej płaszczyźnie doskonale wybudowanej sceny.

W recenzji nowego Brooklyn DAC+ Myteka napisałem ostatnio, że to właśnie scena i barwa są jego mocnymi stronami. Bo faktycznie są. Vega natomiast pokazuje, co się dzieje w przypadku urządzenia droższego, które te akurat dwie cechy ma na wysokim, w stosunku do ceny, poziomie. Otóż dostajemy przede wszystkim bardziej porywający spektakl dźwiękowy. Przy czym, nie ma też tutaj mowy o jakimś poluzowaniu całościowej prezentacji. Bo w tej wszystko trzyma się akurat przysłowiowej całości. Faktycznie, w porównaniu do urządzeń prezentujących inną specyfikę, czy też szkołę dźwięku, basu jest na przykład w prezentacji proponowanej przez Vegę nieco więcej, zwłaszcza niskiego.

Całościowa, spójna koncepcja brzmienia

Ma on także inny charakter, ale właśnie taki bas pasuje do całościowej koncepcji Vegi. Bo jest to brzmienie, które ma wciągać i otaczać słuchacza, które ma przede wszystkim dać mu jak najwięcej muzyki, bez specjalnego analizowania technicznych zawiłości dźwięku. Pomimo tego, że ten bas jest pół kroku w stronę wypełnienia a wysokie tony pół kroku w stronę brzmienia słodkiego i perlistego, to wciąż skraje pasma mają należytą, obiektywnie dobrą kontrolę i definicję. Jednocześnie o żadnych wycieczkach powodujących brak spójności brzmienia – nie ma tutaj w żadnym przypadku mowy. Jeszcze raz to podkreślę: tutaj wszystko do siebie doskonale pasuje, wpisując się w spójną koncepcję dźwiękową urządzenia.

Należy zwrócić jeszcze uwagę na dwie kwestie…

Obie może mniej oczywiste, natomiast może się okazać, że równie ważne, co barwa i przestrzenność. Vega gra bardzo płynnie. A na dodatek – dźwięk jest pozbawiony jakichkolwiek oznak szklistości, metaliczności i granulacji. I dotyczy to wszystkich ustawień filtrów cyfrowych, które co prawda wyczuwalnie zmieniają charakter urządzenia, to jednak podstawowe jego cechy pozostają bez zmian. Dlatego też napisałem na początku, że przetwornik ten może zagrać spektakularnie. Bo sprawdzi się w transparentnych na barwę i generowanie przestrzenii systemach, które uzupełni, jako kompetentne źródło, które nic nie zepsuje. Przy czym: proszę wziąć pod uwagę, że jest to jednocześnie DAC, który realizuje swoją koncepcję brzmienia, która
o ile nie odbiega w jakiś sposób od neutralności, bo na tym pułapie nie może być o tym mowy to jednocześnie nie dzieli dźwięków skalpelem – jego zalety leżą zupełnie gdzie indziej. Jednocześnie realnie tutaj sprawdzają się różne ustawienia filtrów cyfrowych, bo różnice między nimi, są dość – rzekłbym spore – zwłaszcza pomiędzy trybami „1” i „4”. Przy czym wcale nie da się powiedzieć, że któryś jest wyraźnie lepszy: wszystko będzie zależeć od muzyki, systemu oraz indywidualnych preferencji.

 

Kilka słów o budowie urządzenia.

Patrząc na tylną ściankę, jest to jak najbardziej klasyczny przetwornik cyfrowo-analogowy. Z tyłu znajdziemy komplet cyfrowych gniazd wejściowych: dwa koaksjalne, jedno optyczne (Toslink), AES oraz oczywiście – asynchroniczne USB. Jako wyjście mamy do dyspozycji zarówno niezbalansowane RCA, jak i zbalansowane gniazda XLR.

Przednia ścianka to wyświetlacz OLED, jedna czerwona dioda sygnalująca włączenie urządzenia oraz obła gałka regulacji głośności. Duża pochwała tutaj dla wyświetlacza, bo jest czytelny, duży, a jednocześnie nie razi. To samo tyczy się diody – urządzenie można zostawić włączone i nie będzie nocą razić w oczy. A powinniśmy je zostawić włączone, z dwóch powodów: po pierwsze, moduły wyjściowe Orfeo pracują w klasie A, a po drugie, po godzinie od włączenia możemy przestawić zegar przetwornika w tryb EXACT, i w tym trybie urzązenia gra najlepiej. Natomiast tutaj pewna uwaga – czasami może dojść, co kilkanaście-kilkadziesiąt minut, do krótkich (zazwyczaj w okolicach sekundy) przerw w transmisji. Jest to zależne od tego, co zasila Vegę sygnałem cyfrowym, dlatego też docelowo polecałbym jednak nie wyważać otwartych drzwi i skorzystać albo z dobrego źródła sygnału cyfrowego, albo… z firmowego streamera: do wyboru są aż trzy wersje (Aries Mini, Aries LE oraz Aries).

 

Podsumowując, trudno oprzeć się wrażeniu…

…że ktokolwiek projektował ten przetwornik, to po pierwsze miał pewną określoną koncepcję brzmienia, a po drugie doskonale wiedział, co robi, realizując ją. Polecam jednocześnie odsłuch Vegi wszystkim tym, którzy uważają, że układ ESS Sabre będzie grał „cyfrowo” i „sterylnie” w każdej aplikacji. Bo tutaj mówiąć o dźwięku można użyć różnych przymiotników, ale na pewno nie tych dwóch wymienionych powyżej. Wręcz przeciwnie:, jeżeli ktoś DAC, który gra muzykę – to jest to moim zdaniem obowiązkowa pozycja do odsłuchu w tej cenie. Przyznam też, że recenzja ta jest tak trochę mniej z lotu ptaka, bo chciałem, by jak najlepiej oddawała to, jakie Vega zrobiła wrażenie. Jednocześnie – jest to również takie urządzenie, które jest bardzo wdzięcznym dla recenzenta, bo w sumie wyraźnie wiadomo, jak gra i nie trzeba się dwoić i troić, opisując jego zawiłości, bo takowych nie ma: gra przestrzennie, gładko, płynnie i analogowo. Dlatego też wzbudza sympatię i wcale nie dziwi też, że zostało tak entuzjastycznie przyjęte. Rekomendacja.

Produkt: Auralic Vega
Cena: 14999
Dystrybucja w Polsce: MIP, auralic.pl

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*