Moon 791 (i 761) – recenzja

Na tylnej ściance jest też przełącznik DC/AC. Może on okazać się przydatny, jeżeli będziemy 761 podłączać do jakiegoś starszego źródła lub przedwzmacniacza, który będzie mieć jakąś składową stałą na wyjściu (która zostałaby wzmocniona przez 761, co mogłoby spowodować pewne problemy po stronie głośników i nie tylko).

Podobnie, jak w przypadku Moona 791, także i końcówka 761 korzysta z autorskich technologii producenta. Układ wzmacniający oparto o rozwiązanie MDCA, czyli „MOON Distortion Cancelling Amplifier”. To topologia wzmacniacza, która dokonuje korekcji błędów w czasie rzeczywistym. Układ wzmacniacza pozbawiony jest przy tym sprzężenia zwrotnego. Ponadto Moon używa produkowanych dla siebie tranzystorów mocy, które są wytwarzane z uwzględnieniem bardzo niskich odchyłek parametrów. I są dodatkowo dobierane w samej fabryce Moona dla zachowania jak najlepszej zgodności parametrów.

Oczywiście, można by dużo o samym 761 powiedzieć oraz – bardziej ogólnie – o wzmacniaczach Moona powiedzieć. Dlatego też niebawem zamieścimy dodatkowy artykuł traktujący o technologii, jakiej producent z Kanady używa w swojej nowej gamie produktów. A tymczasem pora przejść do clue całego tematu.

Moon 791 – brzmienie

Powiedzmy sobie szczerze: Moon 791 nie jest urządzeniem w jakikolwiek sposób przystępnym cenowo. Ale też już po kilku pierwszych dobrze nam znanych utworach na poprawnie wygrzanym (i skonfigurowanym!) systemie – będzie tak naprawdę łatwo zauważyć jego potencjał. Inaczej rzecz ujmując, wystarczy tylko chwila, aby zrozumieć, że to konkretne urządzenie możemy zaliczyć do najwyższej półki. I że w pełni zasługuje na jakże już w sumie wyświechtane określenie „hi-end”. To oczywiście jedno. Inną zaś kwestią jest, że to uczucie nie tylko zostaje z nami, ale też im dłużej słuchamy 791, tym bardziej doceniamy, co sonicznie jest nam w stanie zaoferować. Poza tym, tak już dla jasności – jak zaznaczyłem wcześniej – słuchałem Moona 791 zarówno samego, jak i w komplecie z końcówką 761. I więcej wniosków z odsłuchu całego zestawu zamieściłem poniżej. Dlatego, jeżeli kogoś interesuje sama końcówka 761 – może śmiało przejść do odpowiedniej części.

Moon 791

Jak zatem brzmi Moon 791? Jeżeli miałbym to opisać w jednym zdaniu byłoby to: brzmienie organicznie, przestrzennie a jednocześnie precyzyjnie i bez ograniczeń. Na utworze nagranym wspólnie przez Daft Punk z Giorgio Moroderem „Giorgio by Moroder” (album Daft Punk „Random Access Memories”) można od razu usłyszeć bogatą paletę barw połączoną z potężną dynamiką. Inna rzecz szybko stała się też oczywista słuchając całej płyty „Random Access Memories”: o ile brzmienie jest bogate i wypełnione trójwymiarowymi planami, posiada też rzadko spotykany – lecz poszukiwany przez doświadczonych słuchaczy – rodzaj precyzji. Bo jest tak, że o ile Moon 971 nie ujawnia na „dzień dobry” swoich możliwości w tym zakresie i nigdy nie zabrzmi przesadnie analitycznie, to całą tę rozdzielczość mamy też na przysłowiowe wyciągnięcie ręki. Ona jedynie nie manifestuje się w jakikolwiek prymitywny sposób, jak to ma czasami miejsce w przypadku niektórych urządzeń. Nie jest to też cecha, którą Moon szafuje na lewo i prawo.

To jest też taki rodzaj precyzji, który zawsze brzmi w zrelaksowany sposób, jednakże potrafi zadziwić, kiedy repertuar będzie tego wymagać. Inaczej rzecz ujmując, Moon potrafi naświetlić nagranie bez jego przesadnego eksponowania. Pozwolę sobie tutaj użyć pewnej analogii do niektórych żarówek w technologii LED. Część z nich ma niewidoczne w teorii migotanie wynikające z zastosowania technologii PWM. O ile samo to migotanie widoczne nie będzie, jako takie – to światło też nie będzie dla nas w 100% naturalne. W jakiś sposób będzie można wyczuć, że coś z nim jest nie w porządku. Są też mniej powszechne żarówki posiadające niemalże płaską stabilizację, pozbawione tego nienaturalnej jednak efektu. I taka sytuacja ma właśnie miejsce w przypadku 791 – otóż naświetlenie nagrania jest tutaj własnie naturalne. Moon nie musi nam serwować prześwietlonego spektaklu, aby pokazać w nim wszystko. I mam tutaj także na myśli całościowy balans tonalny oraz związaną z nim barwę. Bo przymiotnik, jakiego użyłem wcześniej – czyli właśnie naturalny – przychodzi tutaj pierwszy do głowy.

Na utworze „Says” Nilsa Frahma już od samego początku dało się od razu wyczuć bardzo specyficzny klimat tego nagrania. 791 potrafi uwieść od pierwszych sekund i przenieść bez żadnego wysiłku, naturalnie – w świat muzyki. A przy tym nie powoduje też na dłuższą metę żadnego zmęczenia (zakładając oczywiście, że reszta systemu jest na odpowiednim poziomie). Na całym zresztą albumie „Spaces” bardzo wyraźnie dało się odczuć to, że 791 potrafi oddać zarówno ciche, jak i głośne dźwięki z taką samą pieczołowitością. A przy tym to właśnie na płycie Frahma pojawia się także kolejna, niezwykle istotna obserwacja. Otóż, o ile 791 nie brzmi w jakikolwiek sposób przesadnie ciepło, ani też nie ma „podkręconej” barwy, która byłaby w stereotypowym tego słowa znaczeniu lampowa – to źródło Moona ma jeszcze inną, niezwykle ważną cechę. Potrafi znakomicie przekazywać emocje.

Moon 791

Ta umiejętność kanadyjskiego urządzenia spowodowała pewną refleksję, która z kolei zaowocowała innym ciekawym wnioskiem. Chodzi mianowicie o to, iż świetnie przekazywanie emocji w nagraniu jest częśto kojarzone z dość wyszukanymi wzmacniaczami lampowymi, najczęściej tymi w topologii single-ended. A tymczasem tutaj mamy do czynienia ze sprzętem, który jest w całości półprzewodnikowy, jednakże wciąż ma ten czynnik emocjonalny, który zresztą doskonale współgra z doskonałymi technicznymi, obiektywnymi aspektami w jego brzmieniu. A to dlatego, że Moon 791 ma jedną cechę wspólną z urządzeniami opisanymi powyżej. Otóż usuwa on się z drogi muzyce, pozwalając jej swobodnie płynąć. I o ile nie ma urządzenia, które byłoby „przewodem ze wzmocnieniem”, wpływ, jaki całościowo 791 wywiera na odtwarzanym materiale jest niezwykle, ale to niezwykle dyskretny. I będzie też bez bezpośrednich porównań – ciężki do uchwycenia. Może się czasami wydać, że brzmi ciepło, ale to ten rodzaj „ciepła”, który wynika z braku wielu różnych mechanizmów zniekształceń. A nie z bardziej bezpośredniego podgrzania barwy.

Było to zresztą oczywiste na utworze rozpoczynającym film Magnolia – czyli Aimee Mann „One”. Utwór ten zaczyna się od precyzyjnie umieszczonego na środku sceny wokalu, do którego następie dołączają instrumenty. Moon pokazał, że potrafi zabrzmieć w skupiony sposób na początku nagrania i w bardziej bogaty i potoczysty później. A przy tym cały czas zachować taką naturalną kontrolę tego, co się dzieje nad całym brzmieniem. To nawet nie kwestia tego, że bardziej skomplikowane nagrania nie sprawiają mu trudności. A bardziej o to, że 791 cały czas zachowuje swój entuzjazm, grając pełnozakresowo i bez skrępowania. Czy to zaserwujemy mu muzykę klasyczną, czy pop, rock, czy cokolwiek innego – jest mu to najwyraźniej obojętne.

No i mamy jeszcze kwestię sceny, jaką 791 potrafi nam wygenerować. Tu nie chodzi nawet o to, że potrafi ona być ogromna, jeżeli chodzi o jej szerokość czy głębokość. Czy też o to, że jest też trójwymiarowa, z różnicowaniem wysokości poszczególnych instrumentów. Bardziej istotne jest to, że przestrzeń jako taka sprawia niezwykle naturalnej i otaczającej słuchacza. Najwyraźniej jest coś faktycznie na rzeczy związanego z autorską implementacją układu przetwornika. Mam konkretnie na myśli to: przestrzeń, jaką 791 tworzy, oprócz swoich rozmiarów i ogólnego rozmachu – ma też dwie bardzo istotne cechy. Potrafi dokonać projekcji namacalnych i transparentnych planów dźwiękowych bez ich niepotrzebnego wyostrzania. Nie mamy też tutaj żadnego kombinowania, żadnej granulacji, która mogłaby udawać precyzję. I nie nawet na myśli brzmienia ostrego, jako takie, bo to w sumie nie ten poziom. A bardziej brak pełnej plastyczności i nasycenia trójwymiarowych planów na scenie w przypadku bardziej wymagających od sprzętu realizacji.