Auralic Altair G1.1 jest najnowszą w serii G1.x i ulepszoną zarazem – w stosunku do poprzedniego modelu Altair G1 – wersją źródła cyfrowego marki, która wielokrotnie gościła już na łamach hifizone.pl. Urządzenia właśnie z serii Altair były zawsze niezwykle interesujące, bo stanowiły połączenie pełnoprawnego, rozbudowanego transportu cyfrowego z przetwornikiem cyfrowo-analogowym w jednej obudowie. Trudno też było oprzeć się wrażeniu, że w przypadku modeli o nazwie Altair całość to coś więcej, aniżeli suma części. Czy to pod względem funkcjonalnym, czy też – co niemniej ważne – sonicznym.
Jednocześnie, o ile pierwsza wersja Altaira z serii G1.x, czyli właśnie ta oznaczona symbolem G1 nie gościła na łamach hifizone.pl, to już model wyższy, czyli Altair G2.1 – jak najbardziej. Zresztą – pozwolę sobie zaznaczyć to raz jeszcze, dla jasności – marka pana Wanga Xuanquiana pojawiała się na niniejszym portalu już wiele razy. I to na dodatek na przestrzeni ładnych kilku lat. Bo jeszcze w 2017 roku przygodę z tymi urządzeniami zainaugurował Aries Mini, a rok później na redakcyjne łamy trafił przetwornik Auralic Vega. I to wtedy, jeszcze w swojej pierwszej, charakterystycznej (bo z rozpoznawalnym żółtym wyświetlaczem) wersji. Następnym gościem na naszych łamach również był przetwornik cyfrowo-analogowy, i to także z serii Vega, ale już tej noszącej dopisek G1, czyli Auralic Vega G1. Wprowadzał on nie tylko całkiem sporych rozmiarów kolorowy wyświetlacz i nową obudowę, ale integrował także streamer. Co prawda taki o podstawowej funkcjonalności (czyli chociażby bez WiFi), ale jednak. Następnie przyszedł czas na urządzenia z serii G2.1, czyli na konwerter Auralic Vega G2.1, procesor Sirius G2.1 i wreszcie na „all-in-one” o nazwie Altair G2.1, czyli poniekąd odpowiednik – tyle, że lepszy – testowanego w tej recenzji urządzenia.
Zwracam na to uwagę, bo faktem jest, iż przystępując do recenzji nowego urządzenia o nazwie Altair, i to na dodatek z dopiskiem G1.1 – mniej więcej wiedziałem czego się spodziewać. To, czego nie byłem jednak do końca pewien, to kwestia tego, jak duży będzie – że tak to ujmę – postęp generacyjny. Bo nie oszukujmy się, ceny też idą do góry. I to nie tylko ze względu na ogólnie pojętą inflację, ale po prostu ze względu na to, że producenci wprowadzając coraz to nowe rozwiązania, kolejne ulepszenia, każą sobie za te urządzenia płacić po prostu więcej. Niebagatelny na to wpływ ma także wzrost ceny podzespołów oraz kosztów produkcji. Nowy Altair nie jest więc urządzeniem, o którym można by powiedzieć, iż zalicza się do tych „budżetowych”. Bo z ceną wynoszącą 15 tysięcy złotych – plasuje się już w tym obszarze, w którym zaczynamy spotykać urządzenia naprawdę ambitne i zaawansowane. Jednocześnie w zakresie swojej podstawowej funkcjonalności jest przy tym zbliżony, z jednym istotnym wyjątkiem, do recenzowanego niedawno Lindemanna MusicBook SOURCE II. Tym wyjątkiem jest oczywiście brak wbudowanego przedwzmacniacza, a zatem wejść liniowych. No i analogowej regulacji głośności. A przy tym Auralic daje nam w zamian spory kolorowy wyświetlacz, który wygląda bardzo dobrze. Co więcej, posiada przy tym rozwiązanie strumieniujące – mowa oczywiście o platformie Lightning – firmy, która de facto robi to od lat. Nie, żeby taki Lindemann był tutaj nowicjuszem, ale ogólnie obsługa strumieniowania w Auralicu cieszy się opinią po prostu jednej z najlepszych na rynku. Oczywiście większość z tych rzeczy albo widać gołym okiem, albo można przeczytać w specyfikacji. Te najważniejsze i mniej widoczne od razu różnice będą oczywiście w brzmieniu. A jak duże – na to pytanie postaramy się odpowiedzieć.
AURALiC Altair G1.1 – to, co na zewnątrz i to, co w środku
Przede wszystkim, i to widać od razu po wyjęciu Auralica z pudełka, otrzymujemy obudowę znaną do tej pory z serii G2.x. Chodzi oczywiście o platformę od dołu, która tym razem jest w kolorze srebrnym. Ciekawie komponuje ona się z resztą i pozwala w łatwy sposób odróżnić poszczególne generacje urządzeń marki Auralic od siebie. Oczywiście wiadomo, że o gustach się nie dyskutuje, jednakże trzeba też obiektywnie przyznać, że tak z czysto prestiżowego punktu widzenia – nowy Altair wygląda tak, jak przy tej cenie po prostu powinien. Ale żeby tych zachwytów nie było za dużo, to zwrócę też uwagę na jedną rzecz, której w zestawie nie otrzymamy. Otóż nie ma tutaj pilota. Żadnego, nawet najprostszego. Oczywiście możemy skonfigurować dowolny (za pomocą rozwiązania nazwanego Smart-IR), czy to ten to od Apple, czy też każdy inny obsługujący kod RC5, no ale jednak.
Inną zaś kwestią jest to, że to poniekąd pochodna całej filozofii firmy, która uważa, że ich urządzenia strumieniujące najlepiej obsługiwać przy pomocy tabletu. I to takiego z systemem iOS, bo wsparcia dla systemów Android nie ma już od wielu lat – kiedyś krążyła wersja beta aplikacji na urządzenia z systemem Google’a, ale ślad po niej zaginał. W tej akurat kwestii producent wypowiada się jasno i twierdzi, że po prostu woli tworzyć aplikację pod jeden system operacyjny, w tym przypadku wybór padł na iOS. Normalnie uznałbym, to za miałkie wytłumaczenie, jednakże każdy, kto w praktyce używał dłużej aplikacji Lightning DS zrozumie, że takie podejście jest po prostu zasadne. W dużym skrócie – bo o tej platformie pisałem wiele razy – jest to wciąż jedno z najlepszych, patrząc od strony oprogramowania, interfejsu użytkownika oraz ogólnie pojętej stabilności oraz płynności działania – rozwiązanie na rynku.
Patrząc zaś od strony bardziej sprzętowej, to sprawy wyglądają równie interesująco. Sekcja przetwornika cyfrowo-analogowego oparta jest o układ ESS Sabre, aczkolwiek producent niespecjalnie się tym chwali. Do tego akurat powrócimy, bo przetwornik przetwornikiem, natomiast spory postęp porównując do serii G1 ma miejsce, jeżeli chodzi o samo przetwarzanie sygnału w domenie cyfrowej. Zastosowano tutaj nowszą platformę Tesla G2 o mocy obliczeniowej na poziomie 37,500 MIPS oraz 1 GB pamięci RAM. Umożliwia to nie tylko szybsze działanie, ale otwiera drogę do jednej, dość ciekawej i mogącej się okazać niezwykle przydatną, funkcjonalności.
Otóż w menu urządzenia znajdziemy opcję o nazwię „Processor”, pod którą znajdziemy możliwość nadpróbkowania sygnału przychodzącego do częstotliwości maksymalnie 384 kHz. Taka opcja była wcześniej chociażby w Altairze G2.1, teraz znajdziemy ją z kolei w tańszym urządzeniu. Nie jest to oczywiście bezpośrednio odpowiednik tego, co oferuje nam chociażby Sirius G2.1, bo tam mamy do czynienia z dedykowanym de facto zewnętrznym filtrem cyfrowym opartym o dedykowany procesor (Xilinx XC7A200T, co ciekawe, spotykanym także w urządzeniu Chord M Scaler), aczkolwiek jest to krok w jak najbardziej pożądaną stronę. Bo daje nam szerszą możliwość modyfikacji brzmienia, aniżeli poprzez zmianę filtrów cyfrowych. A te ostatnie – to po raz kolejny autorskie rozwiązanie marki Auralic, która już od czasów pierwszego (tego z żółtym wyświetlaczem) przetwornika Vega „przerzuciła” filtr cyfrowy z właściwej kości przetwornika do dedykowanego, zewnętrznego układu (w „pierwszej” Vedze nosił on szumną nazwę Auralic Sanctuary Audio Processor). Zamiast filtrów, jakie oferuje nam dany – w tym przypadku ESS – układ konwertera, mamy do wyboru cztery opcje opierające się na własnych algorytmach producenta. Przy czym ich nazwy powinny mówić same za siebie, a są one następujące: „Precise”, „Dynamic”, „Balance”, „Smooth”. Pierwszy to najbardziej tradycyjny filtr, stawiający na pierwszym miejscu parametry mierzalne (w tym najrówniejsze pasmo przenoszenia), jednakże mający duże pre i post echo wynikające z największego opóźnienia grupowego. Drugi ma zapewnić złoty środek pomiędzy obiektywnymi parametrami a wrażeniami odsłuchowymi, oferując mniejsze dzwonienie, mniejsze opóźnienie grupowe, lecz przy częstotliwości 44.1 kHz minimalny (0.25 dB) spadek dla częstotliwości 20 kHz. Filtry „Balance” i „Smooth” stawiają z kolei na pierwszym miejscu właśnie eliminację dzwonienia (filtr „Smooth” wcale nie posiada zjawiska znanego, jako „pre-echo”) i powinny być najlepsze z czysto subiektywnego punktu widzenia.
Tyle o technicznych zawiłościach, jeszcze – aby formalności stało się za dość – zerknijmy na tylną ściankę. Znajdziemy tam wszystkie złącza spotykane w serii Altair, łącznie z wejściem USB w standardzie USB Audio Class 2.0, dedykowanym, osobnym wejściem USB dla pamięci masowych, wyjściami audio, no i oczywiście – na samych bokach tylnej ścianki – złączami dla dwóch anten WiFi. Tutaj dwie uwagi: sam producent zaleca właśnie WiFi (z dobrym routerem), jako optymalny sposób na komunikację urządzenia ze światem zewnętrznym. To raz. Dwa – w środku urządzenia możemy zamontować dysk twardy. Co ciekawe – w przypadku montażu dysku, producent bardzo wyraźnie podaje, że „nie ma limitu pojemności”. W zakresie samej zaś funkcjonalności strumieniowania, to mamy praktycznie wszystko, czego można by oczekiwać. Jest obsługa TIDAL Connect, Spotify Connect, RoonReady, Amazon Music Unlimited, Qobuz, Tune In. A także odtwarzania z zasobów lokalnych, czy wsparcie dla UPnP i DLNA. Dodatkowo możemy podłączyć przez USB napęd CD i nie tylko odtwarzać, ale także i archiwizowania płyt CD. Ogólnie rzecz ujmując – mamy „pełny pakiet”.
AURALiC ALTAIR G1.1 – brzmienie
Z tym akurat modelem Auralica złożyło się dość ciekawie, bo – tak, jak wspomniałem – całkiem niedawno gościł u mnie nowy przetwornik ze streamerem niemieckiej marki Lindemann. I o ile nie było mi dane bezpośrednio porównać tych dwóch urządzeń do siebie, to jednak pamięć tego, jak grał SOURCE II jest na tyle świeża, że aż się prosi, aby odnieść nowego Altaira nie tylko do innych urządzeń marki Auralic, ale także – oczywiście nie poprzestając na tym – do niemieckiego źródła. Porównanie do SOURCE II jest też interesujące z jeszcze innego powodu. Otóż w Lindemannie mamy bardzo dobrze i w nieco niecodzienny sposób zaaplikowany zestaw układów AKM. Auralic z kolei opiera się na kości ESS Sabre. Przy czym i w jednym, i w drugim przypadku możemy mówić o dość nietypowym, czy też dalekim od książkowego przykładzie aplikacji tych układów. Bo Lindemann dokonuje upsamlingo sygnału do DSD w zewnętrznej kości (będącej de facto resamplerem), Auralic zaś posiada autorskie filtry cyfrowe i poniekąd „omija” znaczną cześć układu właściwego układu przetwornika. To oczywiście temat na zupełnie osobną historię, aczkolwiek w obu przypadkach chodzi o wysłanie sygnału możliwe jak najbardziej bezpośrednio na modulator w danej kości. Który swoją drogą w dużej mierze tak naprawdę decyduje o całościowych, bazowym można by rzec, charakterze brzmienia.
I już koncentrując się właśnie na tym brzmieniu per se – to porównując właśnie do Lindemanna – Auralic inaczej nakreśla krawędzie dźwięków, które w tym przypadku są zdecydowanie bardziej precyzyjne, konturowe. Jednocześnie, co ciekawe – całościowy charakter tonalny okazuje się być może nie tyle podobny, co nie aż tak odmienny, jak różnica w ogólnie pojętej precyzji mogłaby sugerować.
I jeszcze nawiązując nieco do kwestii technicznych – jak już wspomniałem, Lindemann zbudowany był na bazie układów AKMa. I w pewnym sensie prezentował brzmienie, jakiego można by się było po dobrze zaprojektowanych japońskich komponentach spodziewać. Natomiast Altair G1.1 (i nie tylko, bo można to odnieść do praktycznie wszystkich przetworników Auralica) jest idealnym wręcz przykładem na to, że implementacja danego układu jest po prostu kluczowa. W urządzeniu tym nie słychać ani jednej negatywnej cechy, jaką można by przypisać innym, zazwyczaj po prostu gorszym (i często też tańszym) implementacjom układów produkcji ESS Technology. Jedyne, po czym możemy się zorientować, że mamy do czynienia z przetwornikiem bazującym na układzie tej akurat marki jest właśnie spory poziom precyzji, konturowości w brzmieniu.
Na „Celestial Echo” duetu Malia i Boris Blank słychać było, że Altair G1.1 kontynuuje szkołę brzmienia tej marki, która charakteryzuje się – przede wszystkim – połączeniem nasycenia z konturowością. Jednocześnie Auralic ma też sporo takiej naturalnej, wewnętrznej energii w brzmieniu. Wynika to nie tylko z mocno rozbudowanego, ale i kontrolowanego basu, co bardziej z nasyconej barwy, która nigdy nie sprawia wrażenie rachitycznej. Przy czym, jeżeli już o basie mowa – Auralic gra tutaj niezwykle mocno. Bas ten nigdy nie wychodzi przed szereg, lecz, chociażby porównując do Lindemanna – ma nieco inaczej, nieco niżej ustawiony środek ciężkości. Bas z Auralica, zwłaszcza jego najniższy i niski podzakres nieco przypomina to, co oferują bardzo dobre przetworniki typu multi-bit. Na Trance Atlantic Air Waves „Twelve After Midnight” wyraźnie czuć było jego kontrolę, a przy tym czuć było moc i zamaszystość. Szukając w pamięci, skąd taką prezentację niskich częstotliwości znam, dość szybko na myśl przyszła Vega 2.0 tego samego producenta. Tam był podobny charakter niskich tonów, tyle, że jeszcze o jeszcze bardziej wyśrubowanej barwie i dynamice, zapewne z powodu zastosowaniu modułów ORFEO.
Z kolei na „Peppery Men” Natalie Merchant Altair G1.1 zaprezentował bardzo stabilną, obecną scenę. I jednocześnie wyraźne zaznaczenie ataku instrumentów strunowych. A przy tym odsłuch zarówno albumu „Greatest Hits” Johna Williamsa, jak i „Bad” Michala Jacksona pokazał, że Auralic radzi sobie bardzo dobrze z praktycznie wszystkim.
Jeżeli zaś chodzi o przestrzenność, to scena, jaką oferuje nam Altair jest szeroka, pierwszy plan wyraźny, a pozostałe dobrze zarysowane. Jednakże mam też wrażenie, że chociażby SOUCE II był tutaj nie tylko inny, co po prostu minimalnie lepszy, bardziej namacalny. W sensie też takim, że patrząc poprzez pryzmat skali absolutnej – głębia jest nieco skompresowana. Podkreślam jednak, że to wyjdzie dopiero bezpośrednio w porównaniu z urządzeniami wyraźnie droższymi. I jest to także kwestia dość wyrazistego zarysowania, czy tez pewnego faworyzowania pierwszego planu.
A jeżeli już o planach mowa – to we wstępie wspomniałem, iż do dyspozycji mamy wybudowany resampler. Faktycznie zmienia nam on nie tylko – w niewielkim stopniu – charakter brzmienia, ale także właśnie budowanie zależności przestrzennych. Co ciekawe, wolałem brzmienie bez jego udziału, z wybranym filtrem cyfrowym o jakże dużo mówiącej nazwie „Smooth”. Było po prostu najbardziej bogate, a przy tym nie traciło zbyt wiele z precyzji. Z włączonym resamplingiem do 384 kHz wyraźnie lepsza była separacja, natomiast dźwięk miał najlepsze „odejście” właśnie z wyłączonym resamplerem i wybranym filtrem „Smooth”. Piszę o tym też dlatego, że wyraźnie słychać, że wspomniany resampler zmienia nieco charakter urządzenia. I akurat traktowałbym to jako zaletę, bo to zawsze dodatkowa możliwość dostrojenia finalnego efektu.
AURALiC Altair G1.1 – postęp generacyjny
Pozwolę sobie podsumować tę recenzję przytaczając pewną anegdotę ze świata entuzjastów sprzętu komputerowego. Otóż ostatnio, w tamtym – że tak to ujmę – świecie jest dość spore rozczarowanie nowymi, nieco bardziej przystępnymi cenowo kartami graficznymi. Głównym zarzutem jest to, że nie dość, że nie oferują one odpowiedniego postępu z generacji na generacje, to na dodatek są nie tylko technicznie, ale i wydajnościowo – w pewnym sensie gorsze od poprzedników.
I teraz, nieco dla kontrastu, powiem tak. Bardzo lubię źródła Auralica. To są, w pewnym sensie takie „pewniaki”. Jednocześnie, co też interesujące – nie ma też z nimi takiego problemu, że kolejne urządzenia są „tylko trochę lepsze”. Bo tutaj chociażby Altair G1.1 oferuje brzmienie, które jest już mocno zbliżone do tego, co oferowała swego czasu (korzystając z wbudowanego streamera) Vega G2.0. Wspomniany w tytule tego podsumowania postęp generacyjny dotyczy tutaj przede wszystkim tego, że mamy brzmienie bardziej pełne, organiczne i analogowe zarazem. A jednocześnie wciąż precyzyjne, po prostu obiektywnie dobre. Mam też takie nieodparte wrażenie, że – zakładając, że ktoś nie chce docelowo iść w wieloelementowy system źródła cyfrowego – to właśnie urządzenia z serii Altair wypadają nad wyraz korzystnie. 15 tyś złotych to, a i owszem, wcale niemało. Jednakże tutaj po prostu dostajemy to, za co płacimy.
Jednocześnie Auralic, właśnie patrząc poprzez pryzmat serii Altair, powinien stanowić pewnego rodzaju przykład i punkt odniesienia względem tego, co powinno urządzenie za tę akurat kwotę prezentować, jeżeli weźmiemy pod uwagę tak zwany całokształt. Przez który rozumiem nie tylko brzmienie, jako takie, ale i wykonanie, a także wrażenia wynikające z codziennego z danym sprzętem obcowania. Z tegoż powodu – Nagroda Redakcji.
Adam Kiryszewski
Dystrybutor: MIP https://mip.bz
Cena: 15000 PLN










