Recenzja Auralic Vega G1

Auralic Vega G1

Auralic Vega G1 to najnowsza propozycja firmy z Pekinu. Jest to firma dość specyficzna i ciekawa zarazem. Bo o ile jest producentem – patrząc poprzez pryzmat rynku audio – stosunkowo młodym, to zdążyła już na przestrzeni ostatnich kilku lat całkiem nieźle namieszać. Weźmy chociażby za przykład streamery z serii Aries. Są one oparte o autorską platformę Lightning DS. Jednocześnie urządzenia te – nie bez powodu – uważane są za jedne z najlepszych w swojej klasie. I to nie tylko ze względu na brzmienie, ale także dzięki znakomitej integracji oprogramowania ze sprzętem. W dodatku można śmiało postawić tezę, że najtańszy streamer tej firmy – Aries Mini – praktycznie nie ma konkurencji w swojej klasie cenowej.

Równie dobrą opinię ma także jedyny produkowany przez firmę Auralic model monofonicznych końcówek mocy – Merak. Recenzowane swego czasu na łamach Hifizone.pl, są kolejną konkretną interesującą propozycją w ofercie firmy. Niekoniecznie patrząc poprzez pryzmat ich mocy, czy wagi. Bo po prostu bronią się brzmieniem oraz wykonaniem.

Jest jeszcze jedna rzecz, jaka odróżnia Auralica od wielu innych, zdawałoby się – podobnych – firm. Otóż wszystkie praktycznie urządzenia produkowane przez tego chińskiego producenta stosują w dużej mierze własne rozwiązania konstrukcyjne.
A jeżeli już korzystają – jak to ma miejsce właśnie w przypadku Meraków – z gotowych rozwiązań, to są to rozwiązania mocno zmodyfikowane.

Kilka słów o serii VEGA

Wracając jednak do samej oferty tego producenta, to jednak przetworniki cyfrowo-analogowe z serii Vega są w całym asortymencie najciekawsze. Piszę w liczbie mnogiej, ponieważ zaprezentowany już parę lat temu DAC Vega doczekał się aż dwóch następców. Jeden z nich, zaprezentowany w zeszłym roku, czyli Vega G2 jest zdecydowanie droższy od pierwowzoru i można go z całą pewnością zaliczyć do ścisłego hi-endu. Nie tylko z powodu ceny, ale także ze względu na inne cechy, które świadczą o jego przynależności do ścisłej czołówki, jeżeli chodzi o konwersję sygnałów cyfrowych na analogowe. Vega G2 jest chociażby przystosowana do współpracy z niedawno wprowadzonym do oferty zegarem wzorcowym o nazwie Leo GX. Zegar ten również korzysta z firmowych rozwiązań i powinien jeszcze poprawić brzmienie już ponoć doskonałego przetwornika.

Tymczasem w tym roku na targach w Monachium Auralic zaprezentował przetwornik analogowy-cyfrowy o nazwie Vega G1. I to właśnie on zdaje się być bezpośrednim następcą, niejako spadkobiercą znakomitej tradycji swojego pierwowzoru. Co więcej, przetwornik ten jest niezwykle interesujący już na papierze. Bo zachowując wszystkie funkcje poprzednika, takie, jak chociażby możliwość wyboru filtrów cyfrowych to – oprócz oczywiście innych zmian konstrukcyjnych – dodaje dodatkową funkcjonalność. Przy czym jest to funkcjonalność niebagatelna i w dzisiejszych czasach wyjątkowo pożądana. Chodzi oczywiście o streaming.

Dwa istotne pytania

Jednocześnie, patrząc poprzez pryzmat brzmienia swojego prekursora, to sytuacja przedstawia się wyjątkowo ciekawie. Bo już pierwsza Vega (bez „G”) postawiła poprzeczkę bardzo wysoko w wielu kategoriach. Nasuwają się tutaj nieuchronnie dwa pytania. Pierwsze to pytanie o to, czy dodatkowa funkcjonalność działa i jest warta zachodu. Bo nierzadko jest tak, że producenci dodają dodatkową coś do urządzenia tylko po to, żeby uzyskać kolejny, jak to się ładnie mówi, „selling point”. Pytanie to można zadać bez kozery, bo mówimy przecież o urządzeniu firmy znanej z doskonałych streamerów. Dlatego, przynajmniej w teorii, można by się spodziewać, że implementacja streamingu zostanie zrealizowana co najmniej poprawnie. Drugie pytanie – to oczywiście pytanie o brzmienie. To pytanie także jest jak najbardziej uzasadnione. Chociażby dlatego, że Vega G1 jest jednak te trzy tysiące złotych droższa od swojego pierwowzoru.

 

Wygląd i budowa

Co tu dużo mówić: urządzenie zbudowane jest znakomicie. Nawet biorąc pod uwagę jego cenę. A przy tym wygląda jednocześnie lepiej od swojego poprzednika. I to nie tylko ze względu na to, że jest bardziej masywne (jest chociażby wyższe, przy tej samej szerokości). Swoją rolę odgrywa tutaj na pewno umieszczony po środku ekran. Korzysta on z matrycy IPS True Color Retina
i trzeba przyznać, że robi wrażenie. Menu na wyświetlaczu jest intuicyjne, a sterowanie odbywa się dużym, pewnie działającym pokrętłem. Pokrętło to działa dodatkowo jako przycisk, co umożliwia sprawną nawigację po dość rozbudowanym menu konfiguracyjnym.

Podobnie, jak w pierwowzorze – informacje o wybranym wejściu czy też poziomie głośności są prezentowane za pomocą dużej, eleganckiej czcionki. Jest to pożądane i zrozumiałe – Auralic Vega G1 będzie raczej używany w większych systemach, gdzie urządzenie nierzadko będzie znajdować się dobrych kilka metrów od słuchacza. Dzięki takiemu rozwiązaniu nie będzie on musiał wytężać wzroku, żeby zorientować się w aktualnych ustawieniach źródła czy głośności. Inną zaś kwestią jest to, że duża czcionka w tym akurat konkretnym przypadku po prostu dobrze wygląda. I zgrywa się z całościowym charakterem urządzenia. Albo inaczej: obcując z Vegą G1 mamy świadomość tego, że to już nie są przelewki, że to urządzenie zdecydowanie nieprzypadkowe i aspirujące do hi-endu. Warto to podkreślić, bo od urządzenia za, bądź co bądź, kilkanaście tysięcy złotych śmiało można oczekiwać tego, że będzie nie tylko dobrze grać, ale i równie dobrze wyglądać.

 

Złącza i technikalia

Przede wszystkim – Auralic Vega G1 to już nie tylko sam DAC. Na pokładzie zintegrowano także streamer. Stąd na tylnej ściance, oprócz klasycznego kompletu wejść cyfrowych (AES/EBU, TosLink, coaxial czy oczywiście USB) mamy także gniazdo RJ-45, czy ethernetowe. Jest ono przy tym dość wymownie oznaczone, jako „STREAM”. Jednocześnie trzeba zaznaczyć, że nie ma tutaj, znanej z dedykowanych streamerów tej firmy, funkcjonalności Wi-Fi. Także na próżno szukać anten czy też oczekiwać połączenia bezprzewodowego z siecią. Inaczej rzecz ujmując, streamer jest, ale musimy się zadowolić w tym przypadku kablem.

Auralic Vega G1

Tymczasem, jeżeli chodzi o sam przetwornik cyfrowo-analogowy to obsługuje on (poprzez wejście USB) wszystkie praktycznie gęste formaty, jakie są teraz dostępne na rynku. Mowa oczywiści o formacie DXD, czyli 32bit/384Khz oraz DSD, aż do DSD512. W G1 znalazło się także miejsce dla znanego z droższego G2 zegara Femto, a analogowe stopnie wejściowe to sprawdzone moduły ORFEO. Pracują one
w Klasie A i są autorskim rozwiązaniem Auralica. Wyjścia sygnału zrealizowano oczywiście zarówno za pomocą gniazd RCA, jak i zbalansowanych XLR.

 

Streaming i konfiguracja w praktyce

Warto przyjrzeć się tej funkcjonalności z osobna, zwłaszcza, że dla wielu można ona być decydująca w kwestii podjęcia decyzji o zakupie. Co więcej, w przypadku Auralica można by się teź spodziewać, że nie będzie tutaj żadnych przykrych niespodzianek. I faktycznie: wszystko działa bez zarzutu. Obsługa streamingu może odbywać się na dwa sposoby: albo bezpośrednio poprzez urządzenie, po wcześniejszej konfiguracji za pomocą dedykowanej aplikacji, albo też właśnie poprzez tą aplikację na system iOS o nazwie DS Lightning. Trzeba tutaj zaznaczyć, że aplikacja sterująca jest dostępna tylko na system iOS – Auralic już jakiś czas temu zaniechał tworzenia równoległej wersji na system Android.

Oprócz kontroli poprzez aplikację, mamy jeszcze do dyspozycji panel sterujący poprzez przeglądarkę. Dostępny jest on po wpisaniu w pasek adresu aktualnego adresu urządzenia w sieci lokalnej. Za pomocą tego panelu możemy zmieniać wiele dość istotnych opcji urządzenia, jak chociażby filtry cyfrowe. Funkcje te dostępne są oczywiście także z poziomi aplikacji DS Lightning, natomiast warto mieć drugi, dodatkowy kanał dostępu do ustawień.

Auralic Vega G1

Jeżeli chodzi o działanie w praktyce – to trudno mieć do samego streamingu w wykonaniu Auralica jakiekolwiek zastrzeżenia. Czy to Tidal, czy też strumieniowanie danych z sieci lokalnej – to wszystko działa po prostu bez zarzutu.

Należy tylko nadmienić jedną rzecz: warto, kupując tej klasy urządzenie, zaopatrzyć się w odpowiedni router, najlepiej gigabitowy, z odpowiednim zapasem mocy oraz po prostu działający stabilnie. Można nawet pomyśleć o postawieniu osobnej podsieci Wi-Fi do sterowania streamingiem, aczkolwiek to temat na osobny artykuł, który niebawem pojawi się na łamach tego portalu.

 

Jak gra Auralic Vega G1

Tutaj nie trzeba owijać w bawełnę: już pierwowzór brzmiał bardzo dobrze, a G1 gra po prostu lepiej. W dużym skrócie można by powiedzieć, że Vega G1 bierze wszystkie dobre cechy poprzednika i podnosi je na jeszcze wyższy poziom. Jednak byłoby to znaczące uproszczenie. Oczywiście, jest wiele wspólnych cech, jednakże całościowy przeskok jakościowy, biorąc pod uwagę wszystkie aspekty brzmienia, jako jedną, spójną całość – jest zaskakujący. I to trzeba już na wstępie zaznaczyć.

Pierwszą rzeczą, jaka się od razu nasuwa na myśl, już po kilku minutach odsłuchu na wygrzanym sprzęcie, jest to, że brzmienie można tutaj określić, jako dojrzałe, pełne, wręcz majestatyczne. Jest przy tym niezwykle spójne, wszystko ma w nim ogromny sens. I to zarówno patrząc poprzez pryzmat pierwiastka emocjonalnego, jak i analizując je zupełnie logicznie.

Przy czym, o ile można też powiedzieć, że jest to dźwięk po zupełnie innej stronie, aniżeli brzmienie chłodne, czy analityczne poprzez eksponowanie detali – to dalej słychać bardzo wiele.

Jednakże nowa Vega ma coś, co ją dość mocno odróżnia od poprzednika. A przy tym jest to ten aspekt brzmienia, który właśnie w G1 poprawiono. Chodzi o ogólnie pojętą dynamikę oraz zdolność budowania napięcia. Tutaj mamy zarówno dynamikę w skali mikro, jak tą w skali makro. Jednocześnie urządzenie bardzo dobrze operuje w zakresie, można by powiedzieć umownie, przejściowym. Na szybkich, energicznych nagraniach z gęstą, elektroniczną aranżacją (chociażby Soundtrack z „The Dark Knight”) Auralic Vega G1 generuje naładowany energią, szeroko i głęboko rozpostarty spektakl muzyczny. Co więcej, kiedy repertuar tego wymaga, akcja jest szybka i wartka, bez krzty niepotrzebnego uspokojenia.
A jednocześnie dalej mamy pełną nasyconą paletę barw. I o ile operowanie odcieniami dźwięku było już mocną stroną pierwszej Vegi, to tutaj mamy jeszcze do kompletu umiejętność oddania energii, napięcia w muzyce. I to byłaby pierwsza znacząca różnica w stosunku do pierwowzoru.

Nowa Vega – bez niepotrzebnego zmiękczenia

Kolejną taką różnicą będzie to, że brzmienie G1 nie jest też w jakikolwiek sposób zmiękczone. Pełne – tak. Zmiękczone – nie. Można to ująć jeszcze inaczej. Otóż słuchając najnowszej Vegi zaczynamy się zastanawiać nie nad tym, czy ten DAC gra miękko, bądź ciepło. A bardziej nad tym, czy aby przypadkiem konkurencyjne urządzenia nie grają zbyt twardo i anemicznie.

Z kolei płyta Lany Del Ray „Born Do Die” pokazała coś jeszcze innego. Otóż utwór „American” nigdy wcześniej nie zabrzmiał tak dobrze na Yamahach NS1000, które znane są z tego, że wyłapują wszelkie nieczystości w torze. Tutaj wyszło na jaw, że Vega G1 jest w bardzo dużym stopniu pozbawiona wszelakiej granulacji, szorstkości na środku pasma. Biorąc to pod uwagę, rozpatrywanie tego, czy G1 gra ciepło, czy nie nabiera nowego znaczenia.

Po dłuższym odsłuchu nowego znaczenia nabiera także ogólnie pojęta analityczność, detaliczność urządzenia. Zwłaszcza w kontekście tego, że urządzenie potrafi pokazać detale i wszystkie „przeszkadzajki” w nagraniu. A jednocześnie nie robi tego poprzez ich eksponowanie, co bardziej przez ich definicję i czytelność. Owszem, obraz muzyczny jest, kiedy trzeba, gęsty, lecz jednocześnie po prostu wszystko słychać.

Auralic Vega G1

Impulsy basowe na utworze „Bugdie” (Ścieżka dźwiękowa ze znakomitego skądinąd filmu „Rush”) zostały przekazane z pełną barwą, rozciągnięciem, wręcz fizjologicznie. Jednocześnie tutaj zaskoczyło coś zupełnie innego. Otóż znakomicie została tutaj pokazana całościowa barwa tego utworu, atmosfera i tło nagrania.

Kilka słow o wokalach

Przekazanie artykulacji wokali na płycie Alanis Morisette „Jagged Little Pill” było pozbawione zmiękczenia, a jednocześnie pełne i prawdziwe. Utwór „Not the Doctor” zabrzmiał dynamicznie, z dużym ładunkiem emocjonalnym. Tutaj i artykulacja i wypełnienie było takie, jak trzeba. A że zaistniały równocześnie – to efekt był doskonały.

Kolejne płyty, w tym chociażby Beyonce „Beyoncé” potwiedziły, że Auralic Vega G1 znakomicie kontroluje i radzi sobie nie tylko z wokalami, ale także z ich rozmieszczeniem na scenie. Można śmiało powiedzieć, że w kwestii wokali i ogólnie środka pasma ogromną rolę odgrywa tutaj zarówno barwa, połączona z brakiem szorstkości. Istotna jest także połączona z nimi (co wcale nie jest takie oczywiste) umiejętność oddania prawidłowej artykulacji.

Auralic Vega G1

Scena i przestrzeń

W tej kwestii, Auralic Vega G1 ma wszystko, czego można by wymagać od urządzenia w tym zakresie cenowym. Przy czym, budowanie przestrzeni było mocną cechą już w przypadku poprzednika, czyli pierwszej Vegi. Tutaj jednak jest jeszcze lepiej. Można by powiedzieć, że minimalnie, ale to jest różnica, która dla niektórych może mieć ogromną wagę. Otóż tym razem mamy jeszcze bardziej namacalny pierwszy plan, z jednoczesnym bardzo czytelnym tłem pogłosowym. I to zwraca na siebie zdecydowanie większą uwagę, aniżeli takie aspekty, jak chociażby szerokość sceny. Bo o ile do tej ostatniej cechy nie można się w żaden sposób doczepić, to jednak największe wrażenie robi właśnie budowanie holograficznego obrazu, jako całości.

 

Auralic Vega G1 – podsumowanie brzmieniowe i nie tylko

W przypadku tego przetwornika trudno się tak naprawdę skupiać nad poszczególnymi aspektami brzmienia z osobna, czy to patrząc na nie poprzez pryzmat „hi-fi”, czy „hi-end”. Vega po prostu zachęca do słuchana muzyki, bo tej jest tutaj, jakkolwiek to zabrzmi, wyjątkowo dużo. Wszystko się ze sobą zgadza i wszystko do siebie pasuje. Można by tutaj zadać pytanie:, co zyskujemy przechodząc z urządzenia za kilka tysięcy złotych na takie za kilkanaście? Otóż, w porównaniu do urządzeń tańszych, takich, jak chociażby testowany równolegle S.M.S.L. D1 VMV DAC nie mamy tutaj tylko „lepszej góry”, czy też „większej sceny”. To jakby nie o to chodzi, bo zmienia się brzmienie, jako całość.

W przypadku takiego urządzenia, jak Auralic Vega G1 otrzymujemy przekaz, który jest – bądź, co bądź – reprodukcją, na zupełnie innym poziomie. I jednocześnie brzmienie rozpatruje się tutaj w kontekście zupełnie innych kategorii, aniżeli w przypadku urządzeń tańszych.

Należy też podkreślić jeszcze jedną prawidłowość, taką, która oddziela urządzenia, które można określić przydomkiem „hi-fi” od tych, które zdecydowanie aspirują do miana pełnokrwistego hi-endu. Otóż pomimo tego, że G1 nie tnie powietrza, nie oddziela od siebie dźwięków skalpelem, to wszystkie dynamiczne momenty w nagraniach robią naprawdę ogromne wrażenie. Bo przy zachowaniu dynamiki, separacji i energii w dźwięku urządzenie ani na chwilę nie rezygnuje z wypełnienia. Nie rezygnuje z niewymuszonej projekcji pełnej palety barw. Tutaj po prostu mamy wszystko. Pełna rekomendacja.

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*