Auralic Altair G2.1 – recenzja

AURALiC Altair G2.1

Auralic Altair G2.1 to najnowszy produkt firmy Pana Wanga Xuanquiana. A przy tym najnowszy zarazem dodatek do linii produktów o wspólnej nazwie Altair, która w sumie liczy sobie już ładnych parę lat – i która całkiem ciekawie przez ten czas ewoluowała. Pierwszy model z tej serii ukazał się dość dawno temu i w pewnym sensie był gdzieś raczej w cieniu doskonałych przetworników firmy, takich jak chociażby ARK-MX, czy też pierwsza wersja przetwornika cyfrowo-analogowego Vega, która swoją drogą była też recenzowana na łamach hifizone.pl. Przy okazji wprowadzenia serii G1, AURALiC wypuścił również model Altair G1, który zintegrował już całkiem sprawnie działający streamer, czy przedwzmacniacz. Model ten, wyceniony gdzieś w okolicach 10 tyś polskich nowych złotych przyjął się całkiem nieźle, jednakże to wciąż właśnie przetworniki z serii Vega, czy też nawet dzielone zestawy z serii G2/G2.1 zdawały się być głównym modus operandi tejże marki.

Dlaczego o tym piszę już na wstępie? Otóż chciałbym zwrócić uwagę na pewną prawidłowość. Otóż wypuszczenie przez tą, jakby nie było, całkiem poważaną markę, urządzenia „all-in-one” z najwyższej serii G2.1 wcale nie jest dziełem przypadku. I tu nie chodzi nawet o to, że producent idzie za trendami rynku. To też, ale bardziej chodzi tutaj o to, że wprowadzając Altaira G2.1 AURALiC zdaje się dawać nam dwie drogi wyboru, jeżeli chodzi o źródła ze swojej najwyższej serii produktowej. Jedną jest pójście drogą zakupu przetwornika Vega G2.1, i potem – ewentualna, lecz ze wszech miar możliwa i jakże prawdopodobna – rozbudowa o dedykowany streamer, upsampler, czy też zegar wzorcowy. Druga zaś, którą otwiera nam właśnie najnowszy Altair G2.1 – to kupienie urządzenia typu „all-in-one”, które – jakby nie patrzeć – zdaje się dużo bardziej nawiązywać, chociażby samym wyglądem i konstrukcją do przetwornika Vega G2.1 i równoważnego mu streamera tej samej serii.

Nasuwa się tutaj oczywiste pytanie – bo teoretyzować można przecież bez końca – jak najnowszy Altair wypada w praktyce? I pytanie to jest niezwykle ciekawe w kontekście porównania go, ależ oczywiście, własnie do przetwornika z serii G2.1.

Budowa oraz – całkiem szeroka – funkcjonalność

Zacznijmy może od tego, że cała koncepcja obudowy urządzenia jest zaczerpnięta z innych urządzeń z serii G2.1. Oznacza to, między innymi, że mamy tutaj firmowe rozwiązanie producenta o nazwie „Unity Chassis”. Polega ono na tym, iż wewnątrz zewnętrznej, wykonanej z precyzyjnie wyciętych elementów aluminiowych obudowy umieszczono drugą strukturę, czy też jak kto woli – obudowę. Tym razem wykonaną z miedzi. I ta wewnętrzna ma za zadanie przede wszystkim chronić elektronikę przez zewnętrznymi zakłóceniami elektromagnetycznymi. Do tego jeszcze wrócimy, natomiast – by formalnościom stało się zadość – skupmy się przez jeszcze chwilę na tym, co na zewnątrz. Otóż z przodu, jak we wszystkich urządzeniach serii G2.1 mamy całkiem spory, oparty na matrycy IPS wyświetlacz. Podczas odtwarzania zobaczymy na nim okładki płyt, jednocześnie drugą jego funkcją jest wyświetlanie ustawień menu.

A tych jest trochę. Jeżeli już przy tym menu jesteśmy – to warto w tym konkretnym momencie nadmienić, iż urządzenie można także w dość szerokim zakresie konfigurować z poziomu przeglądarki internetowej. Ponadto mamy tutaj oczywiście autorską platformę Lightning DS, która integruję oprogramowanie sterujące z częścią sprzętową urządzenia. AURALiC rozwija tą platformę od wieu lat i trzeba tutaj też przyznać, że działa ona całkiem nieźle. Albo inaczej: jest to jedna z niewielu autorskich platform sterujących odtwarzaniem, która po prostu działa. I która może być z powodzeniem używana, jako alternatywa, chociażby dla Roona, którego – swoją drogą – Altair G2.1 także wspiera, będąc urządzeniem typu Roon Ready. Odnośnie aplikacji Lightning DS, którą producent oferuje na system iOS, to ma ona kilka smaczków, jak chociażby możliwość przełączania pomiędzy czterema dostępnymi filtrami cyfrowymi z poziomu telefonu, czy tabletu.

A jeżeli już przy tych filtrach jesteśmy, to warto także wspomnieć o tym, że urządzenia Pana Wanga korzystają z autorskich filtrów cyfrowych. Inaczej rzecz ujmując, zrezygnowano tutaj z użycia dostępnych w układach firmy ESS filtrów na rzecz zaaplikowanych w zewnętrznym układzie FPGA algorytmów. Do dyspozycji mamy tutaj cztery ustawienia: Precision, Dynamic, Balance i Smooth. Różnią się one sposobem filtracji, długością pre i post-echa, no i oczywiście charakterem sonicznym.

Altair G2.1 – nie samą „cyfrą” człowiek żyje

Najnowszy członek rodziny G2.1 ma także wejścia analogowe. Piszę w liczbie mnogiej, bo mamy tutaj zarówno wejście liniowe, jak i przedwzmacniacz gramofonowy obsługujący wkładki typu MM z osobnym wejściem. O ile wejście „line-in” nie jest w serii kompletnym novum – bo takie znajdziemy też w przetworniku Vega G2.1, to już wejście gramofonowe już jak najbardziej. Producent co prawda nie zdecydował się tutaj na obsługę wkładek MC, jednakże można założyć, że jeżeli ktoś już podłączy do Altaira G2.1 gramofon z taką, raczej nietanią, wkładką – będzie chciał użyć zewnętrznego preampa i po prostu podłączy go do wejścia liniowego. Co istotne, w przypadku korzystania z obu wyżej wymienionych wejść regulacja głośności będzie się odbywać za pomocą wbudowanej drabinki rezystorowej. Służy ona także do regulacji głośności, kiedy korzystamy z nowego Altaira, jako przetwornika cyfrowo-analogowego. Za tą regulacją znajdują się – znane i będące w pewnym sensie znakiem rozpoznawczym wyższych modeli tej firmy – moduły wyjściowe. Noszą one nazwę ORFEO i są oparte na elementach dyskretnych, a ich topologia została zainspirowana przedwzmacniaczami studyjnymi marki Neve.

Wbudowany streamer oraz kilka innych kwestii

Altair G2.1 integruje w sobie pełnoprawny transport cyfrowy. Do sieci możemy połączyć się zarówno za pomocą kabla ethernetowego (RJ45), jak i także poprzez WiFi. Co ciekawe, to właśnie ten drugi sposób jest polecany przez producenta, głównie z powodu izolacji galwanicznej. Dodatkowo nowy Altair posiada cały zestaw złącz na tylnej ściance, czyli chociażby USB umożliwiające podłączenie pamięci masowej, czy oczywiście wejście USB i cały zestaw wejść cyfrowych dla sekcji przetwornika. Dodatkowo urządzenie możemy zamówić z usługą montażu dysku. Szczegóły dostępne są u dealerów oferujących produkty Auralic oraz dystrybutora marki , firmy MIP.

Aha, jeszcze jedna rzecz – w zestawie nie dostajemy pilota. Urządzenie posiada czujnik i można go „nauczyć” reagowania na sygnały ze wszystkich pilotów obsługujących kod RC5, jednakże trzeba się nastawić, że w zestawie nic takiego nie dostajemy. Chociaż, patrząc z drugiej strony, ma to też swoją logikę – praktycznie wszystkimi funkcjami, wraz z usypianiem i wybudzaniem urządzenia możemy sterować za pomocą aplikacji Lightining DS. A w przypadku korzystania z niej na tablecie, chyba nie ma sensu dublować urządzeń sterujących.

AURALiC Altair G2.1 – brzmienie

Odsłuchy tego akurat modelu marki AURALiC rozpocząłem od muzyki filmowej, a konkretnie od ścieżek dźwiękowych autorstwa Harrego Gregsona-Williamsa z filmów „The Equalizer” oraz „Spy Game”. I już w tym momencie nowy Altair zaskoczył mnie – że tak powiem – dość mocno. Przede wszystkim dlatego, że znając dobrze brzmienie flagowego przetwornika firmy Pana Wanga, a mowa oczywiście o recenzowanej jakiś czas temu Vedze G2.1, od razu wiedziałem, że Altair ma z tego brzmienia bardzo, bardzo dużo.

Już na początku odsłuchów nasunęła się także dość ciekawa, ale i istotna refleksja. Otóż mam wrażenie, że porównując do wbudowanego we wspomnianą Vegę G2.1 streamera działającego poprzez kabel ethernetowy, nowy Altair zyskuje bardzo dużo dzięki zaimplementowaniu w urządzeniu bardzo dobrego streamera, posiadającego możliwość podłączenia po WiFi. Tyczy się to zwłaszcza sytuacji, kiedy Altaira podłączymy z siecią bezprzewodowo – w takiej konfiguracji nowy Altair jest w stanie stanąć w szranki z Vegą G2.1 łączącą się z siecią „po kablu” i wyjść z takiego starcia obronną ręką.

Brzmienie jest przede wszystkim świeże, dobrze zdefiniowane. Ma też także znany z urządzeń AURALiCa z modułami wyjściowymi ORFEO koloryt, ale też jednocześnie nie ma tutaj mowy o żadnym kocu na nagraniu, który może być obecny chociażby przy zasilaniu Vegi G2.1 słabym sygnałem USB, czy korzystając z wewnętrznego streamera we flagowym przetworniku.

Jak gra Auralic Altair G2.1? Bo zapewne o to zapytają wszyscy, którzy nie znają bliżej sprzętu tej marki, a co za tym idzie – nie są zaznajomieni z firmową szkołą brzmienia urządzeń tej marki. Bo faktem jest, że każde urządzenie ma jakiś – mniej lub bardziej narzucający się – swój charakter. I tutaj powiem tak, może nieco okrężną drogą: posłuchać Altaira G2.1 powinni wszyscy Ci, którzy chcą posłuchać źródła cyfrowego na układzie ESS Sabre, które ze stereotypowym brzmieniem tego układu nie ma nic, a nic tak naprawdę wspólnego. I proszę to w tym momencie naprawdę potraktować, jako ogromny komplement dla najnowszego urządzenia „all-in-one” firmy Pana Wanga.

Przede wszystkim brzmienie najnowszego Altaira z serii G2.1 to brzmienie nasycone, chciałoby się powiedzieć, że organiczne. Ma także dużą, naprawdę dużą głębię, nie tylko w sensie budowania planów, ale także oddania wybrzmień. A na dokładkę oferuje bardzo ciekawą barwę, która minimalnie co prawda jest po cieplejszej stronie mocy, ale naprawdę można taką operację tutaj w pełni zaakceptować. Jeszcze inaczej rzecz ujmując, wyraźnie tutaj słychać, że w torze wyjściowym pracują układy Orfeo, będące dyskretnymi stopniami wyjściowymi pracującymi w Klasie A. Śmiem nawet tutaj zaryzykować tezę, że to właśnie one odpowiedzialne są za doskonałą, nasyconą barwę przy zachowaniu bardzo dobrej transparentności całego przekazu sonicznego.

Jednocześnie to, co właśnie dość znacząco odróżnia Altaira G2.1 od źródeł tańszych, oraz co sprawia także że może on śmiało stawać w szanki z droższą nawet konkurencją jest to, że „integra” Auralica daje nam po prostu więcej muzyki. W porównaniu do chociażby znakomitego skądinąd Myteka Brooklyn Bridge mamy zupełnie inne nasycenie oraz różnicowanie barwy, inną skalę dźwięku. Oraz, co chyba jest tutaj najważniejsze – zupełnie inny poziom tego, w jaki sposób Auralic otacza słuchacza dźwiękiem, tego, w jaki sposób prezentuje muzyczny spektakl.

W kontekście powyższego jeszcze bardziej interesującym niechaj będzie to, że brzmienie Altaira G2.1 jest całościowo bardzo podobne pod całościowym względem do tego, co może nam zaoferować Vega G2.1. To ostatnie urządzenie jest oczywiście w skali absolutnej lepsze, jednakże nie jest to w żadnym przypadku przepaść. Chyba, że rozbudujemy Vegę G2.1 o dodatkowe komponenty, ale do tego jeszcze pozwolę sobie powrócić. Natomiast to, co łączy wszystkie urządzenia to właśnie barwa i głębia w prezentacji. Cała płyta „Diva” Annie Lennox zabrzmiana bez cienia ostrości i granulacji, jednakże z odpowiednią dynamika i doskonałym przekazaniem charakterystycznej barwy.

Kolejną rzeczą w przypadku Auralica, i tyczy się to ogólnie zarówno serii G2.1 oraz także G1 – są skraje pasma. Na Massive Attack „Teardrop” niskie tony wyraźnie pokazują nam, że mamy do czynienia z urządzeniem jednoznacznie aspirującym do hi-endu. Przy czym chciałbym tutaj zwrócić uwagę na jedną rzecz – otóż wszystkie źródła marki Auralic mają spore możliwości w zakresie niskich oraz najniższych tonów. Tak naprawdę, aby docenić to, Altair G2.1 może nam w zakresie basu zaproponować, warto zaopatrzyć się w naprawdę pełnopasmowe kolumny, albo też bardzo dobry subwoofer ze świetną kontrolą. Bo charakter basu w Auralicu jest po stronie barwy, wypełnienia i dynamiki. Inaczej rzecz ujmując – o ile nie jest to bas wyeksponowany, to po prostu wszystkie źródła z serii G2.1 mają naprawdę bardzo dużo energii i spore – w skali absolutnej – możliwości w tym zakresie. Auralic ma także na basie bardzo charakterystyczne momentum, ma impakt, którego na próżno szukać w wielu innych urządzeniach. Na „Legend In My Living Room” byłej wokalistki zespołu Eurythmics było to słychać doskonale.

A jednocześnie, zmieniając muzyczne klimaty, „Says” Nilsa Frahma został odtworzony doskonale, chyba nawet lepiej, niż się spodziewałem. Przede wszystkim było bardzo dobre odwzorowanie i ataku i wybrzmienia, ale przy tym też świetnie oddane brzmienie zarówno głównych instrumentów, jak i całej aury nagrania. Natomiast na tym konkretnym utworze dało się jeszcze wyczuć coś równie istotnego. Auralic gra w sposób ciągły, nie szatkuje w żaden sposób brzmienia. O basie już napisałem, ale wysokie tony też dobitnie pokazują wyższość dyskretnego toru wyjściowego nad rozwiązaniami scalonymi. Góra w Auralicu jest świetnie zdefiniowana, ale też w przedziwny sposób unika niepotrzebnej metaliczności, granulacji. Na płycie Limp Bizkit „Take A Look Around” pokazała pazur, ale już na utworach akustycznych była taka, jaka być powinna, czyli dyskretna i tworząca nastrój.

Wbudowany przedwzmacniacz

Warto wspomnieć także i o tym elemencie, bo wszakże jest integralną częścią tego urządzenia i jest… bardzo dobry. Albo powiem inaczej: śmiem podejrzewać, że jeżeli ktoś będzie chciał nowego Altaira z serii G2.1 używać w takim trybie – to podłączy do niego tor gramofonowy. Zwłaszcza, że – oprócz wejścia liniowego – na pokładzie znalazł się także preamp MM. Ten ostatni jest dobry. Tylko, czy aż? Nie mi to oceniać. Powiedzmy, że spełni swoje zadanie z wkładkami typu Ortofon Red, czy Bronze. Jednakże tor liniowy jest już na naprawdę wysokim poziomie i jego charakter jest ogolnie zbieżny z tym, co napisałem powyżej o brzmieniu tego urządzenia. Pamiętajmy, że mamy tutaj moduły Orfeo oraz regulację głośności zrealizowaną na drabince rezystorowej. Czyli w zasadzie wszystko tak, jak być powinno.

Kilka słów podsumowania, czyli Altair G2.1 w szerszym kontekście

Powiem tak. Po pierwsze – wcale nie dziwi mnie to, że Altair G2.1 od momentu pojawienia się na rynku zyskał tyle nagród. Po drugie – warto spojrzeć na to urządzenie w kontekście całej serii G2.1 tego producenta. Otóż Vega G2.1 to bardzo, ale to bardzo dobry DAC, który można jeszcze rozbudować. Natomiast właśnie w przypadku Vegi, rozwija ona skrzydła tak naprawdę dopiero w połączeniu w firmowym transportem cyfrowym, czyli Ariesem G2.1.

Ujmując to jeszcze inaczej: Altair G2.1 to – uogólniając, ale jednak – poziom jakościowy przetwornika Vega G2.1 dla wszystkich tych, którzy nie chcą iść później w rozbudowę całego systemu po stronie źródła o dedykowany transport, upsampler, czy zegar wzorcowy.

Jest to jednocześnie bardzo niski ukłon dla słuchaczy, którzy chcą mieć po prostu jedno bardzo dobrze brzmiące, a przy tym świetnie działające (bo integrujące znakomity streamer) urządzenie. Urządzenie, które jednocześnie może być głównym punktem każdego, nawet mocno wyrafinowanego i drogiego systemu audio. Z naszej strony – Wybór Redakcji.

Dystrybutor: MIP http://www.mip.bz
Cena: 26999 zł

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*