I jeszcze jedna rzecz, tak już na koniec tego może nieco przydługiego opisu technicznego flagowej integry Regi. Napisałem we wstępie, że firma z Southend-on-Sea tworzy wzmacniacze od przeszło 30 lat. Z kolei od konstruktora dowiedziałem się też, że Osiris to tak naprawdę trzecia generacja układu, jaki najpierw pojawił w pierwszym wzmacniaczu Elicit. Tym z jakże charakterystyczną obudową typu „Clam Shell”. Bo drugą generacją był zestaw pre-power składający się z urządzeń HAL/Exon. Zmierzam tutaj do tego, że firma miała bardzo dużo czasu na dopracowanie – także pod kątem brzmieniowym – układu w swoim flagowym wzmacniaczu.
Rega Osiris – brzmienie
Sporo jest w świecie audio stereotypów. Nierzadko mówi się o tym, że jedne urządzenia brzmią „lampowo”, inne zaś „tranzystorowo”. Albo też przypisuje się do brzmienia danego – w naszym przypadku – wzmacniacza pewne cechy wykorzystanej w nim technologii. Tymczasem już w sumie od ładnych paru lat wiadomo, że spokojnie można zaprojektować, dajmy na to, wzmacniacz tranzystorowy, który będzie swoim brzmieniem całkiem nieźle symulował konstrukcję lampową. Oczywiście, pojawi się tutaj pytanie – jaką konkretnie, bo te także są różne. No ale jednak można. Nawet pierwsze konstrukcje w klasie D oparte o moduły pewnej marki – całkiem nieźle udawały takie średniej klasy wzmacniacze lampowe pracujące w konfiguracji push-pull.
Dlaczego o tym wspominam? Otóż dlatego, że Rega Osiris to już wzmacniacz, który zdecydowanie jest ponad wszystkimi powyższymi stereotypami. To urządzenie, którego nie ocenia się już poprzez pryzmat takiego czy innego charakteru brzmienia, a bardziej poprzez jakość tego brzmienia, jako całokształt. W przypadku Osirisa w głowie przełącza się po prostu pewna zapadka, która sprawia, że nagle wszystko, co słyszymy z kolumn nabiera głębszego sensu. Bo to już nie jest brzmienie ani „lampowe”, ani „tranzystorowe” – ono po prostu jest bardzo, ale to bardzo dobre. Pikanterii dodaje sprawie tutaj fakt, że Rega Osiris to nie jest też wzmacniacz, który idzie za wszelką cenę w stronę neutralności, czy – co może dziwnie zabrzmieć – jakkolwiek rozumianej „referencyjności”. A przy tym jego brzmienie jest nie dość, że niezwykle naturalne, przystępne dla słuchacza, to jeszcze na dodatek ma wszystkie te cechy, jakich oczekiwalibyśmy od naprawdę dobrego, i mocnego zarazem tranzystora. Ale to nie wszystko.
Bo to, co we flagowej integrze Regi zaskakuje najbardziej i to zaskakuje praktycznie od razu – to o dziwo mikrodynamika i barwa. Pozwolę sobie tutaj przytoczyć związaną właśnie z tym i Osirisem anegdotę. Otóż w przypadku wzmacniaczy, czy też końcówek mocy, zanim przejdę do ich bardziej wnikliwych odsłuchów – to włączam dane urządzenie w system, ustawiam w nim głośność na bardzo niską i daję mu te kilka godzin, aby się ono po prostu ustabilizowało, nagrzało. Jest to też o tyle ciekawe doświadczenie, że w przypadku niektórych wzmacniaczy (czy też końcówek mocy) ich brzmienie mocno zmienia się na przestrzeni tych kilkunastu czy kilkudziesięciu minut od włączenia. Ale jest tutaj jeszcze inna, jeszcze ciekawsza prawidłowość. I mam wrażenie, że bardziej dotyczy ona właśnie urządzeń typu „solid-state”, czyli półprzewodnikowych, aniżeli lampowych. Otóż, jeżeli dany wzmacniacz już po tych paru minutach zagra dobrze, to później – może być już tylko lepiej. Innymi słowy: czasami są pewne przesłanki, które ujawniają się już po chwili i każą nam sądzić, że mamy do czynienia z naprawdę wyższych lotów urządzeniem. Tak też było w przypadku Osirisa. Przy okazji recenzji tego akurat wzmacniacza też się tak złożyło, że mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Osiris przyszedł do mnie – to Roon wprowadził wreszcie możliwość edycji playlist Tidala. Dlatego też włączyłem na Osirisie cicho muzykę i zacząłem robić w tychże playlistach porządki. Jednocześnie tak po cichu słuchając muzyki ze wzmacniacza Regi. I już wtedy było wiadomo, że coś jest na rzeczy.
Takie bardziej, można by rzec, poważne odsłuchy Osirisa rozpocząłem od repertuaru dwóch francuskich wokalistek – Margot Sergent i France Gall. Pierwsza z nich gra także na harfie, druga zaś jest zapewne bardziej znana, chociażby poprzez popularny w latach 90-tych szlagier „Elle Elle’a”. Zacznijmy jednak od płyty „Douce France Sweet France” tej pierwszej. Na albumie tym Osiris zaprezentował świetne nasycenie i różnicowanie barwy i to na dodatek bez jakichkolwiek tendencji ani do jej wysuszania, ani do przejaskrawiania. Nie było tutaj żadnego rozmycia, złagodzenia ataku dźwięku strun. Brzmienie było przy tym też znakomicie poukładane, ale pod taką naturalną kontrolą. Czuć było, że wzmacniacz się w żaden sposób nie męczy. Jest jeszcze coś, co już na drugim utworze z powyższej płyty można było zauważyć. Otóż na „Keep the Moon in Mind” dało się wyczuć potencjał Osirisa w budowaniu przestrzeni. Która w wydaniu tej akurat integry jest nie tylko szeroka (pamiętajmy, to konstrukcja dual-mono), ale też zaskakująco wręcz głęboka. Jest też całościowo naturalna, a przez to po prostu wiarygodna. To nie jest tak, że Osiris gra powiększoną sceną, czy większymi źródłami, bo jedno i drugie będzie tutaj zależeć w dużej mierze od zastosowanych kolumn (no i warunków akustycznych). Tu bardziej chodzi o to, że wzmacniacz ten pokazuje wielu innymi tranzystorowym urządzeniom, że da się zagrać tak, żeby nie sklejać ze sobą planów. I jednocześnie, żeby ich wiarygodne naświetlenie nie implikowało przy tym jakiegoś wyostrzenia, czy też położenia większego nacisku na krawędzie dźwięków.

