Moon 371 – recenzja

 

Jednocześnie trudno mi się było przy tym oprzeć wrażeniu, że, jeżeli już przy tej „referencyjności” jesteśmy, ktoś w Moonie pomyślał i tak „ustawił” brzmienie, żeby było ono po prostu także i przyjemne i wciągające zarazem. Chodzi mi tutaj przede wszystkim o to, że z odsłuchiwanej amplifikacji Moona, to właśnie model 371 jest najbardziej barwowo nasyconym wzmacniaczem. Natomiast spojrzałbym na to z jeszcze innej perspektywy – mam wrażenie, że końcówka mocy brzmi po bardziej neutralnej stronie, natomiast sekcja konwertera (oraz w sumie transportu cyfrowego, bo taki przecież w Moonie też się znajduje) są już po nieco cieplejszej stronie. Albo jeszcze inaczej: wszystko w ramach 371 zostało dobrane tak, aby całościowy efekt był neutralny, lecz też ze wskazaniem na dość solidną porcję nasycenia, na przekazanie pewnego ładunku emocjonalnego. Jest to przy tym o tyle ciekawe, że mamy przecież w przypadku Moona – patrząc od strony stricte konstrukcyjnej – zasilacz impulsowy oraz przetwornik bazujący na układzie marki ESS.

Do powyższego pozwolę sobie jeszcze powrócić w podsumowaniu. Bo wracając jeszcze do pierwszej solowej płyty byłej wokalistki zespołu Eurythmics – to dawno nie zabrzmiała ona tak angażująco i emocjonalnie. Zapewne jest tak dlatego, że kolejną cechą nowego Moona jest nie tylko energetyczność przekazu, ale też pewność zarówno w budowaniu sceny, jak i także prowadzenia całego zakresu pasma, także w kontekście pokazywania zależności dynamicznych. Wiąże się to także ze sposobem prowadzenia basu, który w zasadzie w tej cenie można bez specjalnego naciągania uznać za wzorzec. Niskie tony są nie tylko mocne i świetnie kontrolowane, ale mają także bardzo dobrą, pełną fakturę. Na Massive Attack „Teardrop” wzmacniacz naprawdę świetnie budował rytm, potrafił także zagrać w odpowiednim momencie najniższymi rejestrami bez utraty ogólnej przejrzystości muzycznego przekazu. Płyta „Mezzanine” brytyjskiej kapeli pokazała także dość wyraźnie to, że Moon 371 gra brzmieniem naprawdę pełnopasmowym. Oraz to, że przy większych głośnościach – nic się w tym brzmieniu nie dzieje. Niby jest, czy też powinno być to w tej cenie, niemałej przecież, oczywistością. Ale proszę mi wierzyć, sporo urządzeń ma problemy albo z cichym, albo z głośnym graniem. Moon niezależnie od poziomu głośności oraz w sumie repertuaru gra z takim samych charakterem, tak samo dobrze. Ścieżka dźwiękowa z filmu „Great Expectations”, a w szczególności Tori Amos „Siren” wyraźnie pokazały, że nowy model z serii Compass oprócz wspomnianej pewności i stabilności brzmienia – ma jeszcze inną, dość ważną cechę. Otóż nie eksponuje on za bardzo niedoskonałości nagrań.

 

Otóż nie eksponuje on za bardzo niedoskonałości nagrań. Oczywiście Moon pokaże nam (będzie to też zależeć od doboru kolumn, do czego także dojdziemy) pewne rzeczy, zasygnalizuje, że „tu i tu” jest pewnego rodzaju problem, ale nie zrobi z tego osobnego przedstawienia. Bo dla 371 głównym przedstawieniem jest i będzie muzyka. I to ją właśnie to urządzenie stara się przekazać. Pozwolę sobie jeszcze wrócić do tej energetyczności przekazu. Nawet na pozornie spokojnych utworach takich, jak chociaż „The Peppery Man” Natalie Merchant brzmienie jest cały czas pozytywnie naładowane energią. Wykonawcy grają z zaangażowaniem i entuzjazmem, a Moon stara się właśnie z jednej strony schodzić z drogi, z drugiej zaś – dodaje tej muzyce po prostu energii. Słychać przy tym, że to urządzenie, które jest jak najbardziej tranzystorowe, ale bardziej przy tym idące w stronę, że tak to ujmę – ciepłej precyzji oraz wyrafinowania, aniżeli rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze.