Matrix Audio MS-1 – recenzja

Tutaj Matrix dobitnie, w bardzo wyraźny sposób pokazuje nam, że w przypadku źródeł można zrobić przetwornik bazujący na układach o architekturze (modulatora) delta-sigma mający w dużej mierze referencyjny bas. Będzie on w przypadku MS-1 może tak całościowo, w kategoriach bardziej absolutnych nieco idący w stronę płynności, nieco bardziej właśnie fizjologiczny. Jednakże tak naprawdę to minimalne odstępstwo po prostu pasuje tutaj do całościowego charakteru tego źródła, które od razu zdaje się otaczać słuchacza dużym, ekspansywnym, ale i otwartym i niezwykle przy tym przyjaznym brzmieniem.

Bo właśnie kolejną rzeczą, jaką daje się od razu też wyczuć będzie przestrzeń, projekcja sceny. Nie jest to granie ani jednym planem, ani środkiem sceny. Bo we flagowym Matrixie mamy równie duży rozmach w generowanie przestrzeni, jak w przypadku niskich oktaw. Mam nawet wrażenie, że właśnie to wybudowanie basu w dół także tutaj przyczynia się do tego, że scena dźwiękowa ma spory oddech, ma takie swoiste odejście. Jednocześnie nie jest to tylko kwestia samego dołu pasma, bo MS-1 oddaje także bardzo dużo mikro-detali, jest tutaj dużo muzycznego planktonu, który ujawnia się nawet na muzyce elektronicznej, nawet tam, gdzie w teorii go nie ma. Utwór „Otomo” formacji Bonobo i O’Flynn, jaki znalazł się na płycie „Fragments” zabrzmiał nie tylko zaskakująco pełnopasmowo, ale też i bardzo eterycznie.

To właśnie połączenie tego bogactwa na dole pasma z tym, że mamy do tego bardzo dużo scenę, na której dużo się dzieje to jedna z głównych wizytówek flagowego Matrixa. Bo MS-1 grając brzmieniem bogatym nie wprowadza do tego brzmienia bałaganu. Wszystkiego w tym brzmieniu jest dużo, ale nie oznacza to, że urządzenie epatuje słuchacza masą nieuporządkowanych detali po to, żeby odsunąć jego uwagę od pewnych niedostatków – co czasami zdarza się w przypadku niektórych (tańszych zazwyczaj) źródeł. W przypadku Matrix Audio MS-1 cały czas czuć, że urządzenie ma wszystko pod kontrolą. Mało tego, że ono bardziej bawi się tym dźwiękiem, że nawet gęste aranżacje, czy też te, które teoretycznie mogłoby spowodować jakieś problemy nie są dla tego urządzenia żadnym zaskoczeniem.

I, żeby było ciekawiej, to różnica pomiędzy nim, a urządzeniami tańszymi ujawnia się na każdym praktycznie repertuarze. Bo przyznam, że słuchając go trochę czasu już zauważyłem, że nawet tak prosta teoretycznie muzyka, jak chociażby słynny Axel F wiadomego Harolda była wstanie pokazać, co MS-1 de facto potrafi w zakresie o budowania sceny, ale też w ogólnie pojętej bogatości, fakturowości brzmienia. „Spanish Harmem” Rebecci Pidgeon pokazał też nie tylko to, że Matrix oddaje powietrze tak, jak przy tej cenie powinien, ale też jeszcze coś. Podobnie, jak w przypadku wspomnianego wcześniej Moona 791 to Matrix Audio MS-1 oferuje nam jeszcze jedną, w sumie chyba najbardziej istotną cechę. O ile faktycznie, sama faktura brzmienia jest dosłownie pół kroku po bardziej pastelowej stronie, to jednocześnie w tym brzmieniu nie ma tego przysłowiowego koca. Nie miał go właśnie wspomniany Moon 791, a także (sporo w sumie tańszy) Chord Hugo TT.

Oczywiście trzeba jeszcze wspomnieć o kwestii samych ustawień. I to zarówno tych dotyczących filtra cyfrowego w układzie AK4191, jak i też wbudowanego w MS-1 resamplera. Jednakże także takie utwory, jak Aimee Man „One”, czyli z bardzo wyraziście nagranym wokalem pokazały, że MS-1 jest w stanie zmaterializować artystę w pokoju na naprawdę wysokim poziomie realizmu. I to niezależnie od tego, co w nim „poustawiamy”. A przy tym to wspomniane wcześniej, minimalne pójście w stronę gładkości (no bo w końcu jednak mamy tutaj flagowy zestaw AKMów) oznacza w sumie także tyle, co brak cyfrowej chropowatości.