Matrix Audio MS-1 – recenzja

Producent z jednej strony patrzy bardziej całościowo. Z drugiej strony zaś – bądźmy szczerzy – chce nam zaproponować kolejne urządzenia. Faktem natomiast będzie to, że jego podejście jest takie samo, jak w świecie pro-audio. Czyli jeden sygnał zegara powinien zasilać wszystkie urządzenia. To oczywiście szerszy temat na nieco inną historię. Natomiast teraz powiedzmy jeszcze kilka słów o bardziej użytkowej stronie flagowego Matrixa. Tutaj będzie już bardzo krótko i bardzo na temat: wszystko działa. W zasadzie mógłbym dodać, że „działa znakomicie”. Matrix w tym aspekcie przypomina mi nieco Moona 791, gdzie tak samo sprawnie działał chociażby Tidal Connect, który teoretycznie na każdym urządzeniu powinien działać tak samo szybko, a jednak realia są zupełnie różne. Podsumowując już: czuć w tym urządzeniu nie tylko masę włożonej pracy, ale też spore doświadczenie tej marki. W zasadzie to tylko kwestia przedwzmacniacza została zrealizowana w nieco dziwny sposób, ale bardziej bym jednak nowego Matrixa traktował przede wszystkim jako źródło strumieniujące.

Matrix Audio MS-1 – brzmienie

Zacznijmy od tego, że słuchając Matrixa MS-1 po raz pierwszy można w zasadzie od razu wyciągnąć dwa interesujące, dość istotne, ale też w sumie nie aż tak zaskakujące wnioski. Przede wszystkim, jeżeli chodzi o flagowe jakby nie patrzeć źródło sygnowane logiem Matrx Audio – to po prostu od razu słychać, że mamy do czynienia z urządzeniem z wysokiej, czy też (jak kto woli) wyższej półki. I to już nawet nie chodzi o to, że mamy tutaj najlepszy – przynajmniej w teorii – zestaw przetworników AKMa. Bo tego akurat właśnie nie słychać – to akurat w tym przypadku będzie ten drugi wniosek. A rozwijając temat to można powiedzieć, że o ile już od pierwszych utworów daje się wyraźnie odczuć, że brzmienie jest całościowo na poziomie znacznie wyższym w stosunku do wielu tańszych źródeł (i transportów cyfrowych), to jednocześnie w przypadku Matrixa MS-1 sytuacja jest nieco podobna do tej, jaka miała miejsce w przypadku recenzowanego kiedyś Moona 791.

Otóż chodzi mi o to, że są to urządzenia, które grają już na takim całościowym poziomie jakościowym, że w zasadzie nie słychać już, jaki tak naprawdę gra rodzaj zastosowanego przetwornika cyfrowo-analogowego. Oczywiście, w przypadku Matrixa MS-1 brzmienie będzie jednak minimalnie nieco po bardziej pastelowej i płynnej, nieco mniej konturowej stronie, jeżeli już miałbym go porównać właśnie do Moona 791, który jest oparty o układ ESS9038Pro. Ale proszę mi wierzyć, różnice te tak patrząc ze stricte muzycznego punktu widzenia będą mniejsze, aniżeli można by przypuszczać. Bo de facto więcej łączy te urządzenia, aniżeli je dzieli.

A już przechodząc bardziej do konkretów, to warto od razu wspomnieć o sporej energii, jaka emanuje z brzmienia Matrixa MS-1. Tutaj po prostu słychać, że mamy do czynienia ze źródłem, w którym zasilanie zostało zrobione, że tak to ujmę, „na bogato”. I nawet pomimo drobnego, ale podkreślam, naprawdę drobnego i słabo tak naprawdę zaznaczonego pierwiastka tego AKMowego brzmienia, jakie sam producent układów określa, jako „Velvet Sound” to z tego co usłyszałem po prostu aż emanowało energią. Zacznijmy od tego, że niskie tony są w MS-1 naprawdę bardzo dobrze rozbudowane i bardziej przypominają tutaj de facto to, co mogą nam zaproponować konwertery oparte o technologię Multi-Bit.

Bo bas, zwłaszcza te najniższe dwie oktawy niewiele mają tak naprawdę wspólnego z tym, co potrafią nam zaoferować dużo tańsze przetworniki, zwłaszcza te w konfiguracji Delta-Sigma. To, że mamy tutaj dynamikę i zejście to jest jedno. Natomiast to, co do mnie przemawia w tym przypadku najbardziej, to fakt, że bas jest płynny, jest w pewnym sensie fizjologiczny, rozbudowany, czuć w nim rozmach, czuć, że na samym dole cały czas ma jeszcze zapas. Bardzo wyraźnie było to słychać na muzyce elektronicznej, na płytach z dużą ilością syntetycznych nisko-tonowych impulsów. Na płycie T.A.A.W. „The Energy of Sound”, a w szczególności na „Twelve After Midnight” dało się momentalnie wyczuć, że MS-1 operuje basem już na poziomie właśnie urządzeń, które są nie tyle hi-endowe nazwą albo ceną, ale po prostu nie mają w tym zakresie specjalnych limitów. Jest to tutaj o tyle ciekawe, że mógłbym się tutaj odnieść do pewnej analogii. A konkretnie do recenzji bardzo ciekawych kolumn O Audio Icon 12, gdzie napisałem, że rodzaj obudowy to jedno, a sama kwestia zastosowanego przetwornika basowego to drugie.