iFi Audio GO pod – recenzja

Sterowanie dotykowe w podach jest w praktyce intuicyjne i działa całkiem nieźle. Możemy też dostroić jego czułość w aplikacji Gaia. A jeżeli zaś o samą aplikację chodzi – to jest ona, że tak to ujmę, dość specyficzna, jednakże daje nam dostęp do interesujących, wspomnianych wcześniej ustawień. Mowa oczywiście o wyborze trybów pracy filtra cyfrowego.

Jeżeli zaś chodzi o jakość połączeń głosowych, to zapewne niektóre słuchawki TWS będą nieco lepsze w tym zakresie, ale wynika to bardziej z faktu, że w przypadku GO podów mikrofony mamy umieszczone de facto za uszami. Proszę mnie też nie zrozumieć źle – jakość połączeń telefonicznych jest tutaj jak najbardziej w porządku. Po prostu nie oczekujmy, że GO pod będzie tutaj najlepszym możliwym rozwiązaniem na rynku. To zresztą nie jest główna jego funkcja. No i właśnie – pora na clue tematu.

iFi Audio GO pod – brzmienie

Pierwszą prawidłowością, jaką będzie zauważyć można niemalże od razu, będzie to, że – w porównaniu do połączenia przewodowego – nie mamy tutaj do czynienia z jakimś zauważalnym spadkiem jakości brzmienia. Wspominam o tym już na początku samego opisu brzmienia GO poda (czy w zasadzie podów) ponieważ sporo osób może oczekiwać, że będziemy mieli do czynienia z zauważalnym, znaczącym pogorszeniem się brzmienia w porównaniu chociażby to sytuacji, w której użylibyśmy odtwarzacza typu DAP połączonego „po kablu”. Oczywiście, różnica tutaj będzie też zależeć od tego, do jakiego DAP-a będziemy mieli odniesienie. Bo jeżeli, przykładowo, porównamy GO pody do hi-endowego odtwarzacza takiego, jak chociażby Astell&Kern SP3000 – to tak, różnica będzie zauważalna. Jednakże jedną rzecz naprawdę chciałbym podkreślić. Otóż brzmienie, jakie da nam kombinacja typu „GO pod plus nasze słuchawki typu IEM” – będzie najprawdopodobniej sporo lepsze aniżeli byśmy się tego spodziewali. Inaczej rzecz ujmując, już po kilku chwilach słuchania pojawia się taka refleksja, że sekcja DAC w tych niewielkich urządzeniach iFi Audio faktycznie nie jest dziełem przypadku. I że śmiało może ona konkurować z większością odtwarzaczy typu DAP ze średniej półki.

iFi Audio GO pod

Inną równie zaskakującą rzeczą będzie również to, że brzmienie jako takie – zakładając, że użyjemy słuchawek kosztujących mniej więcej tyle samo, co GO pod – będzie tak naprawdę dużo lepsze w porównaniu do tego, co jakiekolwiek słuchawki typu TWS będą nam w stanie zaoferować. To, co może wydać się tutaj niemalże uderzające, to niezwykle interesująca mieszanka: przejrzystości, prędkości oraz rozdzielczości muzycznego przekazu połączona z neutralną, a przy tym wcale nie za jasną barwą. Ogólny charakter brzmienia GO poda jest także otwarty i pozbawiony jakiegoś przytłumienia. Śmiem przypuszczać, że iFi po prostu postanowiło dać użytkownikom w miarę neutralne źródło, pozostawiając efekt końcowy w ich rękach.

Bo ten będą mogli w dużej mierze modelować poprzez odpowiedni dobór słuchawek, jakie do podów podłączą. Albo jeszcze inaczej rzecz ujmując: GO pod może być też traktowany w tej kwestii, jako całkiem neutralny odtwarzacz typu DAP. A przy tym też taki, który posiada lepszą dynamikę i rozdzielczość, aniżeli moglibyśmy się tego – patrząc poprzez pryzmat ceny – spodziewać. Tutaj chodzi także o jeszcze inny dość istotny aspekt brzmienia: makro oraz (co w sumie bardziej istotne) mikrodynamikę. To są dwa kolejne aspekty, które będą odróżniać GO poda od nawet najdroższych słuchawek typu TWS na rynku. Przykładowo, w zestawieniu z Andromedami od Campfire Audio rozdzielczość i zdolność różnicowania subtelnych nawet zmian dynamicznych oraz zmian w tonacji – była wręcz zdumiewająca. I nawet bardzo dobre słuchawki typu TWS, jak chociażby stosunkowo nowe Finale ZE8000MK2 nie miały w tym zakresie zbyt wiele do powiedzenia.

iFi Audio GO pod

Odsłuchy GO podów rozpocząłem od muzyki bardziej mainstreamowej, lecz przy tym dość żywej i dynamicznej zarazem. Na „Vogue” Madonny zaskoczyła nie tylko szerokość sceny, co także ogólne poukładanie brzmienia. W przypadku każdych słuchawek, z jakimi ten nowy „wynalazek” iFi Audio łączyłem – to za każdym razem miałem wrażenie, że słucham bardziej samych słuchawek, aniżeli źródła, jakie dostarcza im sygnał. Dlatego też powyższy akurat singiel amerykańskiej wokalistki zabrzmiał też lepiej na Campfire Audio Supermoonach, aniżeli na Andromedach od tego samego producenta.