FEZZ Luna EVO – recenzja

Przy czym lampowce nie są w tym wcale jakoś specjalnie odosobnione, bo można to odnieść chociażby do modnych ostatnio przetworników cyfrowo-analogowych zbudowanych w oparciu o architekturę R2R. Tutaj z kolei oczekuje się często brzmienia nawiązującego w jakiś sposób do układów typu TDA1541 czy PCM63P, albo ogólnie brzmienia mającego tak zwane „flow” i szeroko pojętą organiczność. Wspominam o tym po to, żeby pokazać pewną prawidłowość: otóż człowiek widząc jakieś konkretne rozwiązanie techniczne czy też układowe oczekuje w brzmieniu pewnych jego cech. Przy czym nie tylko tych pozytywnych, ale także w jakiś sposób nastawia się także na pojawienie się również i tych już nieco mniej pożądanych. Faktem jest, że istnieje sporo wzmacniaczy lampowych na rynku, które – brzmieniowo – idą jednoznacznie w stronę stereotypowego brzmienia lampowego. Nowa Luna EVO nie jest takim wzmacniaczem. To wzmacniacz, który jest poza większością stereotypów, jakie krążą o tego typu konstrukcjach.

Oczywiście do tego, ile jest tutaj „lampy w lampie” jeszcze dojdziemy, natomiast pozwolę sobie już na wstępie nawiązać do czegoś jeszcze innego. Otóż warto sobie zadać pytanie, czy taka, a nie inna technologia amplifikacji powinna stricte implikować konkretną estetykę brzmienia, czy może powinna jednak służyć bardziej przekazaniu muzyki takiej, jaką ona jest w swojej istocie? Bo przyznam, że słuchałem nowej Luny naprawdę długo, w sumie to ponad miesiąc – i trudno jest mi oprzeć się jakże interesującemu wrażeniu, iż wzmacniacz ten stara się przede wszystkim grać muzykę. Nieco przy tym odsuwając dywagacje „technologiczne”, o jakich wspomniałem wcześniej na dalszy plan.

Jasne, słychać, że mamy do czynienia z lampą, ale efekt jest tutaj naprawdę dość subtelny, zwłaszcza w trybie triody (do tego też jeszcze dojdziemy). Luna nie podbarwia brzmienia w klasyczny można by rzec, stereotypowo lampowy sposób. A już na pewno nie na tyle, na ile można by się tego spodziewać po wzmacniaczu pracującym w trybie przeciwsobnym i na dodatek w klasie AB oraz lampach EL34. Pierwszym wnioskiem, jaki może nasunąć się z dłuższych odsłuchów z naprawdę różnorakim repertuarem jest to, że FEZZ Luna gra przede wszystkim w sposób niezwykle czysty, subtelny oraz niezmącony.

Zanim jednak przejdziemy do konkretów, to pozwolę sobie na dwie uwagi. Opis brzmienia będzie dotyczył wzmacniacza grającego na lampach Electro-Harmonixa, do tego w trybie triody. Jeżeli chodzi o lampy, to taki wzmacniacz dostałem. Natomiast odnośnie samego trybu pracy, to z dwóch dostępnych, to całościowo trioda gra – co nie powinno też nikogo w sumie dziwić – jednak lepiej. Jednocześnie różnica w mocy między tymi dwoma trybami, chociaż aż (lub tylko) dwukrotna, wcale nie jest taka znacząca w praktyce, jakby mogło się wydawać. Albo jeszcze inaczej sprawy ujmując: pozwolę sobie na postawienie tak odważnej w sumie tezy, że to właśnie tryb triody powinien być tutaj wyjściowy, a tryb UL ciekawym w sumie, lecz jednak – dodatkiem.

Odsłuchy Luny rozpocząłem od elektroniki, czyli od płyty „Inks” formacji „AES Dana”. Przede wszystkim ze względu na połączenie syntetycznych, niskich impulsów na basie z dość specyficzną tonalnością. Luna już na tytułowym utworze pokazała, że nie tylko potrafi zapanować nad basem, ale jest też w stanie wygenerować bardzo sugestywną, bliską i namacalną scenę. Jednocześnie to ani nie scena, ani też nie bas, a zdolność do świetnego połączenia mikro i makro dynamiki były na tym konkretnym albumie najbardziej zaskakujące. Luna wyjątkowo dobrze radzi sobie z oddaniem dźwiękowego planktonu. Na tyle dobrze, że sięgnąłem po utwór „Celestial Echo” ze świetnej płyty „Convergence” Malii i Borisa Blanka. Wokal Malii został w tym utworze fenomenalnie wręcz – biorąc pod uwagę cenę tego wzmacniacza – umieszczony w przestrzeni.

Tutaj chodzi o to, że Luna ma jedną rzadko spotykaną w tym przedziale cenowym cechę. Proszę też potraktować to jako bardzo istotną zaletę tego wzmacniacza. Otóż na dobrych realizacjach (zwłaszcza takich, gdzie bezpośrednio nagrano wokale) nowy wzmacniacz FEZZa nie dodaje od siebie takiej dodatkowej mgiełki, jaka czasami pojawia się w przypadku niektórych konstrukcji lampowych w tych przedziałach cenowych. Fakt, słychać, że mamy do czynienia z lampą, ale też mamy bardzo duże poczucie bezpośredniości brzmienia.

Ta bezpośredniość przy tym, co także niech będzie istotną uwagą, bardzo przypomina to, co można usłyszeć zazwyczaj z dobrych konstrukcji typu single-ended, albo też wzmacniaczy półprzewodnikowych projektowanych stricte pod przeźroczystość dla sygnału. Wzmacniacz w skali absolutnej przybliża nieco pierwszy plan i gra raczej do przodu. Natomiast to, co oferuje właśnie na pierwszych planach, bliżej linii głośników jest naprawdę bardzo wiarygodne. Jednocześnie nowa Luna wcale nie sili się na to, aby zaprezentować słuchaczowi brzmienie lampowe w takim stereotypowym tego słowa sensie, a bardziej oferuje jego namacalność, plastyczność przy jednoczesnym zachowaniu zarówno konturu, jak i dynamiki.