Brytyjska marka z Kent nie raz już gościła na łamach hifizone.pl – po raz pierwszy przy okazji recenzji jakże specyficznego i ciekawego zarazem urządzenia, jakim jest Chord Hugo M Scaler. Potem przyjrzeliśmy się przetwornikowi cyfrowo-analogowemu Chord Qutest, aby następnie z pułapów nieco bardziej przystępnych cenowo wziąć na przysłowiową tapetę końcówkę mocy Chord Ultima 5. Ta ostatnia zrobiła w sumie całkiem spore wrażenie, co w sumie – zważywszy na cenę – nie powinno dziwić. Jednocześnie już wtedy pojawiło się pytanie, ile z brzmienia tego kosztującego, jakby nie patrzeć, ponad 50 tysięcy nowych polskich złotych wzmacniacza mocy można mieć za kwotę znacznie mniejszą. Przy czym „znacznie” będzie tutaj oznaczać mniej niż połowę. Bo recenzowany tym Chord Etude kosztuje niewiele powyżej dwudziestu tysięcy, czyli znacznie poniżej połowy ceny Ultimy 5. A jednocześnie producent chwali się tym, że zastosowano tutaj te same rozwiązania konstrukcyjnie. W szczególności chodzi tutaj nie tylko o topologię, co o – świetnie ponoć zaprojektowany – zasilacz impulsowy. No i specjalne, lateralne tranzystory mocy. Rozwiązania układowe z Ultimy to jedna kwestia. Natomiast jest jeszcze coś, na co chciałbym już na wstępne zwrócić uwagę. Coś, o czym rzadko się mówi, a jednak może mieć dość istotne, kluczowe wręcz znaczenie. I o ile jest to kwestia stricte techniczna, to jednak mająca nierzadko całkiem spore przełożenie na brzmienie. Otóż, w przypadku Ultimy 5 mamy do czynienia z kilkoma parami tranzystorów mocy pracującymi równolegle. Tutaj są „tylko” dwie pary na kanał. A jest też tak, że wiele uznanych producentów wzmacniaczy tranzystorowych, jak chociażby Bakoon, wyznaje filozofię, że „mniej, znaczy więcej”, czyli opierają się na jednej, lub maksymalnie dwóch parach tranzystorów mocy na kanał. Dlatego patrząc także z takiej perspektywy, postanowiliśmy przyjrzeć się modelowi Etude nieco bardziej wnikliwie.
Budowa i kwestie praktyczne
Przede wszystkim Etude, podobnie jak większość urządzeń brytyjskiej marki – ma dość specyficzne wzornictwo. Złośliwi mogliby tutaj powiedzieć, że projektant może trochę za bardzo poszybował w obłoki, ale akurat – patrząc poprzez pryzmat innych urządzeń tej marki – Etude jest i tak dość konserwatywny w swoim wyglądzie. Obudowa wzmacniacza to blok aluminium i o ile faktycznie wyróżnia się wyglądem, to jednak powinna dość zręcznie „wtopić się” w otoczenie. Wzmacniacz jest też zaskakująco niewielki, i na dodatek jego głębokość nie przekracza 20 cm. Jednakże jest – jak na swoje wymiary – dość ciężki. Chociaż i tak, biorąc pod uwagę jego możliwości mocowe (150W na kanał przy 4 omach), mógłby ważyć więcej. Taką a nie inną masę oraz stosunkowo niewielkie rozmiary zawdzięczamy dwóm kwestiom. Po pierwsze Chord zastosował zasilacz impulsowy. I, podobnie, jak w przypadku większej końcówki Ultima 5, firma z Kent chwali się tutaj tym, że nie jest to taki pierwszy lepszy zasilacz. Producent zarzeka się, że tą część urządzenia także i w tym przypadku zaprojektowano z największym pietyzmem, wykorzystując wieloletnie doświadczenie w zakresie projektowania tego typu konstrukcji impulsowych. Chodzi tutaj w szczególności o odpowiednią filtrację potencjalnych szumów, jakie taki zasilacz mógłby generować – zarówno od strony sieci zasilającej, jak i także od strony elektroniki wzmacniacza. Drugą kwestią, która – dla co poniektórych – może być nieco kontrowersyjna jest zastosowanie wentylatorów chłodzących radiatory końcówki mocy. Jednak w tym aspekcie, proszę mi wierzyć – są one praktycznie niesłyszalne podczas pracy.
Jeżeli zaś o ergonomię chodzi – to tutaj nie mam uwag. Co prawda wyłącznik sieciowy znajduje się z tyłu (w Ultimie jest z przodu, na dodatek podświetlany), to jednak umiejscowiony jest blisko krawędzi bocznej i górnej, dlatego stosunkowo łatwo go „namierzyć”. Gniazda głośnikowe są solidne, chociaż nie ma tutaj jakiejś szczególnej ekstrawagancji, natomiast nie mamy też poczucia, że w tym aspekcie w jakikolwiek sposób oszczędzono. Całości dopełnia zestaw wejść stereo pod postacią pary gniazd XLR oraz pary RCA. Czyli w sumie bez dodatkowych kombinacji, ot typowa końcówka mocy.
To, co natomiast jest już mniej typowe, to topologia pracy wzmacniacza. Szerzej opisałem to w recenzji Ultimy 5, do której odsyłam wszystkich zainteresowanych. A dla tych bardziej leniwych dodam tylko w skrócie: wzmacniacze Chorda mają dość nietypową i zaawansowaną zarazem topologię układu, którą producent określa, jako „Dual feed-forward”. Topologia ta pozbawiona ma być większości zniekształceń, jakie wprowadzają do sygnału wzmacniacze z pętlą sprzężenia zwrotnego i jest, mówiąc zwięźle, rozwinięciem koncepcji tak zwanej „Korekcji Hawksworda”. Tyle technikaliów, przejdźmy do najważniejszego.
Chord Etude – „baby Ultima, or not?”
Zanim przejdę do właściwego opisu brzmienia, chciałbym zwrócić uwagę na jedną kwestię. Dotyczy ona w sumie także końcówki mocy Ultima 5, oraz wielu innych wzmacniaczy, niekoniecznie też tranzystorowych, ale tutaj mam nieodparte wrażenie – że jest szczególnie istotna. Otóż proponowałbym dać tej końcówce mniej więcej pół godziny od momentu włączenia, zanim przejdziemy do bardziej krytycznych odsłuchów. Oczywiście, wzmacniacz ten już po chwili pokazuje pewną część swojego potencjału, jednakże pełnię sonicznych możliwości uzyskuje dopiero po dłuższej chwili. Inaczej rzecz ujmując: przez pierwsze pół godziny brzmienie się dość znacznie przeobraża, na lepsze oczywiście.
A brzmienie to, już po kwadransie dość mocno zaskakuje. Otóż tak się składa, że Etude podłączony był zaraz po redakcyjnym wzmacniaczu hybrydowym w topologii single-ended. I jest też tak, że sporo wzmacniaczy bezpośrednio podłączonych tuż po wspomnianej hybrydzie brzmi po prostu pusto, płasko i bezbarwnie. Etude oczywiście zabrzmiał z innym charakterem, ale – co ciekawe – pierwsze wrażenie wcale nie było takie, że jest bardziej płasko, czy nudno. Pierwsze notatki, jakie miałem były takie, że Etude jest bardziej stonowany, ale unika pułapki wielu wzmacniaczy tranzystorowych, które pod przykrywką neutralności grają po prostu bezdusznie i ze słabą barwą. Druga rzecz, jaka nasunęła się już na samym początku była taka, że Etude to bardzo ciekawa szkoła brzmienia.
I nie bez kozery, całkiem specjalnie napisałem w powyższym akapicie „szkoła brzmienia”, bo tak się składa, że gdzieś już podobny sznyt soniczny słyszałem. Pozwolę sobie odnieść się tutaj, po raz kolejny zresztą, do wiadomego elementu konstrukcyjnego Chorda. Czyli do użycia w końcówce mocy lateralnych tranzystorów MosFet. Nie jest to błahy detal, z tego względu, iż tranzystory te są w zasadzie specjalnie zaprojektowane do zastosowań we wzmacniaczach audio, wyróżniając się szczególnymi charakterystykami, w pewnych obszarach przypominających triodę. Ergo: mają zaskakująco dobrą liniowość. I jakby nie patrzeć, a raczej słyszeć – coś w tym jest.
Po kolei, zatem. Przede wszystkim Chord Etude doskonale oddaje atmosferę nagrań. To jest w pewnym sensie przeciwieństwo negatywnego stereotypu tranzystorowej końcówki w klasie AB, która tylko „obrabia” sygnał, odzierając go z muzycznej spójności. Bo właśnie przy zachowaniu praktycznie wszystkich obiektywnych aspektów brzmienia na co najmniej dobrym – a patrząc przez pryzmat ceny, bardzo dobrym – poziomie, Etude ma po prostu serce do muzyki. Inaczej rzecz ujmując, i sięgając po mocno wyświechtane sformułowanie – końcówka ta jest po prostu muzykalna.
A jeżeli już wspomnieliśmy o tych obiektywnych aspektach brzmienia, to pozwolą Państwo, iż nawiążę do odsłuchów muzyki filmowej i elektronicznej, bo od takiego akurat repertuaru rozpocząłem odsłuchy końcówki z Kent. Przesłuchując kolejno poszczególne ścieżki dźwiękowe autorstwa Hansa Zimmera, od „The Black Hawk Down”, poprzez „Rush”, a na „The Dark Knight” skończywszy, wyraźnie słychać jedno. Etude to wzmacniacz pełnopasmowy. Gra mocniej, aniżeli specyfikacja zdawałaby się sugerować. I może o ile bas w skali absolutnej nie jest tutaj ultra precyzyjny (bo na przykład Ultima ma tutaj dużo więcej do pokazania), to ma doskonałe rozciągnięcie, odpowiednią kontrolę i przede wszystkim barwę. Jeżeli zaś o tę kontrolę chodzi to, proszę mi wierzyć, tutaj i Chord ma więcej do zaoferowania, aniżeli spora część wzmacniaczy posiadających dużo gorsze nasycenie barwy.
Inaczej rzecz ujmując, skraje pasma w Etude nie wykazują żadnych niedomagań, a jednocześnie nie odbywa się to w żaden sposób kosztem odchudzonej, czy spłaszczonej średnicy. Wracając jeszcze na chwilę do niskiego i najniższego pasma, na „Why So Serious” i „Rory’s First Kiss” Zimmera słychać było, że bas z Etude to bardzo dobre połączenie szybkości, wypełnienia, barwy i plastyczności. Niekoniecznie może w tej kolejności, bo – powtórzę się – nie jest to bas znany z bardzo drogich końcówek mających nielimitowane pokłady energii, nie jest to bas, który startuje i zatrzymuje się w mgnieniu oka, są urządzenia potrafiące zagrać szybciej i jeszcze bardziej twardo, konturowo, jednakże nawet w skali absolutnej nie są to różnie typu niebo i ziemia.
Patrząc z kolei na drugi skraj pasma – sprawy przybierają jeszcze ciekawszego obrotu. Otóż wysokie częstotliwości to bardzo mocna strona Chorda Etude. Pozwolę sobie jednocześnie tutaj na pewną dygresję, jednakże prowadzącą do ujęcia spraw w nieco szerszym kontekście. Otóż jakiś czas gościł u mnie wzmacniacz na najnowszych „cyfrowych” modułach Puri-Fi 1ET400A. Wzmacniacz ten, a w zasadzie końcówka mocy był pod wieloma względami bardzo dobry, a jak na tego typu konstrukcje przełomowy. Jednakże Etude pokazuje, że klasie D wciąż jednak nieco brakuje do poprawnie (a w tym przypadku nawet bardzo dobrze) skonstruowanych wzmacniaczy z „liniowymi” końcówkami mocy. I słychać to właśnie najbardziej na górze pasma. Góra pasma w Etude jest gładka, nasycona, a jednocześnie potrafi zaiskrzyć, kiedy trzeba. I przy tym nie ma krzty metaliczności. Ale jest tutaj jeszcze coś dużo bardziej istotnego – różnicowanie. Różnicowanie, którego mi nieco właśnie w 1ET400A brakowało.
I to właśnie ta góra pasma jest w dużej mierze odpowiedzialna za jedną z mocniejszych cech Etude. Czyli nie tyle za stereofonię i odwzorowanie źródeł pozornych, ale przede wszystkim także za całościowe oddanie akustyki, aury nagrań. Przy czym faktycznie jest też tak, że końcówka Chorda brzmi nieco po pastelowej stronie. Jednakże przykładowo Imagine Dragons „Friction” został przekazany z odpowiednią dynamiką, werwą i adekwatną chropowatością. Na utworze tym słychać też, że Etude ma tak naprawdę całkiem spore zapasy dynamiki, jednakże nie jest to wzmacniacz, który z tą dynamiką się jakoś sam wyrywa do przodu. Jednakże odpowiednio „zaproszony” przez nagranie – pokazuje, że jednak są te dwie pary MosFetów w końcówce na kanał i moc deklarowana przez producenta nie jest tylko mocą na papierze. Jednakże to, co jest tutaj jeszcze ważniejsze, jeżeli już przy dynamice jesteśmy, to fakt, iż przy większych skokach dynamicznych nic się nie zlewa, ani nie wyostrza. A efekt ten jest dość częsty w przypadku wielu końcówek mocy i wzmacniaczy zintegrowanych. Zwłaszcza tych w klasie AB, kiedy końcówka mocy wychodzi z klasy A i w grę zaczyna wchodzić efekt znany, jak „GM-doubling”, czyli nagła zmiana transkonduktancji tranzystorów mocy.
Dobre opanowanie i w zakresie mikro, jak i makrodynamiki słychać bardzo wyraźnie na „Money Can’t Buy It” Annie Lennox. Mamy tutaj zachowaną dynamikę nagrania, bas i rytm. Jednakże bardziej tutaj chodzi o to, że Chord wciąga słuchacza w nagranie, w spektakl. Zapewne w tym momencie bardziej uważni z Państwa zdążyli już zauważyć, że jak do tej pory, to praktycznie nic nie napisałem jeszcze o środku pasma. A to dlatego, że najlepsze postanowiłem zostawić na koniec. I jeżeli miałbym ten aspekt reprodukcji tej akurat końcówki brytyjskiej marki określić zwięźle i w jednym zdaniu, to powiedziałbym, że średnica w Etude jest kremowa, analogowa i rozdzielcza jednocześnie. Jednocześnie zakres ten nigdy nie popada ani w krzykliwość, ani też metaliczność. I, co ciekawe, środek pasma przypomina mi dość mocno to, co dawno temu – jeszcze u zarania audiofilskiego Internetu – usłyszałem z mocno zmodyfikowanych końcówek mocy Musical Fidelity MA75 pracujących w Klasie A.
Bo średnica jest nasycona, ale nie jest to też przesycenie połączone z pewnego rodzaju zmianą zależności na scenie, jakie ma miejsce chociażby w przypadku wielu wzmacniaczy lampowych, zwłaszcza tych pracujących w konfiguracji push-pull. Bo tutaj nasycenie nie odbywa się kosztem dokładności. Na Portishead „Roads” wrażenie robi nie tylko wokal sam w sobie, ale to, w jaki sposób całe nagranie jest poukładane, cały „otoczenie” tego wokalu. Taki środek pasma nie tylko nie kaleczy gorszych realizacji, ale i sprzyja tym lepszym, wliczając w to pliki o wysokiej rozdzielczości. Te ostatnie zresztą doskonale współgrają z całościowym charakterem urządzenia. I jeszcze coś, tak bardziej całościowo, Etude ma taką inherentną dynamiczną płynność, rozpęd, czy jak to się ładnie w obcym języku mówi – „momentum”. Ta cecha zdaje się poniekąd zaprzeczać fizycznym wymiarom tego wzmacniacza i też sporo mówi o jego potencjale.
Chord Etude – kilka słów w ramach podsumowania
Oczywiście nasuną się tutaj dwa nieuchronne pytania. Pierwsze będzie takie, jak się Etude ma do Ultimy. A drugie zaś – to jak się ten wzmacniacz plasuje na ekliptyce urządzeń, które kosztują w okolicach około dwudziestu tysięcy złotych. Zacznę może od tej pierwszej kwestii. Otóż i Etude i Ultima to wzmacniacze oferujące bardzo dużą dawkę plastyki. Przy czym Ultima daje oczywiście większy wgląd w nagranie i, co chyba oczywiste, napędzi praktycznie wszystkie kolumny na rynku bez większego problemu. Jednakże, jak to w audio bywa, sprawy wcale nie są takie oczywiste, jakby się wydawało i tutaj powiem coś dla niektórych dość kontrowersyjnego. Otóż jestem w stanie sobie wyobrazić sytuację, kiedy to właśnie Etude może lepiej wkomponować się w dany system, aniżeli nawet będąca obiektywnie lepszym wzmacniaczem Ultima 5.
Bo, i to odniosę do innych urządzeń w tym zakresie cenowym, Etude ma właśnie magię konstrukcji na jednej, maksymalnie dwóch parach lateralnych tranzystorów na kanał. Etude pokazuje też, że dobry wzmacniacz liniowy wciąż jest w stanie pokazać, że patrząc stricte z muzycznego punktu widzenie – klasie D jednak dalej trochę brakuje. Jednocześnie widziałbym ten wzmacniacz, jako doskonałą propozycję dla wszystkich tych, którzy nie chcą bezdusznego tranzystora, a urządzenie, które po prostu gra muzykę. Bo Chord Etude ma właśnie ten dość specyficzny rodzaj magii, ten szczególny charakter brzmienia, który sprawia, że zapominamy o technikaliach i zaczynamy po prostu słuchać muzyki. I o ile tym akurat razem nie będzie nagrody „Wybór Redakcji”, to zdecydowana rekomendacja już jak najbardziej.
Adam Kiryszewski
Dystrbutor: Audio Center Poland
Cena: 22990 PLN





Dodaj komentarz