Chord Hugo M Scaler – recenzja

Chord Hugo M Scaler

Chord Hugo M Scaler to charakterystyczne i wysoce wyspecjalizowane urządzenie, którego funkcjonalność wymaga omówienia już na wstępie. W dużym skrócie jego działanie polega na zwiększaniu – w czasie rzeczywistym, niejako „w locie” – rozdzielczości cyfrowego strumienia danych audio. A jeszcze inaczej rzecz ujmując – Chord Hugo M Scaler znajduje swoje miejsce pomiędzy źródłem cyfrowym (takim, jak chociażby streamer czy komputer) a przetwornikiem cyfrowo-analogowym. Przytoczmy, jako pewien punkt wyjścia to, co o M Scalerze mówi sam producent. A mówi tak:

„(…)Hugo M Scaler to odrębne urządzenie upskalujące zawierające najbardziej zaawansowany na świecie filtr cyfrowy. Kiedy używane jest z DACiem firmy Chord Electronics z podwójnymi wejściami BNC, pozwala zdefiniować na nowo jakość cyfrowego audio”.

Jakby nie patrzeć, to trzeba przyznać, że powyższe stwierdzenie jest poważne, a producent zaznacza też, iż M Scaler najlepiej będzie działać właśnie z urządzeniami tej samej marki. Na dodatek tymi, które posiadają na pokładzie podwójne wejścia BNC. W chwili obecnej (luty 2021) w ofercie brytyjskiego producenta są trzy takie przetworniki. Pierwszy z nich i jednocześnie najtańszy, to kosztujący niewiele ponad 6 tyś PLN Chord Qutest. Drugi to Chord Hugo TT2. Najdroższym zaś przetwornikiem Chorda wyposażonym złącza BNC jest Chord DAVE. Przy czym ten ostatni to także najdroższy (45 tyś PLN) przetwornik tej marki, który zdążył już zdobyć odpowiednią renomę na rynku. Sam Chord Hugo M Scaler został jednocześnie wyceniony na niecałe 18 tyś PLN, dlatego też dla równowagi recenzja ta odnosić się będzie przede wszystkim – ale nie tylko – do wpływu na brzmienie, jaki M Scaler wnosi w połączeniu właśnie z Hugo TT2. Oczywiście, istnieje możliwość podłączenia M Scalera do innych przetworników, jednakże śmiem twierdzić, iż zrozumieją Państwo, dlaczego właśnie w konfiguracji z przetwornikami Chorda takie, chciałoby się kolokwialnie powiedzieć – magiczne pudełko – ma największy sens.

Chord Hugo M Scaler

Jest jeszcze inna ważna kwestia. Otóż zdaję sobie sprawę, iż M Scaler to urządzenie nie tylko unikalne i specjalizowane, ale też i takie, które może zostać dość kontrowersyjnie odebrane. Faktem jest, że mamy na rynku sporo urządzeń, które niosą za sobą pewne – czasami nawet dość odważne – deklaracje. A potem okazuje się, że to była tylko niekoniecznie działająca w praktyce teoria doprawiona ambitnym żargonem marketingowym. W przypadku M Scalera może się jednak okazać, iż mamy do czynienia z sytuacją zupełnie inną. I jest ku temu jeden, całkiem dobry powód. A w zasadzie nawet nie powód, a osoba. Chodzi oczywiście o głównego projektanta cyfrowych urządzeń firmy Chord, czyli pana Roberta Wattsa.

Robert Watts – czyli o historii i cyfrowym audio słow kilka

Starsi stażem (chociaż może nie aż tak bardzo) audiofile pamiętają zapewne lata dziewięćdziesiąte. Były to czasy, kiedy otwierały się pierwsze specjalizowane salony audiofilskie, swoje pierwsze kroki stawali duzi dzisiaj dystrybutorzy sprzętu i na naszym rynku zaczęły pojawiać się coraz to nowsze i jednocześnie bardziej specjalizowane, hi-endowe marki. To były także czasy, kiedy niektórzy mieli pierwszą okazję zapoznać się z brytyjskimi urządzeniami, bo – jak nietrudno się domyślić – to właśnie między innymi sprzęt z wysp miał wtedy nie tylko dość dużą siłę przebicia, ale i także sporą popularność. Jedną z ciekawszych marek z tamtych czasów była z pewnością dpa, czyli Deltec Precision Audio. Firma ta produkowała między innymi przedwzmacniacze oraz końcówki mocy. Miała też w ofercie jeden, i to całkiem niezły – wzmacniacz zintegrowany. Mowa oczywiście o dpa Reneissance, który swego czasu był bardzo poważną konkurencją dla wielu naprawdę renomowanych konstrukcji. Marka ta robiła też okablowanie, zarówno interkonekty, jak i kable głośnikowe. Ale tak naprawdę to nie z tego była znana, bo w pewnych kręgach, u bardziej wyrafinowanych słuchaczy – prawdziwą furorę zrobiły właśnie przetworniki cyfrowo-analogowe z logo „dpa”. Były to urządzenia oferujące – zwłaszcza, jak na tamte czasy – zjawiskową wręcz sugestywność brzmienia połączoną z bardzo specyficznym wrażeniem spójności, koherencji i głębszej poprawności przekazu. Piszę o tym nie bez kozery, wszystko się zaraz wyjaśni, idźmy zatem dalej.

Przetworniki firmy dpa posiadały nie tylko unikalne brzmienie, ale też były to jedne z pierwszych na świecie urządzeń tego typu, które nie korzystały z ogólnie dostępnych układów scalonych przeznaczonych do konwersji D/A. Zamiast tego, w dpa wykorzystano kości FPGA, czyli Field-Programmable Gate Array. FPGA to programowalne układy, w których rzeczona „programowalność” sprowadza się nie tylko do możliwości uruchomienia różnego kodu, ale także do tego, że sam układ, sposób jego działania – można dostosować pod konkretną aplikację. Innymi słowy, ktoś, kto umiejętnie potrafi użyć takiej kości, może ją odpowiednio zaimplementować tak, aby sposób jej działania był jak najbardziej optymalny do danej aplikacji. A przy tym może to zrobić także w wersji „na bogato”. Zwłaszcza, że dostępne obecnie na rynku układy FPGA posiadają naprawdę ogromne moce obliczeniowe. Mało tego, dpa miała wtedy jeszcze inne – nie mniej unikalne – rozwiązanie. Mowa o systemie Deltran, czyli dodatkowym połączeniu pomiędzy transportem cyfrowym (odtwarzającym płyty CD) a przetwornikiem cyfrowo-analogowym. Połączenie to synchronizowało zegar pomiędzy dwoma urządzeniami i znacząco, słyszalnie poprawiało brzmienie.

Chord Hugo M Scaler

Jak nietrudno się domyślić założycielem i głównym konstruktorem firmy dpa był właśnie Rob Watts. Czyli dokładnie ta sama osoba, która w tej chwili pełni funkcję „Digital audio consultant” (to naprawdę nie wymaga tłumaczenia…) w firmie Chord i jest de facto konstruktorem nie tylko przetworników tej marki, ale także i samego M Scalera. Dla bardziej zainteresowanych historią oraz meandrami cyfrowego audio portal hifizone.pl przygotwał nie lada gratkę – niebawem na naszym portalu znajdą Państwo wywiad z Panem Wattsem.

Delta-Sigma, R2R (Multibit), FPGA – (więcej niż) kilka słów o technice

Przechodząc do teraźniejszości – zwróćmy uwagę na jeszcze jedną rzecz. Otóż o ile sam M Scaler nie jest przetwornikiem cyfrowo-analogowym, to żeby odpowiednio nakreślić to, czym tak naprawdę jest, trzeba się do tych przetworników, chociażby pobieżnie – odnieść. A konkretnie do ich konstrukcji, do tego, jak działają. I przede wszystkim do tego również, dlaczego jedne działają tak, a drugie inaczej. Nie zapominajmy w tym wszystkim o czymś jeszcze innym, tak naprawdę dla nas najbardziej istotnym. Otóż to właśnie od sposobu ich pracy, zależy to, jakie uzyskamy z nich brzmienie.

Dla uproszczenia pomińmy czasy przed wprowadzeniem standardu RedBook, znanego jeszcze inaczej jako CDDA, czyli Compact Disc Digital Audio. I skupmy się na tym, jak przetworniki cyfrowo-analogowe ewoluowały od czasów lat 80 tych. Otóż wtedy, dawno temu pierwsze układy przetwarzające sygnał audio z domeny cyfrowej na analogową posiadały architekturę drabinki rezystorowej, znanej także, jako R2R (resistor-to-resistor) lub Multibit. Był to jeden z prostszych, i jak się po latach okazało – także jeden z lepszych (w sensie: lepiej brzmiących) sposobów konwersji. Niektórzy pamiętają zapewne takie układy, jak chociażby Philips TDA 1541, czy też Burr-Brown PCM63P. Były one ładnych parę lat temu synonimem brzmienia nie tyle dobrego, co wręcz znakomitego. Układy te brzmiały zazwyczaj całkiem nieźle, jednak ich produkcja była – nie wdając się w zbytnie szczegóły – problematyczna. Dlatego więksi producenci układów scalonych – tacy, jak chociażby Analog Devices, Wolfson Microsonics, czy chociażby Burr-Brown (wykupiony później przez Texas Instruments) – zaczęli wprowadzać kości o zupełnie nowej architekturze. Mowa oczywiście o układach opartych o modulatory delta-sigma. Uklady te z czasem zaadoptowali producenci urządzeń audio. Przy czym trzeba tu wspomnieć, że – aby było ciekawiej – wcale nie jest też tak, że układy te były jednoznacznie gorsze od kości Multibit. Były one jednak chociażby dużo bardziej czułe na problemy z zegarem (jitter), posiadały też pewne cechy implikowane przez swoją architekturę, które powodowały, że wielu postrzegało je, jako brzmieniowy krok wstecz. W okresie przechodzenia z technologii Multibit na Delta-Sigma zaczęły właśnie powstawać takie firmy, jak wspomniana dpa i przetworniki nie tylko na kościach FPGA, ale także na dyskretnych drabinkach rezystorowych, współpracujących z autorskimi zazwyczaj filtrami cyfrowymi zaimplementowanymi albo korzystając z FPGA albo też przy użyciu procesorów sygnałowych, znanych, jako DSP (Digital Signal Processor). Dochodzimy tutaj do dwóch słów kluczowych, które razem tworzą bardzo istotną dla nas – zwłaszcza w świetle tej recenzji – frazę. Chodzi oczywiście o „filtr cyfrowy”. Zanim przejdę do meritum tego, czym jest ten niezwykle istotny element składowy każdego niemalże przetwornika, pozwolę sobie napisać coś, co może okazać się stwierdzeniem nie tylko niepopularnym, ale i wręcz kontrowersyjnym. Otóż słuchając przetwornika cyfrowo-analogowego, w zdecydowanej większości nie słuchamy tego, jak brzmi jego część konwertująca sygnał do postaci analogowej. Ona oczywiście ma wpływ, ale nie największy. Nie słuchamy też – co wielu przysporzy bólu głowy – kabla sieciowego wpiętego do tego przetwornika. Ten, a i owszem może mieć wpływ – ale też nie największy. Analogicznie, umieszczając najedzonego audiofilskiego kota na przetworniku nie dociążymy nim brzmienia. Nie przyciemnimy barwy, nawet, jeżeli kot będzie czarny.

Chord Hugo M Scaler

Otóż, proszę Państwa, za brzmienie przetwornika cyfrowo-analogowego w zdecydowanej mierze odpowiedzialny jest właśnie filtr cyfrowy. I to, jak współpracuje on z pozostałymi elementami toru sygnałowego, w jaki sposób „przygotowuje” sygnał do właściwej konwersji. Sama konwersja, jej sposób, fakt – jest istotna. Ale to wszystko jest nieco bardziej skomplikowane, niż się wydaje.

Filtr cyfrowy – pomijany szczegół, który decyduje o wszystkim

Zanim cyfrowy sygnał zostanie dostarczony w „miejsce” (czyli element architektury układu przetwornika) właściwej konwersji do postaci analogowej – musi zostać poddany pewnej obróbce. Powodów ku temu jest wiele i bezpośrednio wynikają one z zawiłości cyfrowego przetwarzania audio. Mało tego, rożne architektury różnych układów przetwarzających wymagają odmiennego podejścia do tematu filtrów cyfrowych. Sytuację komplikuje dodatkowo fakt, że są także na rynku przetworniki typu NOS, czyli non-overampling, całkowicie rezygnujące z jakiejkolwiek obróbki sygnału przed właściwą konwersją. Te na razie zostawmy w spokoju, bo to temat na osobną historię. Skupiając się zaś na samych filtrach cyfrowych to warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze – w przypadku przetworników typu Multibit filtry te były zawarte w osobnej kości. Przykładowo PCM1704 posiadał odpowiadający mu filtr cyfrowy DF1704 (od skrótu „Digital-Filter”). Podobnie w przypadku TDA1541 – był to SAA7220. Był nawet odtwarzacz Marantza, gdzie połączono TDA1541 z procesorem sygnałowym Motoroli (DSP56000) pełniącym – z całkiem niezłym skutkiem – właśnie rolę filtru cyfrowego. Piszę to, bo istotnym, acz często pomijanym szczegółem jest też to, że w późniejszych czasach “digital filter” stał się integralnym elementem układu konwersji, począwszy od układów firmy Analog Devices, przez Wolfson Microsonics, aż po bardziej znane dzisiaj kości firm ESS Technology czy Asashi Kasei Microdevices (AKM).

Warto w tym momencie zatrzymać się na chwilę i zastanowić, nad tym, jakie to mogło mieć konsekwencje. Otóż w układach, które zostały wprowadzone na rynek w pewnej (a w zasadzie – sporej) części z pobudek ekonomicznych integrowanie w nich newralgicznego elementu architektury było – patrząc nawet z różnych perspektyw – dość dyskusyjne.

Chord Hugo M Scaler

Proszę na to spojrzeć z jeszcze innej perspektywy. I zwrócić uwagę na jeszcze coś, co tym bardziej powinno dać do myślenia. Otóż zdecydowana większość przetworników cyfrowo-analogowych znajdujących się w stratosferze hi-endu korzysta tak naprawdę z własnych rozwiązań danej marki w zakresie i konwersji i filtracji sygnału w domenie cyfrowej. Przykładów jest bez liku i można by je mnożyć w nieskończoność. Pozwolę sobie podać chociażby kilka nazw: MSB Technology, EMM Labs, TotalDAC czy chociażby dCS. Warto też zwrócić uwagę na coś jeszcze innego: w wielu przypadkach mamy do czynienia z naprawdę zaawansowanym przetwarzaniem opartym na całkowicie autorskich rozwiązaniach. Rozwiązaniach, które mają odpowiednio przygotować sygnał w domenie cyfrowej do samej konwersji na analogową postać.

Dochodzimy w ten sposób do tego, czym tak naprawdę jest Chord Hugo M Scaler. Otóż, proszę Państwa – M Scaler to tak naprawdę bardzo zaawansowany filtr cyfrowy. To niejako urządzenie, które jest nie dość, że jest najważniejszym elementem każdego przetwornika, to jeszcze zostało wyciągnięte z niego „na zewnątrz” i jest – w tym konkretnym przypadku – osobnym pudełkiem.

WTA – Watts Transient Alignment

Cały sens zastosowania „zewnętrznego” filtra cyfrowego leży tutaj w tym, że otrzymujemy specjalizowane urządzenie, które spełnia jedną i tylko jedną funkcję, czyli obrabia sygnał w domenie cyfrowej przed konwersją. Jednakże to nie wszystko. Bo zaimplementowano tutaj specjalny algorytm, który został stworzony właśnie przez Roberta Wattsa, o którym nieprzypadkowo wspomniałem powyżej. Nieprzypadkowa jest także nazwa tego filtru – Watts Time Aligned Filter. Ten sam algorytm został zresztą użyty w przetwornikach Chorda oraz transporcie cyfrowym Blu Mk.2. Z tą – dość istotną jednak – różnicą, że w przypadku M Scalera (oraz transportu Blu Mk.2) mamy do czynienia z jego najbardziej rozbudowaną wersją zawierającą ponad milion współczynników filtra. Stąd też nazwa M Scaler – „M” tutaj oznacza nic innego, jak właśnie „milion”.

Warto to odnieść do uznanego i flagowego przetwornika Chorda, czyli modelu DAVE. Ten ostatni także posiada filtr WTA, jednakże posiadający „tylko” 164,000 możliwych do zaprogramowania współczynników. Dla pewnej perspektywy – w przypadku większości filtrów cyfrowych zintegrowanych w układach scalonych ta liczba oscyluje zazwyczaj w okolicy kilkuset (!).

Dlaczego to tak istotne? Kłania się tutaj teoria. A konkretnie Twierdzenie o próbkowaniu, znane także, jako Twierdzenie Nyquista-Shannona. Nie wdając się tutaj nazbyt w szczegóły (do tego powrócę w odpowiednim artykule) chodzi – oczywiście – o to, że łatwiej jest precyzyjnie przekonwertować sygnał z postaci analogowej na cyfrową, aniżeli później przenieść ten sygnał z powrotem do postaci analogowej. Chodzi chociażby o opadanie obwiedni funkcji sinc(x) w czasie, które powoduje niepożądaną ingerencję w rekonstruowany sygnał pomiędzy próbkami. Jeszcze inaczej rzecz ujmując – w naprawdę bardzo dużym uproszczeniu – większość filtrów cyfrowych powoduje pewnego rodzaju „zaszumienie” sygnału. Inną zaś kwestią są zależności czasowe, które są tutaj równie – jeżeli nie bardziej – istotne. O ile sam algorytm filtrowania WTA jest zastrzeżonym rozwiązaniem firmy, to określenie „time aligned” powinno już dać do myślenia w kwestii tego, na co położono nacisk.

Budowa, Tryby pracy i kompatybilność z pozostałymi elementami toru

M Scaler zalicza się do linii Table Top, czyli są to stosunkowo niewielkie urządzenia, jednakże zamknięte w masywnych, aluminiowych obudowach. Tak jest i w tym przypadku. Jednocześnie, z czego Chord jest znany – stylistyka tutaj jest tyle osobliwa, co i oryginalna. Na dodatek urządzenie informuje – co też jest charakterystycznym elementem funkcjonalności brytyjskiej marki – o trybach pracy przez… odpowiednie kolory przycisków. Żeby było ciekawiej, nie wszystkie przyciski na urządzeniu są na tę (luty 2021) chwilę wykorzystane. Trzy z nich są zarezerwowane – jak podaje instrukcja – „dla przyszłej funkcjonalności urządzenia, które będzie sparowane z M Scalerem”.

Urządzenie to ma cztery tryby pracy. Pierwszy z nich, kiedy dioda opisana, jako „OP SR” świeci się na kolor czerwony – to tryb „bypass”, który nie ingeruje (przynajmniej w teorii) w sygnał. Trzy pozostałe kolory zaś (zielony, niebieski i biały) różnią się wielokrotnością nadpróbkowania – zielony to 2x, niebieski 4x, natomiast biały to tryb maksymalny, szesnastokrotny. Jest dodatkowo tryb “video” przełączany osobnym przyciskiem i minimalizujący opóźnienie. To na wypadek, gdybyśmy przez tor z M Scalerem chcieli oglądać filmy i sygnał audio był za bardzo opóźniony względem obrazu.

Chord Hugo M Scaler

Jeżeli zaś chodzi o możliwości połączeniowe, to sprawa wygląda tak, że mamy dwa wejścia BNC, dwa optyczne, oraz USB. W przypadku wyjść: jedno optyczne, jedno koksjalne S/PDIF oraz dwa gniazda BNC. Zarówno do trybów pracy, jak i możliwości połączeniowych jeszcze wrócimy. Bo teraz pora na najważniejsze.

Chord M Scaler – brzmienie za milion?

Po wpięciu M Scalera w tor pomiędzy źródłem cyfrowym na USB a przetwornikiem Hugo TT2 następuje przeobrażenie sposobu prezentacji brzmienia. Jest ono oczywiście zależne od tego, w jakim trybie pracuje M Scaler, jednakże – co ciekawe – samo wpięcie M Scaler w trybie „bypass” także minimalnie zmienia brzmienie, przede wszystkim wygładzając je i pozywając nerwowości.

Przy czym na wstępie odsłuchów M Scalera zmiana, jaką wprowadziło to urządzenie do brzmienia – zdawała się być zmianą subtelną. Ma to też szczególne znaczenie, dlatego, że M Scaler poprawia te aspekty brzmienia, które generalnie w przetwornikach Chorda są już na wysokim poziomie.

Rzeczy naprawdę ciekawe zaczynają się dziać po pewnym czasie. Otóż im dłużej słuchamy toru z M Scalerem, tym bardziej zaczynamy sobie zdawać sprawę z tego, że działanie tego urządzenia tak naprawdę znacznie wykracza poza teorię. Że te zmiany, które M Scaler wprowadza – wcale nie są zmianami tak subtelnymi, jakby mogło się na początku wydawać. Przede wszystkim, i niech to będzie bardzo ważna informacja, brzmienie zaczyna nabierać dużo większego sensu muzycznie. Śmiem przy tym stwierdzić, że w połączeniu z Hugo TT2 (przy konfiguracji Dual-BNC) poziom płynności brzmienia, jaki M Scaler jest nam w stanie zaoferować – jest niebywały.

PRaT – a cóż to takiego?

Pozwolą Państwo, iż rozwinę powyższe. Otóż jest takie określenie, które znane jest przede wszystkim z brytyjskich czasopism audio. „PRaT”, czyli skrót od „Pace, rhytm, and timing”. Hugo TT2 ma te aspekty już na bardzo wysokim poziomie, jednakże M Scaler pracujący w maksymalnym ustawieniu robi coś z tym ostatnim elementem. Chodzi właśnie o wspominany „timing”, który najbardziej sensownie można rozumieć, jako zgranie w czasie. Wiele było dywagacji na temat tego, czy ten timing, zgranie czasowe – jest od razu słyszalne, czy też nie. Jednakże faktem jest, że jest to jeden z tych czynników, które bezpośrednio przekładają się na inny aspekt brzmienia. Na aspekt, którego wielu – czasami bardzo długo i bez rezultatu – szuka. Chodzi o muzykalność.

Przy czym nawet, jeżeli dopuścimy pewien zakres dowolności w subiektywnej interpretacji tego słowa, to powiedzmy sobie jedną rzecz tutaj wprost. Otóż są sprzęty, których chcę się słuchać bardziej, niż innych. I tutaj nie chodzi o to, że jedno urządzenie ma lepszą górę a drugie szerszą scenę. Chodzi o pewien składnik w brzmieniu, który trudno jest – przynajmniej na początku – zdefiniować. A który chwyta nie tylko za rozum, ale przede wszystkim – za serce.

Chord Hugo M Scaler

Bo jest też tak, że poprawa, jaka ma miejsce nie odbywa się już tylko na płaszczyznach obiektywnych czynników brzmienia, ona jest poniekąd już niezależna od nich. Bo bezpośrednio zwiększa się poziom zaangażowania w muzykę. Podkreślam – w muzykę, nie brzmienie.

Patrząc na sprawy całościowo – po kilku tygodnia obcowania z M Scalerem okazuje się, że urządzenie to powoduje, że z poszczególne dźwięki, brzmienia, stają się – po prostu muzyką. To jest przejście właśnie ze świata, gdzie opisujemy to, jaką barwę ma bas, jaki jest środek pasma do świata, gdzie na urządzenie patrzymy poprzez zupełnie inną optykę.

Obiecałem wcześniej, że odniosę się się do zastosowanej przez Chorda i Pana Wattsa technologii. Otóż faktycznie jest coś na rzeczy z algorytmem „WTA”. A konkretnie ze sformułowaniem „time alignment”. Bo przy skomplikowanej rytmicznie muzyce system z M Scalerem brzmi naprawdę spektakularnie. To jest też jedno z tych urządzeń, które bez zająknięcia przechodzi tak zwaną „próbę pilota”. Czyli jeżeli puścimy jakąś ulubioną płytę i będziemy chcieli przełączyć na następny utwór – to znaczy, że coś jest nie tak.

Brzmienie zestawu Hugo TT2 z M Scalerem określiłbym także w pewnym sensie, jako majestatyczne. Majestatyczne w swoim połączeniu spójności, melodyjności z umiejętnością różnicowania. Różnicowania nie tylko drobnych zmian rytmicznych, czy subtelnych zmian w barwie – ale także i zmian w budowaniu przestrzenii pomiędzy różnymi nagraniami. Chord ma ogólnie znakomitą zdolność przekazywania zależności przestrzennych. A jednocześnie M Scaler w tym aspekcie stawia po prostu kropkę nad przysłowiowym „i”.

Na „Comptine d’Autre Ete” (Yann Tiersen) – różnica pomiędzy trybem „bypass” a trybem „białym” – jest bardzo wyraźna. Brzmienie się przede wszystkim wygładza, staje się bardziej naturalne. A przy tym też, co ciekawe – bogatsze i bardziej melodyjne. W trybie „bypass” mamy mocniej akcentowany atak dźwięku, jednakże im dłużej słuchamy M Scalera pracującego w najwyższym trybie – tym bardziej zdajemy sobie sprawę z tego, że to właśnie w trybie „bypass” coś niepożądanego jest w brzmieniu, a nie na odwrót. Podobnie – różnica jest wyczuwalna pomiędzy trybem „niebieskim” (LED) a „białym”. W tym ostatnim instrument jest bardziej realistycznie pokazany w przestrzeni. Lepiej oddane są pasaże, ich melodyjność. Wszystko ma większą koherencję oraz całościową wiarygodność.

Na utworze Annie Lennox „Thin Line Between Love and Hate” można było poczynić jeszcze inną, niemniej ciekawą, obserwację. Otóż w trybie „bypass” wydaje się, jakby wokalistka była bliżej i była przy tym nieco wyraźniej zarysowana w przestrzeni. Jednakże spore może być nasze zdziwienie, kiedy szybko przełączymy tryby działania – aż do maksymalnego. Okaże się wtedy, że po pierwsze wokal jest minimalnie bardziej cofnięty, ale też przy tym pozbawiony tej ostatniej krzty ostrości, tej jakby poświaty, która sprawiała, że był odbierany, jako bliższy. I, co niemniej ciekawe, jest przy tym bardziej wyraźny, bardziej zrozumiały i naturalny.

Powyższą obserwację można odnieść także szerzej – M Scaler zdaje się eliminować z brzmienia ostatnie ślady granulacji, ostrości. Bezpośrednio przekłada się to również na sposób prezentacji przestrzeni, która jest po prostu bardziej wiarygodna, bardziej holograficzna.

Nim dojdziemy do podsumowania – kilka wniosków

Przyznam szczerze, że do standardowej playlisty, której najczęściej używam przy recenzjach dotarłem po… około dwóch tygodniach. Na żadnej innej konfiguracji systemu nie przesłuchałem też takiej ilości różnej, czasami dość „dziwnej” muzyki. To pierwsza kwestia. Drugą są tryby pracy, a w szczególności to, co wynika z różnic pomiędzy nimi.

A tutaj jest tak, że największy przeskok jakościowy jest nie pomiędzy trybem „bypass” a całą resztą – a między dwoma „maksymalnymi” trybami. Naprawdę można się nieźle zdziwić przełączając urządzenie z trybu „niebieskiego” w tryb „biały”. Inaczej rzecz ujmując – Chord M Scaler najlepiej działa pracując na pełnej mocy. Co więcej, jest bardzo duża różnica pomiędzy połączeniem poprzez jeden a dwa kable BNC. Można by się zastanawiać, co może być ku temu powodem – a tak naprawdę odpowiedź jest bardzo prosta. Otóż dopiero przy połączeniu Dual-BNC i ustawiając M Scalera w tryb szesnastokrotnego upsamplingu wykorzystujemy w pełni ponad milion współczynników w jego filtrze cyfrowym. W przypadku pojedynczego kabla jest to „tylko” pół miliona (przypomnijmy raz jeszcze, że Dave ma dla porównania tych współczynników 164,000).

Chord Hugo M Scaler

Dlatego też urządzenie to rozwinie w pełni skrzydła z dopiero przetwornikami Chorda posiadającymi wejścia Dual-BNC. Oczywiście, warto je sprawdzić z innymi przetwornikami, jednakże mam nieodparte wrażenie, że w przypadku połączenia Hugo M Scalera z odpowiednim przetwornikiem Chorda – całość będzie warta dużo więcej, aniżeli suma elementów składowych.

Chord Hugo M Scaler – siła specjalizacji

Zapewne zdążyli Państwo zauważyć już pewien interesujący fakt. A mianowicie – jest to najdłuższa recenzja jakiegokolwiek sprzętu na łamach tego portalu. Proszę teraz zwrócić uwagę na to, że urządzenie to w zasadzie robi – z technicznego punktu widzenia – jedną, i tylko jedną rzecz: przetwarza sygnał w domenie cyfrowej. Przetwarza go tak, aby sygnał ten można było potem lepiej – z lepszym skutkiem dla muzyki – przekonwertować na postać analogową.

Przy czym cały numer polega na tym, że M Scaler wywindował – już bardzo dobre – brzmienie przetwornika Hugo TT2 na taki poziom, że przestaje się to brzmienie oceniać w kategoriach obiektywnych czynników. Powiem więcej. M Scaler usuwa jedną z ostatnich chyba zasłon pomiędzy słuchaczem a muzyką. Przynajmniej tych stojących po stronie źródła.

Tutaj nawet nie chodzi o to, czy rekomenduje to urządzenie, czy nie. Nawet, jeżeli prawda jest taka, że pod tym konkretnym – mogę się podpisać obiema rękami. Tu bardziej chodzi o to, że zawiera ono w sobie unikalną technologię, która ma bezpośrednie przełożenie na brzmienie. Te 18 tysięcy, bo tyle M Scaler teraz kosztuje – trudno postrzegać, jako kieszonkowe. Zwłaszcza, jeżeli dodamy do niego cenę Hugo TT2. Jednakże tutaj otrzymujemy zestaw, który naprawdę porywa. Porywa przede wszystkim całościowo, muzycznie. A niektóre aspekty brzmienia, takie, jak płynność, rytmiczność, oddanie zależności przestrzennych – ma na poziomie niebywałym.

Adam Kiryszewski

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*