Cambridge Audio Evo 150 SE – recenzja

Dopytałem jeszcze o kontrolę głośności i ona odbywa się w domenie analogowej, jest oczywiście sterowana cyfrowo – natomiast nie odbywa się na poziomie układu przetwornika. Z kolei zasilanie to specjalnie zaprojektowany, także przez Hypexa zasilacz dostarczający do 600W mocy. Reasumując, kompetentna konstrukcja mieszcząca w niewielkiej obudowie sporo nowoczesnych rozwiązań. Jedyne co, to pilot jest taki sobie, ale też raczej niespecjalnie często będziemy z niego korzystać. Za to, kończąc już tematy bardziej techniczne, na duży plus zasługuje wyświetlacz.

Cambridge Audio Evo 150 SE – brzmienie

Opis brzmienia najnowszego urządzenia od Cambridge Audio chciałbym zacząć od ujęcia go w nieco szerszym kontekście, także historycznym. Otóż urządzenia posiadające amplifikację pracującą w klasie D są już na rynku od ładnych paru lat. I właśnie te kilka lat temu, jeszcze w 2018 roku recenzowaliśmy przecież jedno z takich urządzeń, czyli Auralic Polaris (oparty na Hypexie). W międzyczasie przez naszą redakcję przewinęło się kilka urządzeń posiadających „cyfrowe” (o tym dalej) stopnie wzmacniające. Były monobloki Auralic Merak (także Hypex, ale już z preampem w Klasie A), a już tak całkiem niedawno, to chociażby Ruark R610 (wzmacniacz Texas Instruments).

Nie wspominając już o – także posiadających końcówki w klasie D – Ruarkach R410, R810 (także TI), czy należącym do tej samej w sumie co te dwa urządzenia grupy Evo One od Cambridge Audio (TI). Przy okazji recenzji przetwornika Mola Mola Tambaqui zagościły też końcówki mocy Puri-Fi 1ET400. W międzyczasie było jeszcze kilka innych urządzeń pracujących w takim, a nie innym modus operandi, w tym końcówka mocy Mytek Brooklyn Amp (tutaj były z kolei nieczęsto spotykane moduły firmy Pascal). Wspominam o tym nie bez kozery, bo najnowszy „all-in-one” od Cambridge Audio jest dość dobitnym przykładem tego, jak to, co może nam klasa D zaoferować brzmieniowo ewoluowało przez lata.

Ale po kolei. Jedną z istotnych kwestii jest tutaj także to, że tak patrząc przekrojowo, to brzmienie klasy D można – moim zdaniem – podzielić zasadniczo na dwa obozy. Jeden to pierwsze moduły Hypexa z serii uCD oraz nCORE, drugi zaś to Pascal oraz ICEpower. Oczywiście mówię w zarysie, bo wiele zależy od implementacji. Pierwsze Hypexy grały neutralnie, detaliczne, Ale miały też nieco wysuszoną barwę. Natomiast te dwa ostatnie starały się poniekąd – z niezłym skutkiem – naśladować lampę. Natomiast Puri-Fi, jak i, co ciekawe, nowe Hypexy znajdujące się w Evo 150 SE zdają się godzić oba te światy.

Odsłuchy zacząłem od dobrze znanych mi realizacji, a konkretnie od płyty „Diva” Annie Lennox. Cały ten album jest zrealizowany na tyle specyficznie, że jeżeli dany tor nie ma barwy, to będzie słabo. A jeżeli ma tendencje do przejaskrawiania, to będzie w sumie jeszcze gorzej. I pierwszą rzeczą, jaka nasunęła mi się po przesłuchaniu kilku utworów było to, że całe clue w przypadku nowego EVO polegać będzie na odpowiednim dobraniu kolumn głośnikowych. Bo jeżeli te zadziałają na zasadzie synergii, to będzie znakomicie. Nowe końcówki mocy, jakie CA zastosował radzą sobie naprawdę dobrze.

To mocne, równe, wyraźne granie. Ale i takie, które nie zahacza o ostrość. Nie eksponuje wyższego środka niepotrzebnie, żeby sprawić wrażenie rozdzielczości. Oczywiście do kompletu mamy tutaj bardzo dobrze prowadzony bas. Ogólnie jest to zazwyczaj mocna strona urządzeń pracujących w klasie D, ale tutaj otrzymujemy jeszcze pewien gratis. Otóż ten bas jest już mocno plastyczny. Niskie tony na utworach takich, jak „Bilar” formacji Ratatat (płyta „LP4”, czy „Why So Serious” Hansa Zimmera były pod bardzo dobrą kontrolą, miały sporo energii i oferowały dobrą w skali absolutnej fakturę. Nie były przy tym za nadto utwardzone.

Jeżeli chodzi o niskie tony, to tutaj także widziałbym dość istotną zmianę w ogólnym charakterze reprodukcji porównując najnowsze Evo do wcześniejszych urządzeń opartych właśnie o amplifikację w klasie D. W dużym skrócie rzeczy ujmując, o ile we wcześniejszych urządzeniach PRaT był już na dobrym, albo nawet bardzo dobrym poziomie – to tutaj mamy już coraz lepszą plastykę przekazu niskich częstotliwości. Miał to już Puri-Fi 1ET400, a mam wrażenie, że nCOREX zmowyfikowany przez Cambridge Audio mu w żadnym stopniu nie ustępuje. Album „Tango In the Night” Fleetwood Mac pokazał jeszcze kilka innych rzeczy.

Otóż środek pasma jest sumarycznie po minimalnie cieplejszej stronie. Także w sensie takim, że nie ma on tendencji do ostrości. Natomiast tak w skali bardziej absolutnej patrząc, to daje się zauważyć minimalne przybrudzenie przekazu. Ale ono ma także miejsce we wzmacniaczach w „liniowej” klasie AB w cenie kilku (czasami nawet kilkunastu) tysięcy złotych. Tutaj bardziej chodzi o charakter tego, że tak to ujmę „nalotu” – otóż w klasie AB przy przekroczeniu pewnego poziomu głośności zazwyczaj pojawia się pewnego rodzaju bałagan na stronie. Tutaj cały czas charakter, albo – że tak to ujmę, sposób układania wydarzeń na scenie – cały czas pozostaje taki sam, niezależnie od głośności. Dlatego Evo 150 SE lubi w sumie grać głośniej.