Odsłuchy rozpocząłem od utworu „Robots in Motion” autorstwa Magnusa Gangstada Jorgensona, który bardziej znany jest pod pseudonimem artystycznym Philter. I to było od razu wejście na głębszą wodę, bo ten – łączący szerokie instrumentarium – utwór wcale nie jest taki prosty dla wielu urządzeń. Tymczasem to, co w AVMie było zaskakujące (może nieco mniej, jeżeli weźmiemy pod uwagę cenę), to oddanie zarówno sceny w przejrzysty, świeży i wyraźny sposób z równoległym prowadzeniem tektonicznego, dynamicznego i świetnie kontrolowanego basu. Evolution CS 5.3 w żaden sposób się tutaj nie pogubił, a cały utwór był niejako rozpostarty w pełnym spektrum częstotliwości, od najniższego basu – aż do samej góry. Przekazywał jednocześnie to, co działo się na scenie, a działo się sporo, i jednocześnie przy tym doskonale panował nad dynamiczną sekcją basową. Niskie tony były tutaj świetnie kontrolowane, a przy tym twarde, ale w taki naturalny sposób, bo tak też są zarejestrowane na nagraniu.
Następnym utworem, jaki postanowiłem zaserwować przybyszowi z Malsch był „The Mysterious Vanishing of Electra (Live at Montreaux) Anny von Hauswolff. Ta koncertowa realizacja jest nie tylko gęsta, pełna pogłosów, ale i nagrana z ogromną głębią. I dokładnie tak przedstawia ją AVM. Jeżeli te lampy umieszczone w nim w jakiś sposób wpływają na holografię przekazu – to tutaj faktycznie je słychać. Swoją drogą, i niech to będzie naprawdę cenna uwaga – pierwszy raz usłyszałem z urządzenia opartego o końcówki mocy w klasie D naprawdę realistyczną, robiącą wrażenie scenę. Czyli nie tylko wybudowanie planów w perspektywie przód-tył, czy góra-dół, ale samo różnicowanie tej sceny pomiędzy utworami, czy danymi realizacjami.
Bo z kolei studyjny już album „Convergence” Malii i Borisa Blanka zabrzmiał z zupełnie innym charakterem, właśnie jak album zrealizowany w studio i zrealizowany całościowo zupełnie inaczej. Tak swoją drogą, to AVM przekazuje bardzo wiele informacji o nagraniu, właśnie o realizacji, bo – jak już wspominałem – jego charakter jest bardziej po otwartej, transparentnej i dynamicznej stronie.
Oczywiście powyższe wiąże się także z tym, że urządzenie to nie będzie specjalnie pobłażliwe ani dla gorszych realizacji, ani też dla słabych, albo po prostu źle dobranych dla niego kolumn. To z kolei – także wymaga osobnego wytłumaczenia. Pozwolicie Państwo, iż posłużę się tutaj pewnego rodzaju dygresją, acz trafiającą w sedno sprawy. Ładnych parę lat temu krążyła taka opinia o kolumnach marki JMLab opartych o przetworniki typu K2 z membranami z polykevlaru, że należy je łączyć ze wzmacniaczami lampowymi. Bo wtedy dopiero grają tak, jak powinny. Ludzie sobie to tłumaczyli, mocno generalizując, że kolumny te „były najlepsze do lampy”.
Idąc tym samym tokiem rozumowania – można by powiedzieć, że do AVMa najlepiej pasowały by kolumny o brzmieniu raczej ciepłym, po bardziej nasyconej i ciemniejszej stronie. Otóż nie. AVM potrzebuje po prostu dobrych, naprawdę dobrych kolumn. Przede wszystkim takich, które będą z jednej strony możliwie pełnopasmowe (bo wtedy pokażą jego możliwości na basie), z drugiej – będą mieć czysty zakres górnego środka, bo AVM także i w tym zakresie nie odpuszcza. Tak samo, jeżeli chodzi o górę pasma – tutaj nie mamy do czynienia ani z przesłodzeniem, ani też z zapiaszczeniem, czy nieudolnym symulowaniem lampy znanym z pierwszych generacji wzmacniaczy cyfrowych. Góra w AVMie zmienia się z nagrania na nagranie i tutaj także całościowy efekt będziemy mogli wymodelować kolumnami. Z tą uwagą, że wzmacniacz raczej gra po jasnej, „srebrnej” stronie. W sensie takim, że nie osładza niczego, stara się bardziej iść w neutralność, aniżeli podawanie wysokich tonów w upiększony sposób.
Można powiedzieć, że o ile lampy w AVMie faktycznie słychać, to nie działają one na zasadzie rozmiękczenia i uspokojenia brzmienia, a raczej przyczyniają się do tego, że jest ono bardzo kompetentne w zakresie i przestrzeni i różnicowania barwy. A przy tym cała ta „lampowość” jest tutaj dość subtelna. Inaczej rzecz ujmując – AVM podaje nam niejako brzmienie na tacy, bez specjalnych modyfikacji, upiększeń, czy „ulepszeń” pozwalając na modelowanie efektu końcowego właśnie poprzez odpowiedni dobór kolumn.
Powróćmy jeszcze na chwilę do sedna sprawy, a konkretniej do tego, jak AVM Evolution CS 5.3 gra na środku pasma. I jak sobie radzi z wokalami. Zarówno na „Whirlpool” Seala, jak na na „Wuthering Heights” Kate Bush słychać było, że Evolution CS 5.3 stawia na realizm, przejrzystość i ogólnie stara się nie dodawać od siebie zbyt wiele. Z kolei Aimee Mann na utworze „One” rozpoczynającego, znakomity skądinąd, film Magnolia – dosłownie zmaterializowała się pomiędzy kolumnami. Jedyną uwagę, jaką bym tutaj miał, to tylko taką, abyśmy byli świadomi, że – może się powtórzę – zbyt dużej dawki „lampowości” w stereotypowym wydaniu mieć tutaj nie będziemy. Ale faktem też jest, że brzmienie jest na środku pozbawione także suchości, można nawet powiedzieć, że jest bardzo dobrze zbalansowane pomiędzy taką naturalną twardością a delikatnością i pochyleniem się nad niuansami.
AVM Evolution CS 5.3 – podsumowanie
Producent szczyci się tym, że produkuje urządzenia „all-in-one” od ponad 10 lat, wliczając w to droższe i zdecydowanie bardziej ambitne konstrukcje. Jeżeli popatrzymy na produkt taki, jak AVM Evolution CS 5.3 – to trudno nie zauważyć, że coś w tym jest. Tutaj nawet nie chodzi o sam stopień integracji per se, ale bardziej o to, że patrząc tak z czysto praktycznego, funkcjonalnego punktu widzenia, to wszystko jest tutaj po prostu dopracowane. Wszystko się zgadza, i po prostu czuć też lata doświadczenia w projektowaniu tego typu urządzeń.
Oczywiście, przy ocenie takiego urządzenia pojawi się nieuchronnie kwestia ceny. Na tę chwilę za Evolution CS 5.3 trzeba zapłacić około 43 tysięcy złotych. I powiem tak, nieco pod prąd: po pierwsze uważam, że dla kogoś, kto będzie chciał konkretnie to urządzenie, w takiej formie i z taką funkcjonalnością – cena będzie co najmniej drugorzędna. Po drugie – przy obecnej sytuacji na rynku audio i tym, ile trzeba zapłacić chociażby za dobre interkonekty – to cała sytuacja zaczyna wyglądać nieco inaczej. Pamiętajmy, że tutaj otrzymujemy gotowe rozwiązanie, do którego podłączamy (poprzez dobre – bo AVM na to zasługuje) kable głośnikowe kolumny i mamy kompletny system. System, który obsłuży nam streaming, zintegruje się z kinem domowym, i pozwoli też na odtwarzanie płyt CD w jakości zdecydowanie lepszej, niż większość starych odtwarzaczy, wszakże powyższy opis brzmienia także i w tym trybie ma swoje zastosowanie. Pamiętajmy też, że do Evolution CS 5.3 podłączymy też bezpośrednio gramofon. O ile wzmacniacz słuchawkowy w AVM jest tylko dobry, to przedwzmacniacz gramofonowy jest już bardzo dobry i spokojnie stanie na wysokości zadania nawet przy wkładkach MC kosztujących kilka tysięcy złotych.
Na koniec zostawiłem najważniejszy w sumie element układanki. Czyli oczywiście brzmienie. I tutaj jest największe zaskoczenie, bo jeżeli ktoś założy, że tego typu urządzenie będzie grać spokojnie, w jakiś ugrzeczniony i nazbyt bezpieczny sposób – to się nieźle, ale w pozytywnym sensie, zdziwi. Bo otrzymujemy tutaj trochę taką petardę, temat zaprezentowany na zasadzie „podania kawy na ławę”. Inspiration CS 2.3 miał brzmienie „ustawione” jednak nieco inaczej, właśnie bardziej bezpiecznie. Tutaj możemy już mówić o wysokich aspiracjach. Jedyne, o czym pamiętajmy, to aby zapewnić urządzeniu z Malsch odpowiednie kolumny, w sensie jakościowym. Bo jeżeli chodzi o możliwości ich napędzenia – to nie powinno być żadnych dylematów.
Adam Kiryszewski
Dystrybucja: Audio Center Poland https://audiocenter.pl
Cena: 43999 PLN

