Audiolab 6000A – brzmienie
Osoby znające dźwięk starszych Audiolabów, a przede wszystkim pierwszych generacji modelu 8000A mogą się, słuchając nowej konstrukcji, naprawdę nieco zdziwić. Oczywiście wiele się od tamtych lat zmieniło, zmienił się także właściciel marki. Natomiast dla nas najważniejszym będzie nawet nie tyle ewolucja tego brzmienia, ale bardziej – jak ono wypada w porównaniu z podobnymi urządzeniami dostępnymi dzisiaj. I napiszę to od razu: wypada bardzo dobrze. Żeby nie powiedzieć, że doskonale. Zanim jednak przejdziemy do clue tematu, to jedna uwaga: otóż Audiolab potrzebuje chwilę pograć. Nie chodzi mi bynajmniej o czas od włączenia, ale bardziej o to, że jest to jeden z tych wzmacniaczy, które potrzebują tych kilku, kilkunastu godzin, żeby pokazać chociaż część tego, co potrafią.
Co więcej, nie bez kozery nawiązałem wcześniej do konfiguracji (topologii) toru audio – a w szczególności końcówek mocy – w tym wzmacniaczu. Otóż pierwsze, co od razu słuchać, to fakt, że Audiolab ma świetnie wyważone najważniejsze cechy, składniki brzmienia. A przy tym wyważone w sposób taki, że scalają się one w jedną, niezwykle przyjemną i koherentną całość. W bardzo dużym skrócie można by powiedzieć, że 6000A MK2 gra płynnie, spójnie, z bardzo dobrym, kontrolowanym basem i minimalnie pastelową barwą. Jednocześnie to właśnie ten ostatni aspekt był dla mnie największym zaskoczeniem. Znam brzmienie modelu 8000A (był to jeden z pierwszych bardziej ambitnych brytyjskich wzmacniaczy, z jakimi miałem kontakt) i w kontekście porównania do tegoż akurat, to nowy 6000A MK to krok zarówno do przodu, jak i też – nieco, chociaż może nawet i bardziej, niż nieco – w bok.
Zostawiając jednak porównania z bardzo w sumie dalekim protoplastą z boku, to warto rozwinąć temat barwy. Bo niewątpliwie jest to jeden z ciekawszych aspektów tego akurat wzmacniacza. I przy tym taka kwestia, która, jakby nie patrzeć, często przewija się, jako temat przewodni w przypadku recenzji urządzeń stosunkowo tanich. I to przewija się nierzadko w mało pozytywnym kontekście.
Barwa w przypadku Audiolaba jest – jak już wspomniałem – faktycznie nieco pastelowa, ale jednocześnie całe brzmienie jest tak „skomponowane”, że ani nam to nie przeszkadza, ani też nie odbija się w jakiś sposób na samej definicji. Pomagają w tym niewątpliwie wysokie tony, które są bardzo dobrej – jak na ten przedział cenowy – jakości. Z jednej strony są one świetnie scalone z resztą pasma, nigdy nie grają same dla siebie, z drugiej są mocno napowietrzone, eteryczne. W tym miejscu pozwolę sobie na pewien komentarz: osobiście uważam, że to właśnie po wysokich tonach najpierw można usłyszeć to, czy dany wzmacniacz coś sensownego sobą reprezentuje, czy nie. W tym kontekście powiedziałbym, że góra w Audiolabie jest chyba najlepszą, jaką słyszałem w tak niedrogich w sumie wzmacniaczach tranzystorowych. Ten zakres w 6000A MK2 ma taką ciekawą cechę, że o ile nie jest w żaden sposób wyeksponowany, to bardzo napowietrza brzmienie, ale w taki dyskretny, niewidoczny sposób.
Wysokie tony nieco przypominają mi przy tym to, co oferował swego czasu hi-endowy przetwornik wysokotonowy Audaxa, czyli HD-3P (Pressurized Piezo Polymer). Charakter góry z tego przetwornika był taki, że w zasadzie nie było słychać, że gra głośnik, a góra jednak była, brzmienie było sugestywne nie ze względu na uwypuklenie czegoś, a bardziej umiejętność oddawania mikro-zmian tonacji. Słychać to było nie tylko na twórczości London Grammar, ale też chociażby na „Feet On The Ground” Pernille Rosendahl, gdzie Audiolab oddał charakterystyczny wokal z typowym dla tego utworu lekkim przybrudzeniem. Jednocześnie wzmacniacz nie dodawał w tym ostatnim utworze niepotrzebnego elektronicznego nalotu od siebie.
6000A MK2 to przy tym taka konstrukcja, która raczej przykryje nam niedoskonałości nagrania, aniżeli miałaby je wyeksponować. Jednocześnie, w tym kontekście sprawy ujmując, to jedną z jej większych zalet jest także to, że nie oznacza to, iż wzmacniacz wszystko wrzuca w jakiś sposób pod wspólny mianownik. Bo różnicowanie jest w dalszym ciągu dobre, a biorąc poprawkę na naprawdę mało krzykliwą barwę – to bardzo dobre. Wspomnieliśmy całkiem sporo o górze, to dla równowagi – kilka słów na temat rejestrów niskich i najniższych. I tutaj od razu ciekawostka: charakter dołu jest jednak nieco inny, aniżeli środka i góry.
Chodzi mi konkretnie o to, że niskie tony z Audiolaba są takie… jakie zawsze z Audiolaba były. Czyli bardzo dobrze zdefiniowane, kontrolowane. A jednocześnie pozbawione też niepotrzebnego, nadmiernego utwardzenia, które miałoby odwrócić uwagę od niedostatków w samym już najniższym basie. Tutaj bas jest kontrolowany, jest to też bas mający wypełnienie. Dlatego też 6000A MK2 dobrze radzi sobie praktycznie z każdym repertuarem, bo nawet, jeżeli góra jest po bardziej aksamitnej stronie – to już bas potrafi odpowiednio zaakcentować nagranie. W zasadzie niskie tony z tego wzmacniacza są tak dobre, na ile mogą być dobre biorąc pod uwagę, że mamy jedną parę tranzystorów końcowych na kanał. Oraz wzmacniacz, który nie kosztuje pięciocyfrowej kwoty i nie waży pięćdziesiąt kilogramów.

