Arcam A25 oraz Arcam A5 to wzmacniacze zintegrowane z najnowszej serii Radia, jaką brytyjski producent zaprezentował w drugiej połowie zeszłego (2023) roku. Do serii tej należą trzy wzmacniacze zintegrowane – A5, A15 oraz A25 – oraz streamer ST5 i odtwarzacz CD o jakże odkrywczej nazwie CD5. Można by powiedzieć, że zestaw komponentów jest dość standardowy, jednakże gołym okiem widać, iż brytyjski producent bardzo mocno wziął sobie do serca stylistykę swoich urządzeń. Przyznam już na wstępie, że oba wzmacniacze wyglądają po prostu dobrze. I to tak obiektywnie dobrze, w sensie, że ich design nie jest nudny, jest czymś nowym i świeżym zarazem. A jednocześnie jest też na tyle stonowany, że łączy ten powiew świeżości z pewnego rodzaju wysublimowaną elegancją, która powinna się sprawdzić w różnych przestrzeniach i różnych konfiguracjach. Jeżeli chodzi o sam wygląd nowych urządzeń, to widać też dbałość o drobne detale, które przecież często składają się na efekt końcowy.
Jednakże to nie wygląd, a raczej konstrukcja nowych wzmacniaczy Arcama zasługuje tutaj na uwagę. A już w szczególności modelu A25, który jest de facto clue tejże recenzji. Otóż wszystkie trzy nowe integry Arcama, począwszy od najtańszej A5 (której się także tutaj przyjrzymy), poprzez „środkową” A15, aż do najdroższej, najlepszej i też najmocniejszej, to konstrukcje liniowe. To znaczy z końcówkami mocy pracującymi w przypadku modeli A5 i A15 w klasie klasie AB oraz w przypadku modelu A25 w – i tutaj uwaga – klasie G. A także z liniowymi zasilaczami, czyli takimi wyposażonymi w, mówiąc nieco kolokwialnie, „normalny” transformator (w we wszystkich modelach oczywiście toroidalny) oraz rozsądnych rozmiarów kondensatory zasilające. Ktoś mógłby powiedzieć, że to w sumie nic nowego, gdyby nie dwa fakty.
Pierwszy jest taki, że Arcam robi wzmacniacze zintegrowane od 1976 roku. Bo marka ta de facto powstała wtedy w Cambridge Innovation Park, jako A&R Cambridge Limited. Stąd właśnie nazwa „Arcam” a pierwsze dwie litery w nazwie to wbrew pozorom nie skrót od inicjałów założycieli, a od „Amplification & Recording”. Firma ma na swoim koncie sporo znanych urządzeń, w latach 90-tych chociażby miała dwie dobrze rozpoznawalne u nas serie: bardziej budżetową Alpha oraz droższą, z wyższymi aspiracjami o nazwie Delta. Później wprowadzono serię FMJ (Full Metal Jacket). I do tego chociażby wyższej klasy amplitunery kina domowego, które zresztą Arcam ma do dzisiaj w ofercie (seria AVR).
Drugi fakt dotyczy już samego wzmacniacza A25 i trybu pracy jego końcówek mocy w kontekście i szerszym i bardziej historycznym zarazem. Otóż Arcam jest jednym z niewielu producentów (inni to swego czasu np. Amerykański Parasound czy japoński Hitachi ze swoją technologią Dynaharmony, od której zaczęło się de facto stosowanie tego rozwiązania we wzmacniaczach audio), którzy od lat z powodzeniem produkują wzmacniacze – w tym także końcówki mocy – w klasie G. I zanim dojdziemy do tego, czym ta klasa G jest w istocie, to chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na jedną rzecz. Ta akurat topologia jest dość trudna z elektronicznego punktu widzenia w implementacji, więc mało kto ją z powodzeniem stosuje. A jednak Arcam robi to od wielu lat. I w przeciwieństwie do wielu producentów, nie przeszedł na „cyfrową stronę mocy”. Bo właśnie, wbrew nazewnictwu, Klasa G, w jakiej pracuje Arcam A25 ma de facto więcej wspólnego z klasą A, czy AB, aniżeli nazwa mogłaby sugerować. A przy tym nie ma nic, absolutnie nic wspólnego z klasą D, która jest czymś zupełnie innym. Ale po kolei.
Arcam A25 i Klasa G – o co w tym wszystkim chodzi?
Ogólnie, jak wiadomo, większość wzmacniaczy – nazwijmy to dla uproszczenia – „liniowych” (czyli takich, które nie pracują w klasie D, czy też w jakiejś formie modulacji szerokości impulsu, czyli PWM od “pulse-width-modulation”) pracuje albo w klasie AB, albo w niektórych rzadkich przypadkach – w klasie A. Są też pewne naprawdę odosobnione przypadki (np. jedna ze starszych integr Quada, czyli 77) pracujące w klasie B. Czy też naprawdę rzadko spotykane urządzenia pracujące w jeszcze innych klasach, ale ich w takim domowym audio się nie spotyka. Jak też ogólnie wiadomo, wzmacniacze pracujące w takiej – zwał, jak zwał – prawdziwej (to znaczy, pracują w niej cały czas, bez przechodzenia do klasy AB, czyli bez wyłączania jednej “połówki” układu wzmacniającego) klasie A pobierają spore, czasami ogromne wręcz (jak na wzmacniacz audio) ilości energii. I generują podczas pracy niemałe ilości ciepła. Są przy tym, jeżeli chodzi o wymiary albo duże, albo bardzo duże. A i tak zazwyczaj często ma miejsce sytuacja, że wzmacniacze te wychodzą poza tryb pracy w klasie A, co samo w sobie może generować pewne problemy wynikające chociażby ze zmiany transkonduktancji stopni końcowych przy wyjściu z klasy A (zjawisko to znane jest, jako gm-Doubling i opisywał to chociażby Bob Cordell swego czasu w swojej książce “Designing Audio Power Amplifiers”), ale to może pomińmy na teraz.
