Sonnet Morpheus MK2 – recenzja

Zmieniając repertuar na Natalie Merchant „Peppery Man” słychać, że Morpheus oferuje wysoki poziom definicji i robi to bez żadnego wysiłku, bez wyostrzeń, bez dodawania „poświaty”. Jest w tym brzmieniu jednocześnie jakiś taki inherentny porządek i właśnie głębszy, a przez to bardziej naturalny spokój. A jednocześnie nie tracimy nic z obrazowania, z rytmiki – bo ta jest wciąż doskonała. Morpheus to jedno z tych źródeł, które może w zupełnie nieprzewidywanym też momencie nas pozytywnie zaskoczyć, bo potrafi proste niemalże utwory zaprezentować w niemalże spektakularny, a już na pewno wciągający sposób. I to nie robiąc tego poprzez jakieś przyśpieszenie akcji, bo „działanie” tego przetwornika opiera się na płaszczyznach dużo bardziej, chciałoby się rzec – pierwotnych. Dodatkowo wrażenie potęgowane jest tutaj także przez to, że mamy tutaj doskonały timing i rozdzielczość, przy cały czas obecnym wypełnieniu brzmienia muzyczną tkanką. Tutaj nawet nie chodzi o barwę per se. A bardziej o to, że każdy jeden, każdy poszczególny utwór, jaki zaserwujemy temu urządzeniu – będzie miał swoje naturalne ogniskowanie. Bez wyostrzeń, ale i też bez rozmycia.

Sonnet Morpheus MK2

Dwie uwagi, w sumie powiązane ze sobą – dotyczą skrajów pasma. Odsłuchy różnego repertuaru, w tym z elektronicznie generowanym, syntetycznym basem pokazały też pewną prawidłowość. Otóż bas, jaki generuje Sonnet, oprócz dynamiki i timingu – ma także fakturę. I podobnie, jak w przypadku reszty pasma, to połączenie rozciągnięcia, uderzenia właśnie z tą fakturą – robi właśnie spore wrażenie. Ale przy tym nie największe, bo to zarezerwujmy dla kontroli najniższych impulsów. Trudno jest tu oprzeć się analogii do dużych przetworników basowych opartych o magnesy AlNiCo. One grają w nieco podobny sposób, jeszcze oczywiście zależny od strojenia, natomiast połączenie pewnego rodzaju faktury, barwy ze charakterystyczną zamaszystością – trudno będzie (na odpowiednim systemie) zapomnieć.

Dla porządku wspomnę jeszcze tylko o wysokich tonach – bo do przestrzeni pozwolę sobie nawiązać w podsumowaniu. Otóż w Sonnecie góra jest podana bez specjalnego upiększania. Dość dosłownie i przy tym nie jest, co może zaskoczyć wielu, w jakiś wybitny sposób wypolerowana, osłodzona. Jest, co ciekawe, po bardziej chłodnej, neutralnej stronie, jeżeli na nagraniu będzie zapiaszczona – to Sonnet to pokaże. A jednocześnie nie będzie to też przeszkadzać, bo także i ten zakres wpisuje się w całościową koncepcję grania po organicznej stronie.

Sonnet Morpheus – podsumowanie

Są jeszcze dwie kwestie, o jakich w przypadku tego akurat przetwornika należy wspomnieć. I postanowiłem je zostawić właśnie na podsumowanie. Bo może okazać się tak, że dla wielu słuchaczy – to akurat te aspekty okażą się najbardziej prominentne na dłuższą metę. Oczywiście, brzmienie Sonneta można określić takimi przymiotnikami, jak „analogowy”, „organiczny”, czy też określeniami typu „pozbawiony cyfrowego nalotu”. Jasne, będą one w jakiś sposób oddawać to, co Morpheus MKII brzmieniowo sobą reprezentuje. Ale mam też takie nieodparte wrażenie, że te wszystkie cechy są w pewnym sensie wtórne. Są po prostu wynikiem czegoś innego. I teraz, w tym momencie – należy wspomnieć o tym, jak Sonnet generuje przestrzeń. Otóż, pierwsze wrażenie jest bardzo dobre, natomiast im dłużej się go słucha, tym ma się większe przeświadczenie, że tak powinno grać więcej przetworników w tej cenie.

Tu nawet nie chodzi o to, że obrazy pozorne są bardzo stabilne czy namacalne, ale bardziej o to, że nie uświadczymy w Sonnecie żadnej, że tak to ujmę, kotary na brzmieniu. A jednocześnie samo to brzmienie nie jest też w żaden sposób jasne. Jest dobrze naświetlone, ale w żadnym przypadku, nigdy – nie jest prześwietlone. Można by się pokusić o stwierdzenie, że Sonnet gra wręcz po ciemniejszej stronie, ale nie – to też byłoby dalekie od prawdy.

I na tym właśnie polega fenomen tego urządzenia. Co jeszcze ciekawsze, to to, że podobne wnioski można wyciągnąć, jeżeli chodzi o rytmikę, timing tego urządzenia. Ten aspekt także się nie ujawnia od razu, nie ma tutaj żadnego przyśpieszenia akcji, ale w pewnym momencie okaże się, że DAC z Holandii jest nad wyraz kompetentny.

Co ciekawe, podobne – tak całościowo – wnioski miałem kiedyś podczas odsłuchów przetwornika Chord TT2 z dedykowanym zewnętrznym filtrem cyfrowym Chord M-Scaler. W tamtym przypadku mieliśmy do czynienia z przetwornikiem bazującym na konwersji SDM (acz zrealizowanej w autorski sposób) oraz filtrem cyfrowym z milionem obwiedni. I o ile nie powiedziałbym, że brzmieniowo te urządzenia są do siebie podobne – to można dojść do wniosku, że osiągają podobne cele, acz zupełnie innymi drogami. Chord był bardziej oczywisty, Sonnet jest z kolei bardziej dyskretny w tym co robi. Ale oba zrobiły równie duże wrażenie.

Sonnet Morpheus MK2

I tak na koniec, już odnosząc się do samego przedmiotu tejże recenzji. Sonnet Morpheus MKII nie ma fikuśnego wyświetlacza, ani miliona nikomu niepotrzebnych de facto funkcji. Nie możemy wybrać ustawień filtra cyfrowego, które przecież – dostępne są nawet w przetworniku za kilkaset złotych. Nie możemy – bo tego filtra cyfrowego w nim nie ma.

To, co natomiast jest – znajdziemy w brzmieniu z niego płynącym. To brzmienie, które jest i obiektywnie kompetentne, i ma też mniej już uchwytny pierwiastek sprawiający, że po prostu tego chce się słuchać. W tej cenie, jeżeli chodzi o przetworniki pełniące funkcję właśnie przetwornika – jest to bardzo mocna rekomendacja.

Dystrybutor: MIP https://mip.bz
Cena: 17999 PLN