Do tego, zwłaszcza w ostatnich kilku latach – mamy także do czynienia ze sporą ekspansją urządzeń oferujących konwersję bazującą na rozwiązaniach dyskretnych. I właśnie jedną z marek, która w Europe jako pierwsza zaimplementowała architekturę dyskretnej drabinki rezystorowej, czyli nie bazującej na gotowym układzie scalonym – była właśnie założona ponad 15 lat temu Metrum Acoustics. Audiofile uważniej śledzący zagraniczny rynek i anglojęzyczne recenzje zapewne znają takie urządzenia, jak chociażby Metrum Pavane, Musette, Menuet czy Amethyst. To właśnie te urządzenia poniekąd utorowały drogę dla marki Sonnet, która teraz ma w ofercie dwa przetworniki: będący przedmiotem tejże recenzji Morpheus MKII oraz jeszcze droższy Pasithea. Co ciekawe, Metrum Acoustics dalej ma się całkiem dobrze i zostało jakiś czas temu (po uprzedniej sprzedaży) odkupiony przez Ceesa od nowych właścicieli, za czasów władania których Metrum niemalże zbankrutowało. Także jako ciekawostka – można założyć, że obie te firmy są w jakimś sensie bliźniacze, przy czym to właśnie urządzenia Sonneta są właśnie najciekawsze.
Sonnet Morpheus MKII – czyli kilka słów o clue tematu
Wracając jednak do recenzowanego Morpheusa – jest to DAC pracujący w trybie NOS oparty o autorską implementację architektury R2R. Zastosowano w nim cztery autorskie moduły przetworników SDA-3. Przy czym zestaw wejść i wyjść jest tutaj, chciałoby się rzecz – klasyczny. Wejścia cyfrowe to koaksjal, TosLink, AES/EBU no i USB (opcjonalnie możemy dokupić moduł z wejściem I2S). Wyjścia analogowe, podobnie bez niespodzianej – RCA i XLR. I można by powiedzieć, że przy cenie wynoszącej 17999 pln – to w zasadzie tyle. Jest tutaj jednak pewien detal. Otóż Sonnet Morpheus ma także regulację głośności, której implementacja jest prawdopodobnie bardziej unikalna od całej architektury R2R i koncepcji NOS razem wziętych. Ato dlatego, że owa regulacja odbywa się poprzez kontrolę poziomu napięcia dostarczanego do układów drabinki rezystorowej.
Co to oznacza w praktyce? Otóż to, że – po pierwsze – przetwornik cały czas zachowuje swoją pełną teoretyczną rozdzielczość (no prawie, ale pomijając już mocno techniczne dywagacje, można śmiało założyć, że tak). Po drugie – mając wspomnianą funkcjonalność regulacji głośności nie posiada dodatkowego stopnia, w którym ta regulacja się zazwyczaj odbywa. Inaczej rzecz ujmując – mamy tutaj do czynienia z najbardziej, przynajmniej w teorii, czystym i purystycznym rozwiązaniem, jakie można sobie wyobrazić. Bo z jednej strony Sonnet Morpheus łączy architekturę R2R, z drugiej zaś nie ma filtra cyfrowego, a z jeszcze innej – na „wyjściu” przetwornika nie ma ani scalonego układu regulującego głośność, ani też żadnej drabinki rezystorowej. Ta ostatnia, pełniąc taką samą funkcję byłaby oczywiście lepszym rozwiązaniem od scalaka, ale to dalej dodatkowe przekaźniki w torze, dodatkowy element. Śmiało zatem można stwierdzić, że Morpheus jest tutaj urządzeniem przeciekawym, także w kontekście łączenia podejścia mocno purystycznego z zupełnie nowym podejściem do implementacji też jakże istotnej dla wielu funkcji.
Dlatego też pytane „jak gra?” staje się jeszcze bardziej istotne, jeżeli weźmiemy pod uwagę wszystkie powyższe detale, o których wspomniałem powyżej.
Sonnet Morpheus – krótko o budowie i kwestiach praktycznych
Oczywistym jest, że znajdzie się ktoś, kto przyczepi się do wyświetlacza. Bo ten nie robi tutaj specjalnej furory i spełnia raczej tylko informacyjne zadanie, informuje o wejściu i o wybranym poziomie głośności. Jeżeli chodzi o odczyt tego ostatniego, to z kilku metrów trzeba się co prawda nieco wysilić, ale jest to możliwe. Podobnie, jak spartański jest wyświetlacz, tak samo menu nie przypomina oferty jednej z głównych sieciowych pizzerii. Mamy tutaj możliwość włączenia i wyłączenia regulacji głośności (jest i tak bezstratna, więc wyłączanie jej moim zdaniem mija się z celem), czy wybór czasu, po jakim wyłączy się wyświetlacz. No i – jeżeli kupiliśmy Sonneta w wersji z MQA, to pojawi się jeszcze wybór „MQA/DSP”, który będzie równie szeroki, czyli „On” i „Off”.
Ale, żeby nie było – o ile menu jest faktycznie już nawet nie minimalistyczne, co po prostu spartańskie, to trzeba pochwalić producenta za to, że do urządzenia dodaje pilota z prawdziwego zdarzenia. Jest on metalowy, minimalistyczny, a przy tym wygodny w użyciu. Z tego, co mi wiadomo, sporo ludzi używa DACów Sonneta także w roli cyfrowych przedwzmacniaczy, więc tutaj dobry pilot jest na plus, bo z niego przecież będziemy najczęściej regulować głośność.
Odnośnie wspomnianej powyżej funkcji cyfrowego przedwzmacniacza, to trzeba wspomnieć o dwóch kwestiach. Po pierwsze, w wersji MKII producent umożliwił regulację poziomu wyjściowego poprzez zworki w środku urządzenia. W ten sposób możemy obniżyć napięcie z 4V na XLRach i 2V na gniazdach RCA do, odpowiednio, 2V i 1.33V. Co prawda będzie to wymagać otwarcia obudowy, jednakże ważne, że taka opcja jest, bo pozwoli lepiej wykorzystać wbudowany cyfrowy przedwzmacniacz.
No i druga rzecz. Sonnet Morpheus, ze względu właśnie na regulację głośności realizowaną w nietypowy i unikalny sposób – jest dość ciekawą propozycją dla tych wszystkich, który potrzebują w jakiś sposób regulować poziom sygnału przed konwersją na postać analogową, lecz nie godzą się na jakąkolwiek stratę jego rozdzielczości. Oczywiście tutaj pojawia się jeszcze inna kwestia, ale chciałbym na to zwrócić uwagę, może jeszcze bez dogłębnego analizowania kart charakterystyki poszczególnych układów przetworników pod kątem implementacji regulacji głośności w tychże. Czy też bez analizowania wyników pomiarów poszczególnych układów scalonych drabinek rezystorowych.

