Mytek Brooklyn AMP – recenzja

Mytek Brooklyn AMP

Mytek Brooklyn AMP to najnowsza propozycja znanej już dość dobrze na rodzimym rynku firmy z Brooklynu. Tym razem nie jest to jednak przetwornik cyfrowo-analogowy, a jak sama nazwa wskazuje – wzmacniacz.  A dokładniej dwukanałowa końcówka mocy, w dodatku o dość ciekawej budowie i funkcjonalności. Jednocześnie urządzenie to można też traktować, jako uzupełnienie dla recenzowanego wcześniej przetwornika cyfrowo-analogowego Brooklyn DAC+. Przy czym nie chodzi w tym przypadku nawet o to, że AMP jest niemalże taki sam gabarytowo. Czy też spójny ze wspomnianym przetwornikiem wizualnie. Bardziej należałoby tutaj zwrócić uwagę na funkcjonalność obu urządzeń.

Otóż Brooklyn DAC+ to nie tylko przetwornik cyfrowo-analogowy, lecz także przedwzmacniacz – w tym także gramofonowy. A także pełnoprawny, bo również zbalansowany, wzmacniacz słuchawkowy. Inaczej rzecz ujmując, przetwornik cyfrowo-analogowy z tej samej, co AMP linii posiada w zasadzie każdą funkcjonalność, jakiej można by potrzebować, oprócz oczywiście jednej: nie podłączymy do niego kolumn. Trudno się, zatem oprzeć wrażeniu, że właśnie Brooklyn AMP ma wypełnić tą lukę i poniekąd został stworzony do współpracy z właśnie z przetwornikiem z tej samej, można by rzec, linii produktowej.

Kilka słow o firmie

Jednocześnie, znając poprzednie urządzenia firmy, czyli właśnie Brooklyn DAC, teraz oczywiście produkowany w wersji DAC+, czy chociażby Liberty DAC, trudno nie mieć pewnych oczekiwań. Bo jest też tak, że o ile Mytek to firma wywodząca się z rynku pro-audio, to trzeba przyznać, że ich urządzenia całkiem nieźle odnajdują się właśnie na rynku sprzętów typowo audiofilskich. A ujmując temat jeszcze inaczej: trudno
w brzmieniu urządzeń Myteka doszukać się złych cech, jakie można by stereotypowo przypisać sprzętowi studyjnemu. Urządzenia Myteka nie grają sucho, czy sterylnie – jest wręcz przeciwnie, brzmienie jest nasycone i pełne.  Co w połączeniu z dobrze przemyślaną i jednocześnie nierzadko wyszukaną funkcjonalnością dość poważnie zaostrza apetyt na kolejne urządzenia tej akurat firmy.

Wracając zaś do samego Brooklyn AMPa, to oczywiście jest to końcówka mocy, jaką można śmiało podłączyć do innego, aniżeli Brooklyn DAC źródła wyposażonego w regulację głośności. Jest to przecież pełnoprawny, stereofoniczny wzmacniacz mocy. W dodatku wyposażony nie tylko w wejściowe gniazda RCA, ale także zbalansowane XLR. Dodatkowo legitymuje się on wcale niemałą – zwłaszcza w kontekście gabarytów – mocą na papierze, bo aż 300W na kanał przy obciążeniu 4 omów.  Jeżeli dodamy do tego fakt, iż już po wyjęciu z pudełka robi dobre wrażenie poprzez ciężar i jakość wykonania, to wniosek jest prosty – warto mu się przyjrzeć z bliska, bo zapowiada się ciekawie.

Mytek Brooklyn AMP – design i wykonanie

Zacznijmy po kolei, czyli od opakowania, w jakim jest dostarczany jest Brooklyn AMP. Jest ono bliźniaczo podobne do tego, w jakim otrzymujemy Brooklyn DAC+, czyli przede wszystkim solidne i schludne. Można by rzec: profesjonalne. To samo tyczy się instrukcji, chociaż warto tutaj jednak zaznaczyć, że ta jest tylko w języku angielskim.

Mytek Brooklyn AMP

Natomiast wykonanie urządzenia jest nie tyle, że bez zarzutu, co powiedzmy to wprost – znakomite. Jeżeli chodzi o samo spasowanie elementów oraz ogólną koncepcję wzorniczą urządzenia to Mytek może się okazać jedną z ciekawszych wizualnie propozycji na rynku. Jako ciekawostkę można dodać, że same płyty czołowe urządzeń są wykonywane w Stanach Zjednoczonych. To wzornictwo zostało zapoczątkowane już w pierwszym przetworniku Manhattan (teraz mamy jego drugą wersję). Natomiast to, co w serii Brooklyn robi szczególne wrażenie, to jeden – wydawałoby się, że niewielki – detal. Otóż chodzi o podświetlane logo z napisem Mytek.

Kolor podświetlenia, zarówno w przypadku przetwornika (DAC), jak i recenzowanej tutaj końcówki mocy można zmieniać. Do wyboru jest kilkanaście kolorów, także każdy znajdzie coś dla siebie. Warto też zaznaczyć, że w Brooklyn DAC jest analogiczna możliwość, dzięki czemu można w prosty sposób dopasować kolorystycznie loga urządzeń. Poza tym, precyzja wykonania tego elementu po prostu robi duże wrażenie.

Technika i funkcjonalność

Patrząc od strony technicznej – również pojawia się kilka interesujących kwestii. Zacznijmy może od tego, że Mytek Brooklyn AMP to stereofoniczna końcówka mocy wykonana w technologii cyfrowej. Inaczej rzecz ujmując – pracuje ona w klasie D. Można też tutaj śmiało powiedzieć, że także w tym zakresie firma z Brooklynu poszła swoją drogą, omijające wiele schematów. Bo po pierwsze – użyto nieco mniej popularnych modułów wzmacniających, czyli modułów firmy Pascal. Jest to ciekawe o tyle, że zdecydowana większość producentów używa albo modułów ICEpower, albo też gotowych rozwiązań firmy Hypex. A tutaj mamy, chciałoby się rzec, coś zupełnie innego. Po drugie – moduły te zostały dodatkowo bardzo mocno zmodyfikowane. Modyfikacji uległy kluczowe elementy końcówek wzmacniających oraz zasilane.

Wnętrze Brooklyn AMPa jest przez to zapełnione po brzegi, samu urządzenie nie jest też wcale takie lekkie, jak by się mogło wydawać. A już na pewno dużo cięższe od wielu filigranowych wzmacniaczy w klasie D, jakie można spotkać na rynku.

Mytek Brooklyn AMP

Po brzegi zapełniona jest także cała tylna ścianka. Znajdziemy na niej nie tylko terminale głośnikowe, gniazda wejściowe (RCA i XLR), czy gniazdo zasilające. Jest tam także port micro-USB do aktualizacji oprogramowania oraz jeden, wymagający szerszego omówienia, element. Chodzi o całą baterię przełączników typu DIP-switch, za pomocą których zmieniamy parametry pracy końcówki. Możemy poprzez nie sterować czułością (0dB lub +6dB), przełączyć wzmacniacz w tryb zmostkowany (brigde), czy też tryb Bi-amp.

Warto tutaj zwrócić uwagę na jedną rzecz – otóż zastosowanie takiego, a nie innego rodzaju przełączników może się wydać na pierwszy rzut oka rozwiązaniem nieco kłopotliwym dla użytkownika. Inną zaś kwestią jest to, że pamiętajmy, iż Brooklyn AMP to wciąż urządzenie stosunkowo małe, a przez to posiadające ograniczoną ilość miejsca na tylnej ściance. Co więcej, przełączniki sterują funkcjonalnością, która raczej nie będzie zmieniana każdego dnia, dlatego też można taką a nie inną decyzję konstrukcyjną zrozumieć.

­Klasa D a brzmienie

Wiele zostało i powiedziane i napisane o brzmieniu przeróżnych wzmacniaczy opartych o równie rozmaite w zasadzie warianty klasy D. Piszę o tym, dlatego, iż często takiej, czy też innej technologii jest przylepiana dość konkretna łatka brzmieniowa. Tymczasem jest też tak, że praktyka pokazuje, jak bardzo błędne jest to myślenie. Bo śmiało można znaleźć pośród wzmacniaczy, mówiąc kolokwialnie „cyfrowych” te, które swym brzmieniem całkiem nieźle zdają się imitować stereotypowe brzmienie wzmacniacza lampowego w konfiguracji push-pull.

Można w sumie zaryzykować twierdzenie, że tak grała znaczna część pierwszych konstrukcji opartych na modułach ICEpower. Ciepło, ale za to z ograniczoną rozdzielczością. Jedynym, co je od typowego lampowca na poczciwych EL34 odróżniało, to dość mocny i dobrze zazwyczaj kontrolowany bas. Z kolei wzmacniacze oparte o moduły Hypexa grały jednak zgoła inaczej – dużo bardziej neutralnie i jednocześnie też bardziej transparentnie.

To oczywiście przykład, i takich można by podać jeszcze wiele, natomiast obrazuje on jedno – sama zastosowana technologia jeszcze o niczym nie świadczy. Nie zmienia to też faktu, iż zastosowanie danego modułu wzmacniacza, w dodatku w tym konkretnym przypadku mocno zmodyfikowanego może jednak pociągać za sobą pewien konkretny rezultat brzmieniowy.

Weźmy jeszcze dodatkowo pod uwagę, że sama technologia wzmacniaczy w klasie D, czy też opartych o technologię PWM – mocno na przestrzeni ostatnich lat ewoluowała. Podobnie, jak i brzmienie. Piszę to nie bez kozery, bo akurat tak się składa, że Brooklyn AMP jest tej ewolucji przykładem doskonałym.

Jak zatem gra?

Faktycznie, Brooklyn AMP to niesamowity krok do przodu w stosunku do pierwszych wzmacniaczy pracujących w Klasie D. Patrząc poprzez pryzmat konstrukcji można już po chwili odsłuchu uznać brzmienie za dość mocno zaskakujące. I to w kontekście jak najbardziej pozytywnym.

Przede wszystkim pierwszą kwestią, jaka już na początku odsłuchów dość wyraźnie ujawnia jest to, że o ile końcówka mocy firmy Mytek ma oczywiście swój charakter, to wprowadza go w bardzo taktowny sposób. Natomiast jest to urządzenie, które bardzo dobrze operuje zarówno barwą, jak i dynamiką w skali mikro. Bo jeżeli chodzi o dynamikę w skali makro, to trudno tutaj doszukiwać się jakichkolwiek problemów, zwłaszcza przy tej mocy. Urządzenie bezproblemowo operuje skokami dynamicznymi.

A jednocześnie to, co wymaga tutaj naprawdę pochwały to fakt zachowania kultury przy nagłych skokach dynamiki. Nic się tutaj nie zlewa, brzmienie się w żaden sposób nie wyostrza. Utwór Annie Lennox „Money Can’t Buy It” zabrzmiał doskonale. I to nie tylko ze względu na oddanie rytmu na basie, ale także poprzez zachowanie dość specyficznej barwy, aury tego utworu.

Kilka słów o charakterze brzmienia

Jeżeli chodzi o wspomnianą kwestię sygnatury brzmienia tej końcówki mocy, to wymaga ona dodatkowego wyjaśnienia. Są wzmacniacze, które narzucają swój charakter w mniejszym, lub większym stopniu. Tutaj słychać, że nie mamy do czynienia z lampą w topologii single-ended, ale też nie ma efektu zacierania mikro-detali, jaki można zaobserwować w przypadku wielu wzmacniaczy, nawet niektórych lampowych. Jednocześnie Brooklyn AMP nie gra też kremowo, nie dobarwia dźwięku. A przy tym go zbytnio nie wysusza. Słychać nawet nie tyle, że jest to urządzenie pracujące w klasie cyfrowej, co bardziej wzmacniacz, który gra po jaśniejszej stronie mocy. A jednocześnie jest to też brzmienie bardzo mocno różnicujące.

Mytek Brooklyn AMP

I tutaj właśnie dochodzimy do chyba jednej z najważniejszych, najsilniejszych stron tej końcówki mocy. Bo o ile pewna, dość charakterystyczna, nieco jasna sygnatura się ujawnia, to jest też tak, że nie jest to coś, co przeszkadza. A bardziej dodaje brzmieniu odpowiedniego charakteru. A może inaczej: wzmacniacz sprawia wrażenie, jakby bardzo uważnie, pieczołowicie pochylał się nad każdym dźwiękiem, każdym wybrzmieniem, jednocześnie nie tracąc panowania nad całością. I przy tym zachowując cały czas spójność obrazu muzycznego. Pozostając przy Annie Lennox, płyta Meudusa zabrzmiała inaczej całościowo od pierwszego albumu tej, skądinąd niewątpliwie utalentowanej wokalistki. Na „Don’t Let It Bring Me Down” słychać charakterystyczną twardość, bezpośredniość w brzmieniu. Proszę mi wierzyć, jest wiele wzmacniaczy w klasie AB, które tego aż tak dobrze nie oddają.

Mytek Brooklyn AMP – synergia z innymi elementami toru

Warto też przy tym pamiętać o jednej rzeczy. Brooklyn AMP to wzmacniacz, który nam w żaden sposób nie ociepli sztucznie brzmienia. Nigdy nie ma takiej intencji. Doskonale jednocześnie zgrywa się Brooklyn DACiem i neutralnymi kolumnami. Zgra się też dobrze z każdym w zasadzie źródłem, które nie wysusza barwy i kolumnami, które tej barwy nie wyostrzają. W zasadzie to jest takie urządzenie, przy którym efekt końcowy można śmiało modelować zarówno poprzez źródło, jak i kolumny. Jak i także okablowanie.

Jeżeli już zaś mowa o synergii systemu, to osobnego omówienia wymagają też skraje pasma. Na pierwszy ogień weźmy dół pasma – tutaj naprawdę nie można mieć żadnych negatywnych uwag. Różnicowanie, dynamika, rozciągnięcie – to wszystko jest. Hans Zimmer „Why So Serious” zabrzmiał fenomenalnie. Tutaj po prostu ujawniają się wszystkie zalety Klasy D. Ale mamy też pewien gratis. Chodzi o fakturę basu. Nie jest ona tekturowa, wzmacniacz nie gra tylko i wyłącznie konturami, bas potrafi zmieniać charakter z nagrania na nagranie. Można śmiało zaryzykować twierdzenie, że jest to kolejna rzecz, jaka dość mocno potrafi to urządzenie wyróżnić. Nawet pomimo tego, że brzmienie ma całościowo świeży, bardzie jasny, niż ciemny, charakter.

Mytek Brooklyn AMP

W ten sposób dochodzimy do kwestii wysokich tonów, bo one wymagają specjalnego omówienia. Góra pasma to chyba najbardziej charakterystyczny aspekt brzmienia Brookyn AMPa. I w pewnym sensie jest też związana z całościową barwą, jaką bardzo subtelnie wprowadza ta końcówka mocy. Otóż wysokie tony są doskonale rozciągnięte, pełne detali i wybrzmień. Gitary na utworze „Electric Lion” Tangerine Dream zabrzmiały fenomenalnie, dzięki doskonałemu odwzorowaniu wybrzmień, połączeniu mikro dynamiki ze spójnym oddaniem całości obrazu muzycznego.

Wrażenia przestrzenne

Jeżel zaś o obraz, a prezycyjniej obrazowanie chodzi – to sytuacja przedstawia się w sposób dość jasny. Brooklyn AMP generuje scenę minimalnie wycofaną, pół kroku w tył, z pewnej perspektywy. Można to uznać za drugi, czy nawet rzeci rząd krzeseł w sali. Oddanie stereofonii wszerz jest bardzo dobre, tak samo ogniskowanie źródeł oraz szerokość sceny są bez zarzutu. Natomiast nie jest to na pewno ostatnie słowo, jeżeli chodzi o generowanie hektarów przestrzeni, czy też głębi sceny. Proszę tego też nie zrozumieć, jako przytyk do samego wzmacniacza. A bardziej, jako wskazanie jego miejsca w ogólnie pojętym peletonie, jeżeli chodzi o przestrzenność. Jest to po prostu dobry poziom, ale nie spodziewajmy się też tutaj zjawiskowości rodem z najlepszych urządzeń single-ended. Bo tak naprawdę atuty Brooklyn AMPa leżą jednak gdzie indziej.

Całościowo

Trudno się po raz kolejny oprzeć wrażeniu, że firma Mytek wie, co robi. A konkretniej ich urządzenia za każdym razem po prostu przekonują. Przy czym Brooklyn AMP jest urządzeniem o tyle zaskakującym, że przestawia taki zestaw cech, który akurat w przypadku takiej a nie innej technologii wzmocnienia jest, delikatnie rzecz ujmując, dość rzadki.

Przede wszystkim jest to końcówka mocy, która ma brzmienie różnicujące, a przy tym na tyle uniwersalne, że jest jednym z niewielu wzmacniaczy cyfrowych, których naprawdę chce się słuchać. Jest to brzmienie, które przekonuje czymś, czym przekonywać w zasadzie nie powinno poniekąd z definicji, bo to w końcu Klasa D. Mowa oczywiście o barwie. Słychać, że wzmacniacz zaznacza swój charakter, lecz jednocześnie jest mocno przeźroczysty dla nagrań, przekazuje ich aurę, przekazuje emocje. Tak naprawdę, dopiero przejście na naprawdę poważny wzmacniacz w topologii single-ended pokazuje, że można lepiej. A to samo w sobie powinno być rekomendacją. I jest nią w istocie.

Cena: 2495 Euro
Dystrybutor: HEM Electronics

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*