Recenzja porównawcza Mytek Brooklyn DAC i Brooklyn DAC+

Rozpoczynając tę akurat recenzję obu przetworników Mytek Brooklyn DAC ciekaw byłem jednej, mogłoby się wydawać, prostej rzeczy. Otóż, zastanawiało mnie nawet nie tyle to, jak duża będzie różnica brzmieniowa pomiędzy starą, a nową wersją Brooklyna, co bardziej ciekawiło mnie to, jak ta różnica będzie się miała do całościowego odbioru jednego i drugiego urządzenia, jako całości. Piszę o tym, dlatego, że nie od dzisiaj wiadomo, iż w audio mamy do czynienia z niekoniecznie prostymi do opisania zależnościami pomiędzy ceną, brzmieniem, funkcjonalnością a tym, czy – mówiac wprost – dane urządzenie chcielibyśmy posiadać, czy jednak niekoniecznie.

Oczywiście, o ile powyższej kwestii nie da się w łatwy sposób ująć w jedną, prostą regułę, to jednak dobrze by było opisać te zależności w sposób ogólnie zrozumiały i czytelny. Należy tutaj zacznaczyć, że często też jest tak, że pozornie drobna zmiana jednej cechy brzmieniowej może powodować całkowitą zmianę ogólnego odbioru brzmienia, jako całości, czasami nawet o całą, nazwijmy to umownie, klasę.

Ponadto, mając dwa, dość podobne na papierze (o tym oczywście dalej) urządzenia obok siebie, oraz będąc długoletnim użytkownikiem pierwszego, można by rzec, audiofilskiego przetwornika firmy z Brooklynu (mowa oczywiście o Stereo 192 DSD DAC), a także mając w pamięci brzmienie pierwszej wersji znacznie droższego Manhattan DAC, trudno oprzeć się dokonaniu pewnego rodzaju porównania. Przy czym nie chodzi tutaj tylko o zestawienie urządzeń w obrębie tej samej marki, ale o szersze porównanie, które, jak Państwo zobaczą, przyniesie dość ciekawe wnioski.

Co więcej, jest jeszcze jedna kwestia: często powielane są stereotypy, według których próbuje się dane urządzenie sklasyfikować, jako grające, mówiąc kolokwialnie audiofilsko, albo też, ponownie nawiązując nawiązujac do popularnych określeń – studyjnie. Jednakże na pewnym ogólnym poziomie jakościowym okazuje się, że takie generalizowanie prowadzi nie tyle do nieporozumień, co czasami wręcz do kompletnie mylących wniosków. Jak pokaże ta recenzja, tyczy się to zwłaszcza takich urządzeń, jak Brooklyn i Brooklyn+, bo o ile oba brzmieniowo idą mogłoby się wydawać pół kroku w zupełnie inną stronę, to różnica między nimi jest zdecydowanie większa, niż by mogło się wydawać. Postaram się także odpowiedzieć, na pytanie, jakie słyszałem już kilka razy. Mianowicie – czy któryś z tych przetworników można w stu procentach uznać za następcę Stereo 192 DSD?

 

Co w pudełku?

Powiedziałbym, że w tej kwestii jest bez niespodzianek, ale te zaczynają się już na tym etapie. Bo niespodzianka jest, i jest ona zdecydowanie pozytywna. Po pierwsze – otrzymujemy bardzo solidnie zapakowany produkt. Po drugie – całościowa estetyka, na którą składa się opakowanie, instrukcja, ogólnie to, jak dostarczone są urządzenia zasługuje na pochwałę. Jako pilot dostajemy Apple Remote.
W tym zakresie absolutnie bez zastrzeżeń.

 

Trochę szerzej (niż zwykle) o paru (znaczących) kwestiach technicznych.

Na początek troche historii: Stereo 192 DSD, czyli pierwszy przetwornik Myteka, jaki był przeznaczony (także) na rynek audiofilski, to urządzenie – jak na tamte, w sumie nie aż tak odległe czasy – bardzo ciekawe. Bo nie dość, że zaliczał się do, ogólnie mówiąc, nowej fali przetworników integrujących w sobie dodatkową funkcjonalność, to miał kilka rzadko spotykanych na rynku audiofilskim rozwiązań konstrukcyjnych. Jeżeli zaś chodzi o Brooklyn DAC oraz Brooklyn+ DAC to cała funkcjonalność przedwzmacniacza, wzmacniacza słuchawkowego, oraz oczywiście przetwornika DA – została zachowana. Dodano natomiast dwie, dość istotne rzeczy. Czyli sprzętową obsługę formatu MQA oraz w pełni funkcjonalny przedwzmacniacz gramofonowy. Pisząc „w pełni” mam tutaj na myśli przedwzmacniacz obsługujący zarówno wkładki typu MM, jak i – co wcale nie jest takie oczywiste – MC. O ile nie chce się tutaj rozwodzić nad zasadnością czy też rozwojem formatu MQA, gdyż jest to zdecydowanie poza spektrum tej recenzji, to niewątpliwie dodanie preampa gramofonowego jest dużym, a w zasadzie bardzo dużym plusem. Piszę „plusem” nie bez kozery, bo sprawa się w dość ciekawy sposób „komplikuje”, jeżeli porównamy konstrukcję Brooklyna właśnie z Brooklynem+. Otóż w tym ostatnim przeprojektowano topologię toru analogowego, a jest to o tyle istotne, jeżeli zwrócimy uwagę na jeden, drobny z pozoru szczegół. Rzecz mianowicie w tym, że tego typu urządzenia, mające wbudowany przedwzmacniacz liniowy często są stosowane, jako centrum systemu, który posiada drugie źródło, najczęściej analogowe. I zazwyczaj jest nim właśnie gramofon, a wtedy sprawy mogą nabrać ciekawego obrotu. Założmy na moment, że już wbudowany w Brooklyna preamp gramofonowy był w miarę dobry, na tyle, żeby zagrać lepiej od większości typowo budżetowych przedwzmacniaczy korekcyjnych RIAA. To raz. Dwa – załóżmy też, że w „Plusie” dodatkowo mamy lepszy, całościowo lepiej brzmiący tor analogowy.  Jeżeli dwa powyższe założenia byłyby prawdą, to mogłoby się okazać, że sama różnica w brzmieniu, jako przetwornika DA to jedno, natomiast dla wielu kwestia brzmienia toru analogowego, w trybie przedwzmacniacza, mogłaby być równie istotnym powodem do zainteresowania się nowym przetwornikiem Myteka w wersji „z plusem”. Specjalnie zwracam na to uwagę, jeszcze przed opisem części cyfrowej. Bo o ile oczywistym jest, że to przede wszystkim przetwornik cyfrowo-analogowy, to jednak są to szczegóły, które jednak w wielu przypadkach mogą zaważyć.

Skupiajac się natomiast na samym przetworniku i jego części cyfrowej, to w Brooklynie, porównując do Stereo 192 DSD (oraz pierwszej wersji Manhattan DAC) zrezygnowano z wejścia Firewire. Zrezygnowano także z wejscia USB w standardzie 1.1. Natomiast wejście USB 2.0 jest już w pełni zgodne ze standardem „USB Audio Class 2.0”. Oznacza to, że oba przetworniki będą wykrywane od razu przez system, który natywnie ten standard wspiera. Praktyka to powierdza – nie miałem żadnych problemów z wykryciem Brooklyna+ pod Linuxem, to samo się tyczyło macOSa. Jedynie w przypadku systemów Microsoftu koniecznia będzie instalacja odpowiednich sterowników.

Jeżeli zaś chodzi o część cyfrową, to największe zmiany zaszły w samym sercu przetwornika, czyli w kości odpowiadajacej za właściwą konwersję sygnału. Chronologicznie wygląda to tak: w „pierwszym” Stereo 192 DSD sercem całego układu przetwarzania była kość ESS Sabre o symbolu 9016. W przypadku zaś pierwszej wersji Manhattan DAC, także użyto 9016, natomiast w Brooklynie i Brooklynie+, odpowiednio 9018K2M oraz 9028. Piszę o tym nie bez powodu. Otóż, z jednej strony – oczywistym dla każdego bardziej obeznanego z elektroniką będzie to, że na samo brzmienie danego układu w dużym stopniu wpłynie jego odpowiednia (bądź nie) implmentacja. Z drugiej zaś – biorąc pod uwagę efekt końcowy – sygnatury brzmienia danego układu samego w sobie też nie sposób pominąć. Piszę o tym z pełną premedytacją. Dlaczego? Otóż uważam, że im lepszy przetwornik, tym mniej słychać właśnie rzeczoną sygnaturę brzmienia, jaką wnosi. A już wyjątkowo tyczy się to układów takich, jak ESS Sabre. Bo one potrafią zagrać całkowicie odmiennie, w zależności od implementacji układu, klasy urządzenia, i wielu innych czynników.

Jest jeszcze jedna rzecz, jaką należy podkreślić. Otóż może się wydawać, że różnica między pierwsza a drugą wersją Brooklyn DAC jest mniejsza, aniżeli różnica między nimi a ich poprzednikiem, czyli Stereo 192 DSD DAC. Na pierwszy rzut oka, zwłaszcza patrząc na wszystkie trzy urządzenia, faktycznie można dojść do takiego wniosku. Jednakże wszystko staje się jasne przy bezpośrednim porównaniu obu wersji Brooklyn DAC.

 

Brzmienie.

Można śmało zaryzykować tezę, że różnice pomiędzy obiema wersjami Brooklyn DAC są słyszalne od razu. Co więcej, stawiając Brooklyn DAC oraz Brooklyn DAC+ obok starszego Stereo 192 DSD DAC wyraźnie też słychać, że pierwsza wersja Brooklyn DAC jest tak naprawdę pójściem w nieco inną stronę, aniżeli pozostałe przetworniki Myteka. To przede wszystkim brzmienie, które rezygnuje nieco z nasycenia, a stawia bardziej na różnicowanie, na ostudzenie barw. Jednocześnie jego równowaga jest nadal zachowana i nie zgodzę się tutaj z tym, że jest ona przesunięta w stronę góry pasma. Dużą w tym rolę ma bas, który ma inaczej, niż w „plusie”, rozłożone akcenty. W pierwszej wersji środkowy bas jest minimalnie podkreślony, lekko utwardzony, wydaje się przez to być bardziej obecny. Zupełnie inną prezentację basu ma z kolei Brooklyn DAC+. Bas tutaj ma zdecydowanie lepsze wypełnienie na samym dolnym końcu pasma, lepszą barwę, fakturę i całościowo lepszą dynamikę. Nawet, jeżeli ta dynamika nie jest tak oczywista, nie narzuca się, jak w przypadku pierwszej wersji. Można to ująć tak – jeżeli ktoś ma system, który ma tendencję do faworyzowania basu (od razu nasuwa się tutaj dość popularna dzisiaj implementacja konfiguracji bass-refleks, która lekko podbija środkowy bas), to połącznie Brooklyn DAC (bez plusa) mogłoby się sprawdzić się w np. muzyce rozrywkowej, a w przypadku innych preferencji muzycznych – może nie być do końca szczęśliwe. Z kolei Brooklyn DAC+ ma środkowego i wyższego basu minimalnie mniej, jednakże sumarycznie jest to bardziej poprawne, dokładne i bliższe prawdzie odzworowanie niskich tonów. Co więcej, właśnie taki sposób prezentacji basu można spotkać w wielu droższych urządzeniach, które nie afiszują się ani ze zdolnościami dynamicznymi, ani też z możliwościami w zakresie rozciągnięcia tego podzakresu.

Przyznam też, że nieprzypadkowo zacząłem opis brzmienia właśnie od niskich tonów, bo myślę, że własnie ta część pasma będzie najlepszym przykładem ogólnej różnicy w przezentacji obu urządzeń. Różnicy, która jeszcze bardziej uwidacznia się w przypadku nie tylko średnich i wysokich tonów, ale w ogólnie pojętej barwie dźwięku oraz w sposobie generowania sceny dźwiękowej.

Bo właśnie scena dźwiękowa i barwa w Brooklyn DAC+ to największy postęp w stosunku zarówno do Brooklyn DAC, jak i do Stereo 192 DSD. W pierwszej wersji Brooklyna scena jest spłycona, plany są bliżej siebie i jednocześnie pierwszy plan wydaje się być bardziej obecny. Dopiero porównanie z „Plusem” pokazuje, że można to zrobić inaczej. Najbardziej to słychać na wokalach, szczególnie tam, gdzie realizator zdecydował się na ich mocne, punktowe skupienie na scenie. Pierwsza wersja te wokale lekko wypycha do przodu, co – kuriozalnie – może (ale nie musi!) mieć w niektórych przypadkach dość ciekawy i zaskakujący efekt, polegający na dodatkowym „doelektryzowaniu” danego nagrania. Brooklyn DAC+ natomiast operuje sceną w zupełnie inny sposób, bez nacisku na pierwszy plan, za to z głębią i różnicowaniem w głąb sceny. Jest to o tyle ciekawe, że Brooklyn DAC+ to przetwornik o w sumie studyjnym rodowodzie a tymczasem okazuje się, że właśnie barwa i scena to jego mocne atuty. Ogólnie Brooklyn DAC+ to brzmienie bardziej gładkie, bardziej zrelaksowane, ale jednocześnie też bez problemu operujące dynamiką i pokazujące nagranie. Przy tym wysokie tony są bardziej tutaj scalone z całością, na początku wydają się nie iskrzyć tak bardzo, ale na odpowiednim torze słychać, że są po prostu lepsze.

Jeszcze dwa słowa o wbudowanym wzmacniaczu słuchawkowym oraz możliwości wyboru filtrów cyfrowych. Jeżeli chodzi o ten pierwszy – to w dużym skrócie: ma on dość dociążone brzmienie, przez co lepiej sprawdza się ze słuchawkami pokroju Sennheiser HD-600, HD-800, aniżeli np. z takimi HD-650. Co nie zmienia faktu, że Fostexy TH-610 na Brooklyn DAC+ zagrały wyśmienicie, ale to zapewne ze względu na całościową barwę takiego zestawienia.

W kwestii ustawień filtrów cyfrowych: proponuje na początek porównać ustawienie ” slow roll-off, minimum phase filter” (w menu oznaczony, jako „SRMP”) z filtrem ” brickwall filter” (w menu: „BRCK”) przy jak najszerszym spektrum muzyki. Bo właśnie pomiędzy tymi dwoma filtrami różnica jest największa i statystycznie najłatwiejsza do wychwycenia. „Brickwall filter” będzie miał najwięcej energii i ataku, natomiast to właśnie filtr „SRMP” jest – w mojej opinii – najbliżej muzyki.

 

Podsumowując.

Największą dźwiękową zaletą Brooklyn DAC+, bo to ten model jest teraz produkowany i jemu należy się specjalna uwaga jest fakt, że łączy w sobie dwie cechy. Pierwszą jest to, co w dużej mierze tyczy się starszego Stereo 192 DSD DAC, jak i w mniejszym stopniu pierwotnej wersji Brooklyn DAC. Otóż Mytek oferuje brzmienie, które nie ma jakichś szczególnie słabych punktów, jest to brzmienie zarówno bardzo równe, jak i też takie, które – że tak sobie pozwolę to ująć – dobrze starzeje się z czasem. Przykładem tego jest właśnie Stereo 192 DSD DAC, którego podłączenie zaraz po jakimś droższym przerworniku nie powoduje ani palpitacji serca, ani też niechęci do słuchania muzyki.
Drugą zaś bardzo istotną cechą jest to, że postęp w prezentacji barwy oraz sceny jest w przypadku Brooklyn DAC+ po prostu duży, znaczący. To jest, co najmniej, różnica klas – porównując zarówno do Stereo 192 DSD DAC, jak i do Brooklyn DAC. Jest to jednocześnie niewiele gorzej (a czasami i lepiej), niż średnia oferowana przez przetworniki kosztujące pomiędzy 10 a 20 tyś pln, co można uznać, jako bardzo duży komplement. Albo jeszcze inaczej – Brooklyn DAC+ jest zdecydowanie bliżej urządzeń droższych, niż tańszych. W notakach z odsłuchów zapisałem taką uwagę: „Barwa i decay, barwa robi wszystko” i sądzę, że to w tym zakresie będzie najlepszy komentarz.

Pozwolę sobie jeszcze na chwilę wrócić do pierwszej wersji Mytek Brooklyn DAC. Jest to przetwornik dość szczególny, choć należy jeszcze raz podkreślić, że nie musi to oznaczać czegoś złego. Po prostu, biorąc pod uwagę samo brzmienie, przeskok nie jest aż tak duży, jak w przypadku Brooklyn DAC+, a i także sam charakter soniczny urzadzenia należy brać pod uwagę przy dobieraniu pozostałych elementów toru. Oczywiście ta uwaga powinna obowiązywać zawsze, natomiast w tym przypadku jest szczególnie aktualna. Inną kwestią jest to, że jestem w stanie wyobrazić sobie systemy, gdzie ten akurat przetwornik będzie pasował, co najmniej dobrze. Będzie to wszędzie tam, gdzie ogólna temperatura dźwięku jest subiektywnie za wysoka i trzeba dodać trochę rożnicowania i separacji.

O funkcjonalności wszystkich przetworników firmy Mytek pisałem już nie raz – zarówno w recenzji Stereo 192 DSD, jak i także w recenzji Manhattan DAC. Dla leniwych powtórzę: jest ona niemalże referencyjna. Tutaj naprawdę ciężko się do czegoś przyczepić. Jeszcze raz podkreślę, że obie wersje Brooklyna mają wbudowany bardzo dobry wzmacniacz gramofonowy, co wcale nie jest takie oczywiste i o tą akurat funkcjonalność, na dodatek zrealizowaną na odpowiednim poziomie jakościowym wciąż bywa trudno. Nie można zapominać o lepszym torze analogowym no i sprzętowym dekodowaniu MQA.

Natomiast odnośnie pytania, jakie zadałem na wstępie tej recenzji – czy Brooklyn DAC+ jest godnym następcą Stereo 192 DSD DAC? Przewrotnie powiem, że nie. Bo uważam, że Brooklyn DAC+ to nie tyle następca, co zdecydowane, kompletne rozwinięcie swojego pierwowzoru – i to nie tylko dźwiękowo, a także funkcjonalnie. Rozwinięcie na tyle udane, że DAC+ powinien być porównywany z urządzeniami nie tylko o tej samej cenie, co wręcz droższymi. Myślę, że stanowi to wystarczającą rekomendację.

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*