Final Sonorous X – recenzja

Final Sonorus X

Final Sonorous X to słuchawki tak charakterystyczne, jak mało które. Ten znajdujący się na szczycie serii „Prestige” model jest nie tylko kompletnie odmienny wizualnie od chociażby recenzowanych niedawno na łamach hifizone.pl D8000 i D8000 Pro tego samego producenta. Różni się on także konstrukcją, rodzajem przetworników oraz, jak wszystko wskazuje – również całościową koncepcją od dość znanej już serii D. Co więcej, już na wstępie uwagę przyciągnąć może nie tylko ich wzornictwo, ale też podstawowe parametry. Czyli niska – zwłaszcza, jak na takiego kalibru słuchawki – impedancja 16 omów, oraz jednocześnie wysoka skuteczność, bo aż 105 dB. Uwagę zwraca także dość pokaźna waga – 630 gram. Na pierwszy rzut oka parametry te trochę do siebie nie pasują, jednakże mając w pamięci znane, dobre, i ogólnie lubiane słuchawki z serii D, można całkiem śmiało zaryzykować pewne stwierdzenie. A nawet dwa. Otóż, po pierwsze – w tym szaleństwie może być metoda. Po drugie zaś, i tutaj pójdźmy może nawet nieco dalej, stawiając tezę jeszcze ciekawszą. Otóż, co jeżeli są to słuchawki, które mają stuprocentowo realizować pewną, nawet może trochę szaloną, lecz i jednocześnie odważną koncepcję brzmieniową? Co jeżeli tak naprawdę to właśnie Sonorousy X są postawieniem pewnego rodzaju kropki nad „I”, będąc jednocześnie kulminacją osiągów japońskiej firmy? Tak, wiem, teza śmiała, ale jak to mawiali starożytni: „Audaces fortuna iuvat”.

Final Sonorus X

„Nie wszystko złoto, co się świeci”… czyżby tutaj wyjątek potwierdzał regułę?

Niezaprzeczalnym faktem jest to, że o ile stylistyka najdroższych, jakby nie było słuchawek firmy Final jest oryginalna i rzucająca się w oczy, to jednocześnie może też nieźle spolaryzować o tych słuchawkach wstępne chociażby opinie. Inną zaś kwestią jest też to, że wiele osób może – patrząc właśnie poprzez pryzmat wyglądu zewnętrznego – słuchawki te zlekceważyć. I po prostu uznać je za pewnego rodzaju wybryk. A szkoda. Bo jak się okazuje, wcale takim wybrykiem one nie są. Zwłaszcza, jeżeli przyjrzymy się tejże konstrukcji z bliska i bardziej chłodnym, analitycznym okiem spojrzymy wnikliwie, chociażby na ich konstrukcję mechaniczną samą w sobie.

Przede wszystkim, i to jest dość istotne z inżynieryjnego punktu widzenia, aluminiowa odgroda, na której osadzony jest przetwornik stanowi z nim jedną, integralną całość. Co więcej, sam przetwornik i rzeczona odgroda są nawet produkowane równocześnie, jako jedna część. Reszta elementów muszli także jest wykonana z metali. Mamy tutaj nie tylko aluminium, ale także i stal nierdzewną. Na stronie producenta jak byk widnieje sformułowanie mówiące, iż „było koniecznym stworzenie obudowy z twardego metalu, aby uzyskać poczucie realizmu”. Szczerze powiedziawszy, wcale bym takiego sformułowania nie lekceważył. Przede wszystkim z tego względu, iż problem wibracji obudowy tyczy się nie tylko głośników, ale także i słuchawek. I wcale nie jest to problem błahy. A słuchawki zamknięte, gdzie w środku muszli panuje zdecydowanie większe ciśnienie akustyczne, aniżeli w konstrukcjach otwartych – są na rzeczone wibracje jeszcze bardziej narażone. I nie ukrywajmy, wszystkie niepożądane drgania bezpośrednio przekładają się na podkolorowania dźwięku.

Najbardziej istotne jest tutaj jednak coś jeszcze innego. A konkretniej rzecz ujmując – całościowe podejście do tematu konstrukcji mechanicznej. Proszę zwrócić uwagę, i powtórzę to raz jeszcze, gdyż ten element, czy też wybór konstrukcyjny jest w rzeczy samej naprawdę warty wyraźnego odnotowania. W przypadku Sonorousów X mamy do czynienia z przetwornikiem zintegrowanym z jego metalową, a dokładniej magnezowo-aluminiową odgrodą. A to wszystko jest zamontowane w całkowicie metalowej konstrukcji. Nieodparcie przychodzi tutaj do głowy analogia z obudowami kolumn firmy – ależ oczywiście – Magico. Bo przecież to właśnie firma Alana Wolfa tak bezkompromisowo podchodzi nie tylko do tematu obudów samych w sobie, ale i także do kwestii mocowania przetworników.

Final Sonorus X

A jeżeli już o przetworniki same w sobie chodzi – to również tutaj mamy rozwiązanie, które zasługuje na szerszy opis. Otóż w przypadku słuchawek takich, jak Sonorus X zastosowano drivery z tytanowymi membranami o średnicy 50mm. Ich profil jest specjalnie zoptymalizowany tak, aby uzyskać jak najbardziej tłokową pracę w paśmie audio. Zaskakujące przy tym może się wydawać to, że materiałem akurat jest tytan, a nie jakiś stop aluminiowo-magnezowy (chociaż ten materiał też znalazł swoje miejsce gdzie indziej w konstrukcji), czy chociażby coraz bardziej popularny i wracający do łask beryl (stosowany z kolei w najnowszych, dousznych A8000 Finala). Co ciekawe, cewki posiadają także tytanowy karkas, który najprawdopodobniej zintegrowany jest z membranami.

Inaczej rzecz ujmując, cała konstrukcja zdaje się podążać pewnym jasno wytyczonym torem. Czyli w kierunku zminimalizowania wibracji oraz zmaksymalizowania transferu energii od przetwornika.

Jeszcze tylko kilka słów odnośnie praktycznego użytkowania i możemy przejść do sedna tejże recenzji. Pierwsza istotna informacja – otóż, jak wspomniałem wcześniej, we wstępie: Sonorousy ważą 630 gramów. Na papierze wydaje się to sporo. Faktem jest, iż nie są to lekkie słuchawki. Patrząc przez pryzmat ich impedancji oraz skuteczności, czyli dwóch parametrów, które tak bardzo przecież predysponują je do stosowania ze sprzętem przenośnym – są po prostu ciężkie. Cały numer polega w tym akurat przypadku jednak na tym, że jakoś tak się dzieje, że tego ciężaru po prostu nie czuć. Znam o 200 gram lżejsze słuchawki, gdzie ich ciężar po prostu bardziej doskwierał. Poza tym Sonorousy są po prostu wygodne. No i doskonale wykonane. A ten ich cały „bling” dostajemy już gratis.

Jedyne, co może nie pasować do całości, to plastykowe mocowania, a w zasadzie końcówki przewodów. Jest to co prawda detal, lecz z rzetelności należy o nim wspomnieć. Sonorousy dostajemy w super eleganckim, wyłożonym sztucznym futrem (!) pudełku, ale w zestawie przydałby się jakiś futerał. Całości dopełniają dwa przewody, jeden o długości 1.5M, drugi zaś 3M. Nie są to jakieś wyśrubowane kable, aczkolwiek śmiem podejrzewać, że jeżeli już ktoś się na Sonorusy skusi to albo przy nich pozostanie, albo też zdecyduje się pójść w stronę srebra, bądź też zupełnie niszowych drutów.

Final Sonorus X

Maximum Warp – czyli brzmienie Final Sonorous X

W pewnym sensie Xy brzmią tak, jak wyglądają. Przede wszystkim, jeżeli chodzi o całościową ich barwę, nasycenie. Jest to jednocześnie zupełnie inne granie, aniżeli chociażby seria D. I – co ciekawe – nie brzmią też w żaden sposób, jak słuchawki zamknięte. Może pomijając rozciągnięcie, siłę i definicję basu. Ale po kolei.

Porównując Sonorousy bezpośrednio z jakże przestrzennymi HD800, to faktycznie – te ostatnie mają szerzej rozpostartą i całościowo większą scenę. I tutaj różnica jest całkiem spora. Ale jednocześnie po założeniu Xów na głowę wcale nie ma się wrażenia, że przeszliśmy ze słuchawek otwartych na zamknięte. I jest to pierwsza z przywar tego modelu Finala, jaką można zauważyć niemalże od razu. Taki ich odbiór jest prawdopodobnie związany z jedną z naprawdę unikalnych cech najwyższych Sonorousów. A mianowicie z bardzo specyficznego, a jednocześnie naturalnego naświetlenia detali. Brzmienie tych akurat Finali jest nie tyle napowietrzone, co użyłbym tutaj innego określenia. Po prostu poziom iluminacji jest bardzo wysoki. A przy tym w żaden sposób on nie męczy, jest wpleciony w ich całościowy przekaz, jako jeden z jego elementów składowych. Jednocześnie to naświetlenie jest nierozerwalnie związane z ogólną dynamiką i witalnością Sonorusów. A obie te cechy są na bardzo, ale to bardzo wysokim poziomie. Wiele słuchawek w porównaniu do tego akurat modelu rodem z Japonii zabrzmi po prostu anemicznie, a niektóre wręcz rachitycznie. Trudno tutaj oprzeć się wrażeniu, jeżeli przypomnimy sobie detale odnośnie konstrukcji Xów, że coś tutaj jest na rzeczy. Bo po prostu całościowy poziom naenergetyzowania dźwięku jest naprawdę duży.

Final Sonorus X

Wracając jeszcze raz do porównania z HD800, od razu można też wyczuć więcej mocy, również w sensie masy dźwięku. Ale też i więcej autorytetu. Także, a może zwłaszcza na basie. Jeżeli już jesteśmy przy tym akurat zakresie pasma, to jego prezentacja całkowicie wplata się w ogólną koncepcję brzmienia. Bas jest dynamiczny, silny, mocny, rozciągnięty. Ale jest też kontrolowany, i przede wszystkim – dysponujący chyba najszerszą paletą wybrzmień, jakie kiedykolwiek dane mi było słyszeć ze słuchawek dynamicznych. Jest to też przy tym taki bas, który przywodzi na myśl niskie tony reprodukowane z najwyższej klasy przetworników niskotonowych, jak chociażby słynne w niektórych kręgach JBL1500AL, czy też woofery firmy TAD (Technical Audio Devices). Tutaj po prostu jest ta charakterystyczna barwa, zamaszystość i spektakularna – kiedy trzeba – dynamika tego zakresu. Na naprawdę dobrym torze, zwłaszcza takim, który nie ma limitów w zakresie prezentacji barwy niskich tonów – różnica pomiędzy słuchawkami kilkukrotnie tańszymi a Sonorusami X będzie po prostu kolosalna.

Bas basem, ale przejdźmy teraz na drugi skraj pasma. Góra w pewnym sensie nawiązuje do niskich tonów. Wcale nie jest wycofana i również jest integralnym elementem szerszej, całościowej koncepcji. Jest bardzo dobrze zdefiniowana, zdecydowana, ma bardzo duże nasycenie i potrafi zakłóć, gdy trzeba. Właśnie. Trzeba w tym miejscu wziąć poprawkę na to, że Sonorousy z gorszymi źródłami nie zagrają za dobrze. Niels Frahm „Says” na Xach napędzanych z Myteka Stereo 192 DSD zagrał tylko dobrze. Za to z Brooklyna i MSB już zdecydowanie lepiej.

Final Sonorus X 

Gwóźdź programu  – środek pasma

Zdaje sobie sprawę z tego, że brzmienie tego modelu Finala nie każdemu, mówiąc kolokwialnie, podejdzie. Ale warto tutaj zwrócić uwagę na zachowanie, manierę dźwiękową tych słuchawek na środku pasma. Co ciekawe, środek ten jest bardzo uniwersalny. Pozwolę sobie w tym momencie na pewną refleksje, gdyż bardzo ona pasuje, jeżeli już omawiamy ten jakże ważny zakres pasma. Otóż mam wrażenie, że jest całkiem sporo sprzętu – uogólniając – audofilskiego, który nieźle sobie radzi ze spokojniejszymi, dobrze zrealizowanymi nagraniami. Dla którego nie jest problemem odtworzenie kwartetu smyczkowego, czy kilku instrumentów na krzyż.

Natomiast przy muzyce bardziej popularnej, mniej można by rzec – wyszukanej – gdzie instrumentarium jest gęstsze, często bardziej syntetyczne, pojawia się problem. A przy Metallice, czy chociażby Limp Bizkit jest już albo gorzej. A tam, gdzie trzeba wygenerować lawinę, ścianę czystego dźwięku – może być całkowita klapa. Nie jest to wcale błahy problem i tyczy się często naprawdę drogiego sprzętu.

Tymczasem „Boiler” w wykonaniu zespołu Freda Dursta zabrzmiał na Sonorousach, jak nigdy. Słuchawki te na takich utworach dosypują do dźwięku pewnego unikalnego pierwiastka witalności i nasycenia. I może są czasami na krawędzi, lecz tak naprawdę nigdy jej nie przekraczają. To jest cały czas, od początku do końca, dźwiękowy hi-end. Tyle, że aż cały krok w kierunku nasycenia i pół kroku w kierunku brzmienia bardziej rozrywkowego, aniżeli monitorowego. A przy tym nie tracą ani trochę na szczegółach. I proszę mnie tutaj nie zrozumieć na opak. Nie mamy w przypadku Xów do czynienia z bardziej „uśmiechniętą”, jak to mawiają realizatorzy dźwięku charakterystyką. Tutaj bardziej chodzi o całościowy klimat, jaki te słuchawki generują. Mam też takie wrażenie, że niespecjalnie przy tym mają one w poważaniu pewne audiofilskie standardy, niejako bardzo umiejętnie je przy tym obchodząc. Jednocześnie właśnie w bardziej wyszukanej, czy jak kto woli, wysublimowanej muzyce doskonale się bronią, dzięki swojej bezpośredniości. Sonorusy po prostu sadzają słuchacza bliżej muzyki, bliżej wykonawcy. A czy temu słuchaczowi będzie to bardziej odpowiadać, czy nie – to już nie mi oceniać.

Final Sonorus X

 

Na koniec: Final Sonorous X w kontekście D8000 i nie tylko

Powiedzieć, że Xy oraz słuchawki z serii D to dwa odmienne światy, to w zasadzie nie powiedzieć nic. Oczywiście, zarówno D8000, jak i najwyższe Sonorousy operują nasyconą, plastyczną barwą. Jednakże różnicy upatrywałbym jednak w innym miejscu. A mianowicie w sposobie operowania gradacjami dynamiki oraz w – i to chyba będzie najlepsze określenie – całościowym naświetleniu dźwięku. Jestem też w stanie uwierzyć w to, że całościowo D8000, zwłaszcza w swojej pierwszej (czyli nie „Pro”) wersji będą dla wielu słuchawkami bardziej uniwersalnymi. Z kolei słuchawki z przetwornikami bazującymi na nowych odmianach bio-celulozy (Fostex TH-900, TH-909) będą miały zupełnie inną, mniej agresywną i jednocześnie miej wyrazistą od Sonorusów prezentację. A przy tym mogą być też „nieco” mniej angażujące, bardziej jednak grające po spokojnej stronie mocy.

Może poniższym sformułowaniem wbiję nieco kij w mrowisko, ale niech mnie – raz się żyje. Final Sonorous X to taka trochę jazda bez trzymanki, dla wszystkich tych, którzy są znudzeni kolejnymi audiofilskimi słuchawkami i oczekują po prostu czegoś innego. Nie są to najbardziej subtelne słuchawki, jakie znam, czasami lubią pójść po bandzie, ostro ścinając zakręt. A jednocześnie dają po prostu niesamowitą ilość radości ze słuchania muzyki. Jest jednak jedno „ale”. Pomimo tego, że potrafią zagrać z dobrego przenośnego grajka są jednak dużo bardziej czułe na całościową klasę toru, do jakiego są podłączone. Jest oczywiście tego także i druga strona. Otóż doskonale się z tym torem skalują.

Drugie „ale” jest już większego kalibru. Otóż właśnie w trakcie pisania recenzji dostałem informację, że Final właśnie kończy ich produkcję. Dlatego radziłbym się mocno zastanowić, czy aby nie wplatają się komuś w jego oczekiwania. Bo jeżeli tak – wypadałoby, chociaż ich posłuchać. Z pewnością będzie to cenne doświadczenie.

 

Cena: 19999 PLN
Dystrybutor:
Fonnex https://www.fonnex.pl/
Strona produktowa: https://www.fonnex.pl/sonorous-x      https://snext-final.com/en/products/detail/SONOROUSX.html

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*