Te ostatnie są dobrej jakości (jak na tę klasę sprzętu), połączenia przy użyciu widełek mogą jedynie wymagać pewnej uwagi przy ułożeniu przewodów. Całościowo można powiedzieć, że tak naprawdę to – patrząc poprzez pryzmat tylnej ścianki – mamy tutaj wszystko, czego można by od tej klasy urządzenia oczekiwać. Pilot jest „systemowy”, czyli umożliwia także sterowanie innymi urządzeniami marki. I jeszcze, bardziej jako kolejna ciekawostka – opisy gniazd są podwójne, czyli można je oczytać zarówno stojąc za tylną ścianką wzmacniacza, jak i pochylając się nad nim od przodu i zaglądać do tyłu.
Sam zaś wzmacniacz to konstrukcja w środku, można by powiedzieć – klasyczna. Aczkolwiek z pewnymi cechami, do których Cambridge Audio zdążył nas już przyzwyczaić. Przede wszystkim po środku wzmacniacza znajduje się transformator toroidalny, po bokach którego umieszczono końcówki mocy. Pracują one w klasie AB a ich radiatory skierowane są nietypowo – bo ożebrowaniem w stronę transformatora, przez co działają jako dodatkowe jego ekranowanie. Cambridge Audio stosuje to rozwiązanie z powodzeniem od lat. Jedna para tranzystorów mocy na kanał oferuje nam tutaj po 80W przy obciążeniu 8 omów, zwiększając moc do 120W na czterech omach.
Pozwolę sobie tutaj na pewien mały komentarz odnośnie samej konstrukcji wzmacniacza, a konkretnie zastosowania klasycznej można by rzec topologii, czyli pary tranzystorów na kanał pracujących w klasie AB. Otóż jest to jedno z tych rozwiązań, które w sumie ciężko w jakiś sposób jest „sprzedać” marketingowo, jednakże jest to też układ, który – jeżeli jest dobrze zaaplikowany – potrafi zagrać zaskakująco wręcz dobrze. Wynika to z wielu aspektów technicznych, jak chociażby tego, że w przypadku zastosowania więcej, niż jednej pary tranzystorów mocy – pojawiają się problemy przykładowo z ich parowaniem względem siebie. Wielu konstruktorów uważa też, że jeżeli nie potrzebujemy jakichś ogromnych rezerw prądowych do napędzenia dużych głośników planarnych takich, jak elektrostaty, czy magnetostaty – to właśnie jedna para tranzystorów końcowych na kanał będzie rozwiązaniem najlepszym. Tutaj dodatkowo zastosowano oddzielne radiatory dla każdego kanału, końcówki mocy są zatem dobrze odizolowane, bo również fizycznie, od siebie.
Jest jeszcze jedna rzecz, na którą pozwolę sobie zwrócić uwagę w kwestii samej konstrukcji i związanych z nią decyzji producenta. Otóż na przedniej ściance znajdziemy gniazdo słuchawkowe, które obsługuje wtyk 3.5 mm (mini-jack), a nie 6.35 mm, jak to można spotkać w przypadku wielu wzmacniaczy zintegrowanych. Jednakże w sumie nie ma co się dziwić – to wzmacniacz przede wszystkim do kolumn i jest na tyle bogato wyposażony, że raczej nie widziałbym w tym żadnej wady, a po prostu cechę szczególną. Cambridge Audio nie udaje tutaj przynajmniej, że jego integra ma współpracować ze słuchawkami pokroju HEDDów, czy Utopii. Na dodatek większość słuchawek sprzedawanych dzisiaj i tak ma wtyk 3.5 mm, bo to właśnie to gniazdo (razem ze zbalansowanym 4.4 mm) króluje i w przenośnych odtwarzaczach i DACach typu „dongle”. Trudno też się oprzeć wrażeniu, że producent tutaj doskonale wiedział, co może być słuchaczowi realnie potrzebne w takim codziennym użytkowaniu. I o to po prostu zadbał.
Cambridge Audio CXA81 MkII – brzmienie
Zacznijmy od tego, że nie jest to wzmacniacz, który – na szczęście, co pozwolę sobie oczywiście rozwinąć – stara się być neutralny i poprawny za wszelką cenę. Jednocześnie nie oznacza to też wcale, że mamy tutaj do czynienia z jakimiś znaczącymi nadinterpretacjami, czy też poważnymi odstępstwami od neutralności. Bo w tym przypadku bardziej chodzi po prostu o to, że Cambridge Audio CXA81 w wersji MkII stara się po prostu jak najlepiej grać muzykę, prezentować ją jako frapującą całość, jako spektakl, w który chce wciągnąć i zainteresować nim słuchacza.

