Jasne, sama aplikacja pod Windowsa wymaga pewnej wiedzy, żeby wszystko w niej poprawnie skonfigurować (kwestia np. dodawania zasobów dyskowych), ale ona po prostu działa. I nawet trudno jest tutaj porównywać ją z odpowiednimi aplikacjami pod desktopowe systemy operacyjne innych, z jednego, prostego prostego powodu. Otóż zazwyczaj znaczna część producentów nie dość, że poprzestaje na aplikacjach dla dwóch systemów mobilnych (czyli Androida iOSa), z których odpowiednim dopracowaniem też nierzadko ma problem. A gdzie tu dopiero mowa o jakichś aplikacjach pod Windowsa czy macOSa.
Podsumowując działanie i funkcjonalność – to mogę śmiało i z pełnym spokojem, z pełnym przekonaniem powiedzieć, że obie te kwestie są w Bluesound Powernode Edge – niemalże wzorcowe. No i w ten oto sposób dochodzimy do ostatniej kwestii, gdzie to niewielkie kanadyjskie urządzenie mogłoby się, mówiąc kolokwialnie „wyłożyć”. Mowa oczywiście o brzmieniu. Na opis którego już zresztą najwyższa pora.
Bluesound Powernode Edge – brzmienie
Zacznę od pewnej uwagi, czy też ciekawostki, która jednakże sporo już na początku powie o tym, jak Powernode Edge gra. Otóż jest tak, że w przypadku urządzeń tańszych, czy też mówiąc bardziej ogólnie – budżetowych – można stosunkowo szybko „wyłapać” ich charakter brzmienia. Inaczej rzecz ujmując, pewne zestawy cech szczególnych są zauważalne od razu, słychać po prostu, że dane urządzenie ma takie i takie silne i słabe strony. Słuchając natomiast pierwszych utworów z Powernode’a Edge’a miałem nie tyle problem z określeniem tego, jak on gra, co bardziej z jego umiejscowieniem w pewnej kategorii urządzeń. W tym momencie właśnie należy się odnieść do jednej kwestii technicznej, a konkretnie do tego, że Powernode Edge to – jakj już wspomniałem – bardziej urządzenie typu Power DAC. I już z samego tego powodu nie będzie on swoim brzmieniem przypomniał tych wszystkich budżetowych urządzeń, które co prawda mają wzmacniacz w klasie D, ale przed nim zazwyczaj znajduje się układ DAC dokonujący konwersji sygnału do postaci analogowej, zanim zostanie on skierowany do samego wzmacniacza. Innymi słowy, nie ma tutaj konwersji sygnału cyfrowego na analogowy, który to potem byłby dodatkowo konwertowany na sygnał PWM, na jakim „pracuje” de facto klasa D.
No i właśnie w Powernode Edge słychać pewnego rodzaju wewnętrzną poprawność brzmienia. I też pewnego rodzaju, dość w sumie w tej cenie unikalną bezpośredniość. Chodzi mi tutaj także o to, że Edge ani nie udaje – jak większość pierwszych konstrukcji z końcówkami w klasie D – wzmacniacza lampowego w topologii push-pull, ani też nie gra achromatycznie, jak z kolei wiele pierwszych generacji modułów pewnej znanej firmy oferującej gotowe wzmacniacze w technologii impulsowej. Nie jest to po prostu bezbarwne, bezduszne brzmienie, którego szczerze powiedziawszy się trochę obawiałem. Natomiast faktycznie – tonacja barwowa jest nawet nie tyle wysuszona, czy ochłodzona, co bardziej idzie w stronę pewnego rodzaju wstrzemięźliwości i nie rozkładania wszystkich kart od razu na stole. Można by po prostu powiedzieć, że brzmienie jest minimalnie po chłodnej stronie, ale to nie to, bo już samo różnicowanie jest naprawdę dobre. A jednocześnie brak jakichś wyostrzeń na przełomie środka i góry – jest na poziomie znacznie wyższym, aniżeli cena Bluesounda mogłaby nam sugerować.
Przyznam, że aby łatwiej mi było przejrzeć to zintegrowane urządzenie Bluesounda mówiąć kolokwialnie na wylot – dość szybko sięgnąłem po dobrze znane mi utwory. A już zwłaszcza, w pierwszej kolejności po te, co do których wiem, że są w stanie „położyć” naprawdę dużo droższe i często renomowane, że tak to ujmę, urządzenia. I tak idąc po kolei: cała płyta „Diva” Annie Lennox zabrzmiała na Nodzie nadspodziewanie dobrze. Na „Precious” była – w skali absolutnej – wyczuwalna pewna powściągliwość w barwie, ale też przy tym Powernode Edge miał ten utwór aż zaskakująco dobrze pod kontrolą. Z kolei już „Legend In My Living Room” zabrzmiał naprawdę dobrze. Bo Bluesound w przypadku „ściany dźwięku” nie idzie – jak wiele tańszych urządzeń – w ostrość, tylko gradualnie obniża rozdzielczość. A z kolei w przypadku, gdzie wydarzenia dzieją się bardziej punktowo – dobrze je na scenie separuje i rozkłada. I powiedziałbym, że ani nie powiększa, ani też nie pomniejsza źródeł, stara się być w tym aspekcie pokazać to, co zostało nagrane.

