Podam może taki przykład – w recenzowanym kiedyś Myteku Brooklyn Bridge do wyboru mamy dwa warianty kontroli głośności: analogowy, zrealizowany za pomocą układu scalonego oraz cyfrowy. Ten ostatni jest zrealizowany w układzie ESS. I teraz tak: przestawienie trybu regulacji na analogowy, czyli włączenie wspomnianego scalaka w tor od razu zmieniało – nieznacznie, lecz jednak – brzmienie. Bo jak już wspomniałem: jest to jeden element więcej w torze. Z kolei przestawienie regulacji na cyfrową dawało brzmienie bardziej bezpośrednie. Jednocześnie z kolei, jeżeli Brooklyn Bridge był podłączony do końcówki o dużym wzmocnieniu i regulacja najczęściej odbywała się w zakresie poniżej -40 dB, to wtedy lepiej brzmiała regulacja analogowa. Z kolei przy wyższych poziomach, od około -20dB w górę zdecydowanie lepszą opcją było sterowanie w domenie cyfrowej. Wspominam o tym nie dlatego, żeby w jakiś sposób bronić wyboru konstruktorów Audiolaba. A bardziej żeby pokazać temat ze znacznie szerszej perspektywy. Wszystko zresztą i tak okaże się w przysłowiowym praniu – dlatego przejdźmy już do opisu tego, co Audiolab 9000N sobą reprezentuje dźwiękowo.
Audiolab 9000N – brzmienie
Zacznijmy od tego, że Audiolab nie gra dźwiękiem, który wpisywałby się w jakikolwiek sposób w koncepcję grania w tle, czy też w brzmienie, które byłoby ugrzecznione, spowolnione, czy też nadmiernie uspokojone. Nie znaczy to przy tym, że 9000N gra, mówiąc kolokwialnie „na twarz”. Nie gra też – co może co poniektórych też zdziwić i co rozwinę już za chwilę – ostro. Bo źródło Audiolaba po prostu od razu angażuje słuchacza swoim brzmieniem. Jest to też taki rodzaj prezentacji, który praktycznie od razu zwróci na siebie uwagę i wciągnie słuchacza w muzyczny spektakl. A przy tym zwraca tę uwagę nie poprzez różnego rodzaju kombinacje w brzmieniu, a a bardziej przez bardzo charakterystyczną, możm by powiedzieć – naturalną – bezpośredniość. Bo tutaj ta ostatnia wynika nie z nadmiernego przerysowania krawędzi, a bardziej z braku przysłowiowego koca na odtwarzanym przez 9000N dźwięku.
To jest też taki rodzaj otwartości w brzmieniu, który z jednej strony już na początku zwróci na siebie uwagę, z drugiej zaś sprawdzi się na dłuższą metę. Bo jest też tak, że Audiolab 9000N oferuje całkiem sporą – i to w skali absolutnej – rozdzielczość. Oraz duże różnicowanie nagrań.
Co ciekawe, 9000N nie brzmi przy tym w sposób nadmiernie analityczny. Bo określiłbym to brzmienie, jako świeże, ale również neutralne. I to także w jakże istotnym kontekście zachowania balansu pomiędzy krawędziami dźwięków a ich wypełnieniem. Tutaj mamy i rozdzielczość, i różnicowanie. Oraz wypełnienie wszystkiego barwą, substancją. Takie sformułowanie może się niektórym wydać dość zaskakujące, ale tak właśnie brzmi dobrze zaimplementowany układ ES9038PRO. Czyli w sposób doskonale równoważący cechy takie, jak rozdzielczość, barwa i ogólnie pojęta otwartość brzmienia. Ktoś mógłby powiedzieć, że mamy tutaj prezentację z gatunku „kawa na ławę”, jednakże to wszystko odbywa się w bardzo dobrym guście. Cała ta koncepcja połączenia kilku obiektywnych czynników brzmienia w jedną całość sprawdza się w przypadku Audiolaba w praktyce.
Dlatego też na „Big Love” z płyty Fleetwood Mac „Tango In the Night” 9000N świetnie oddał nie tylko scenę, ale też i całościowy klimat, atmosferę tego nagrania. Bo brytyjskie źródło dobrze pokazuje pewne detale realizacji, bez konieczności ich nadmiernego uwypuklania. Z kolei tytułowy utwór z albumu amerykańskiej kapeli Audiolab zaprezentował bardzo, nawet nie tyle, że dynamicznie – co z dużą dawką energii, emocji. I ze świetnie oddaną całą masą drobnych dźwięków i wybrzmień, jednocześnie świetnie rysując nie tylko krawędzie, ale też całkościowo brzmienia głównych instrumentów.
Po przesłuchaniu płyty Fleetwood Mac z ciekawości sięgnąłem po także znany i także amerykańskiej kapeli album. A żeby było zabawniej – po chyba jeden z najbardziej ogranych utworów z tego albumu. A chodzi oczywiście o „Money For Nothing” Dire Straits. I powiem tak: jakkolwiek by ten „numer” znany i osłuchany nie był, to dystrybutor powinien mieć go na playliście wykorzystywanej do prezentacji tego akurat modelu. Bo przy takiej muzyce, gdzie trzeba przekazać rytm, energię, pokazać wyraźnie krawędzie dźwięków zachowując przy tym wypełnienie – to Audiolab 9000N w odpowiedniej konfiguracji po prostu porwie słuchacza. Przy czym nie chodzi tutaj – w przypadku wspomnianego powyżej utworu – o samo brzmienie gitar czy bębnów. Czy nawet każdego z instrumentów z osobna. A bardziej o to, że na tym utworze 9000N pokazał prezentację pozbawioną ograniczeń, z dużą sceną. I przede wszystkim bez niepotrzebnego zmiękczenia, ale i bez pójścia w stronę przerysowania. I, co chciałbym także podkreślić, z dużą rozdzielczością oraz uporządkowaniem wszystkich wydarzeń na scenie. Co niemniej istotne – ten porządek na scenie wynikał bardziej z tego, że Audiolab się po prostu nie gubił, aniżeli z tego, że coś nadmiernie przy tym uspokajał.
Bardzo angażująco zabrzmiał Dy’er Mak’er Zeppelinów, na tym utworze zwracały na siebie uwagę rytm oraz znakomita płynność prezentacji. Była też spora dawka energii. Jednocześnie 9000N pokazał też jak na dłoni zupełnie inną realizację aniżeli w przypadku znanego albumu Dire Straits. Przy czym pokazał to właśnie w taki naturalny sposób. W tym sensie, że na 9000N różnie zrealizowane płyty i utwory – właśnie zabrzmią w różny sposób.

