Astell&Kern PEE51 – recenzja

Astell&Kern PEE51

Astell&Kern PEE51 to przetwornik cyfrowo-analogowy ze wzmacniaczem słuchawkowym w formie niewielkiego urządzenia zintegrowanego z kablem USB. Jest to jednocześnie pierwszy produkt tego typu znanej koreańskiej marki, która nie raz już gościła już na łamach hifizone.pl – ostatnio chociażby przy recenzji takich odtwarzaczy, jak SA700, czy SR25. Proszę przy tym zwrócić uwagę na to, że te dwie recenzje, do których nawiązałem, są recenzjami właśnie odtwarzaczy przenośnych, a tymczasem Astell&Kern PEE51 to urządzenie, które dla tego producenta jest wejściem w nowe segmenty rynku. Dlatego też postrzegałbym najnowszy miniaturowy przetwornik z Korei, jako produkt niezwykle ciekawy i istotny zarazem.

Bo jest też – zwłaszcza, jak na tę, jakby nie było, dość prestiżową markę – całkiem rozsądnie wyceniony. W chwili obecnej PEE51 kosztuje u dystrybutora równe 599 PLN. Weźmy jeszcze pod uwagę, że – przynajmniej na papierze – specyfikacja najnowszego i najmniejszego zarazem Astella przestawia się naprawdę dobrze. Na tylnej stronie niewielkiego, ale i schludnego pudełka możemy przeczytać, że urządzenie posiada dwa układy przetwornika cyfrowo-analogowego (czyli mamy tutaj konfigurację dual-mono), wspiera PCM aż do DXD (32bity/384Khz) oraz DSD aż do DSD512. Jeżeli weźmiemy te parametry pod uwagę, a dodatkowo spojrzymy na to także przez pryzmat marki, oraz ceny – to trudno nie dojść do wniosku, że warto przyjrzeć się najnowszemu produktowi tego znanego producenta bliżej. Bo albo jest tutaj gdzieś haczyk, albo też mamy do czynienia z naprawdę ciekawą propozycją.

Astell&Kern PEE51

 

Specyfikacja oraz pewne – istotne – detale

Zacznijmy od tego, że – jak już zaznaczyłem – Astell&Kern oparty jest na dwóch przetwornikach Cirrus Logic 43198. Są to układy typu delta-sigma cieszące się reputacją posiadających dość przejrzyste i neutralne brzmienie. A jednocześnie to pewnego rodzaju powiew świeżości w sytuacji, kiedy zdecydowana większość innych marek opiera się zazwyczaj albo na układach firmy ESS Technology, albo na trudno dostępnych teraz (ze względu na pożar w fabryce firmy AKM, do jakiego już jakiś czas temu doszło w Nobeoka City) układach firmy Asahi Kasei Microsystems.

Jeszcze inną kwestia jest to, że o ile oczywiście zastosowanie podwójnej sekcji konwersji ma swoje oczywiste plusy (patrząc od strony brzmieniowej są to zazwyczaj lepsza separacja, lepsza scena i ogólnie większy porządek i czytelność brzmienia) to – w tym konkretnym przypadku – ma też pewien, może nie minus, lecz cechę, o której warto napisać już teraz. Otóż najnowszy Astell&Kern współpracuje z urządzeniami opartymi o system Android, Windows, czy macOS. Ze względu jednak na to, iż dwa układy DAC wymagają więcej prądu z portu USB – PEE51 nie będzie działał z urządzeniami opartymi o system iOS. Co więcej, na opakowaniu pisze dość wyraźnie:

„Due to hardware, software and/or system requirements for some Android devices, compatibility issues may occur”.

To tyle ze „złych wiadomości”. Teraz pora na te dobre. Patrząc stricte od strony technicznej, to brak kompatybilności z systemem iOS to tak naprawdę jedyny aspekt, do jakiego można się tutaj przyczepić. A w zasadzie nawet nie tyle przyczepić, bo bardziej z racji rzetelności – po prostu o nim wspomnieć. Odwracając nieco tego kota ogonem, to zaryzykuje stwierdzenie, że Koreańczykom należą się tutaj brawa za to, że odważyli się na takie zagranie.

Astell&Kern PEE51

Co więcej, oprócz wykonania – co oczywiste – na wysokim poziomie, to mamy tutaj także pewne drobne detale i smaczki, których swoją drogą można by się było spodziewać. Chodzi chociażby o w pełni metalowa obudowę oraz wysokiej klasy zintegrowany przewód. Przy czym ten ostatni posiada posrebrzane żyły z dodatkowym ekranem, co biorąc pod uwagę cenę urządzenia – jest cechą interesującą samą w sobie. Podobnie, obsługa gęstych formatów, o której wspomniano już na wstępie niniejszej recenzji – zasługuje na pochwałę, zwłaszcza, że ta obsługa faktycznie tutaj działa. Bo Astell&Kern PEE51 bez zająknięcia odtwarza zarówno format DXD, jak i DSD512. Jeżeli ktoś używa upsamplingu po stronie źródła, to najnowszy Astell zyskuje tutaj jeszcze bardziej.

O wykonaniu nie ma co tutaj wspominać, bo gdyby PEE51 kosztował dwa razy więcej – to dalej trzeba by było napisać, że jest bez zarzutu.

Jedyną kwestią użytkową, o jakiej warto wspomnieć jest to, że ten mały przetwornik ze wzmacniaczem słuchawkowym nie posiada regulacji głośności. A inaczej rzecz ujmując – głośność regulujemy tutaj po stronie źródła. To jest zresztą kolejna rzecz, jaką producent dość wyraźnie zaznacza na tylnej stronie pudełka.

Astell&Kern PEE51

Ogólnie rzecz ujmując – szeroka obsługa różnych formatów, niewielkie wymiary, świetne wykonanie. No i brak kompatybilności z iOS a do tego zaskakująco wręcz niska, jak na koreańską markę cena. Czyli kombinacja można by powiedzieć, że zaskakująca, dlatego też przejdźmy do brzmienia, bo to ono z pewnością będzie dla wielu czynnikiem nawet nie tyle ważnym, co wręcz decydującym.

Astell&Kern PEE51 – brzmienie

Nie ulega wątpliwości, że brzmienie najmniejszego źródła marki Astell&Kern utrzymane jest w pewnej firmowej tradycji.

Przede wszystkim neutralność i separacja jest tutaj na dość wysokim – zwłaszcza patrząc przez pryzmat ceny PEE51 – poziomie. Mały Astell zaskakująco wręcz dobrze przekazuje wszystkie wybrzmienia, zwłaszcza w ich wygasającej części. Są one długie i czytelne. Mówiąć bardziej obrazowo, jeżeli chodzi o te wszystkie cichsze dźwięki, detale i wybrzmienia – to z tyłu sceny nic się nie zlewa, także przy większej ilości dźwięków. Za to z pewnością należy się plus.

Głos Beyonce w utworze „Haunted” został przekazany dość świeżo, z odpowiednim nasyceniem barwy (pamiętajmy o cenie małego Astella) oraz artykulacji, z niewielkim naciskiem na to ostatnie. Widziałbym w tym pewnego rodzaju ciekawą odmianę od dość mocno – bądźmy szczerzy – uśredniających źródeł i odtwarzaczy budżetowych.

Na szerokim spektrum muzyki, od wspomnianej Beyonce aż do „Says” Nilsa Frahma słychać, że brzmienie PEE51 charakteryzuje pewnego rodzaju świeżość i można powiedzieć, że pewnego rodzaju ekspansywność przestrzenna. Postrzegałbym to, jako – w tym konkretnym przypadku – bezpośredni efekt zastosowania dwóch osobnych przetworników.

Astell&Kern PEE51

Co ciekawe, bas w najmniejszym Astellu wcale już taki mały nie jest. Można odnieść wrażenie, że ten zakres pasma jakby chciał pokazać, że można zaprezentować „duży” bas z urządzenia o małych rozmiarach. Bas w PEE51 jest zawsze na swoim miejscu, przede wszystkim dlatego, że jest minimalnie wypchnięty do przodu. Nie słychać tego tak od razu, bo Astell też zręcznie łączy to w całościową prezentację, jednak w porównaniu do dużo droższych źródeł o bardziej monitorowej, czy jakby to ująć – referencyjnej – charakterystyce – jest to słyszalne od razu.

Na „Precious” Annie Lennox (z doskonałej i wcale nie takiej łatwej dla sprzętu pierwszej płyty solowej wokalistki Eurythmics) słychać z kolei, że o ile Astell zachowuje separację oraz rozłożystość brzmienia, to w zakresie barwy nie jest to dokładnie to samo, co najdroższe, hi-endowe odtwarzacze Astella. Bo o ile, zwłaszcza patrząc przez pryzmat ceny, spora dawka neutralności została tutaj zachowana, to jest też tak że płacąc więcej otrzymujemy większą gładkość i lepszą kontrolę.

Przy czym proszę mnie źle nie zrozumieć, bo odnoszę się tutaj zdecydowanie do skali bardziej absolutnej, chcąc pokazać, gdzie brzmieniowo znajduje się nowy produkt Astella. Bo jeżeli spojrzymy właśnie na tą bardziej absolutną skalę jednocześnie biorąc pod uwagę cenę – to mały Astell radzi sobie wręcz fenomenalnie.

Na ścieżce dźwiękowej z filmu Great Expectations, a konkretnie na utworze „Walk This Earth Alone” najmniejszy Astell naprawdę dobrze poradził sobie z oddaniem nie tylko z oddaniem emocjonalnego składnika nagrania, ale także z oddaniem drobnych detali, szczegółów oraz całego muzycznego planktonu. Przy czym słychać było, że Astell gra rozłożyście, dość ekspansywnie i entuzjastycznie zarazem.

Astell&Kern PEE51

Co ciekawe, mam taką obserwację tutaj, że – parząc przez pryzmat soniczny – zastosowanie dwóch przetworników nie zawsze przekłada się na inny rozkład sceny, co bardziej na większą separację i całościową czytelność brzmienia. Bo porównując PEE51 do redakcyjnego FiiO M11 to ten ostatni (też z dwoma przetwornikami) miał brzmienie nieco bardziej skupione na środku.

Z kolei podłączając do PEE51 tak ciekawe słuchawki, jak Campfire Audio Andromeda, czy Final Sonorous VI i puszczając chociażby Daft Punk „Doin’ It Right” potwierdza się to, że bas na PEE51 idzie bardziej w stronę entuzjamu, ale też jest tak, że dzięki temu dobrze uzupełnia on resztę pasma.

Na koniec opisu samego brzmienia, warto wspomnieć o jeszcze jednej, dość ważnej rzeczy. Otóż brzmienie to dobrze skaluje się z gęstymi formatami, bo własnie ten świeży charakter dobrze robi nagraniom w formacah hi-rez. Jest to jedno z tych budżetowych – jakby nie patrzeć – źródeł, które jednak już dysponuje godnym uznania poziomem transparentności.

Astell&Kern PEE51 – dla kogo?

Zacznijmy może od tego, że – jak już pisałem na wstępie – najnowsze i najmniejsze jednocześnie źródło z Korei nie współpracuje z urządzeniami przenośnymi opartymi o system iOS. I w tym upatrywałbym jego tak naprawdę jedną, jedyną wadę. PEE51 kosztuje w tym momencie u dystrybutora, czyli firmy MIP 649 PLN. A jednocześnie, jeżeli spojrzymy na niego chociażby z perspektywy takich odtwarzaczy, jak recenzowany jakiś czas temu SR25 – oferuje on sporą część ich brzmienia za ułamek ich ceny. Tutaj wyraźnie czuć, że projektując swój pierwszy tego typu produkt, Astell naprawdę się przyłożył. Dla wszystkich tych, którzy posiadają urządzenia z systemem Android, bądź też szukają niewielkiego i uniwersalnego źródła słuchawkowego do (przenośnego) komputera Koreańczycy mają naprawdę bardzo dobrą propozycję.

Cena: 649 PLN
Dystrybutor:
MIP http://www.mip.bz

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*