Astell&Kern SA700 – recenzja

Astell&Kern SA700

Astell&Kern SA700 to – patrząc chociażby przez pryzmat ceny – odtwarzacz ze środka oferty koreańskiego producenta. Przy czym jest to też taki produkt, którym ta znana marka wyraźnie nawiązuje do tradycji. Zwróćmy uwagę, iż motto, jakie sprzyjało konstrukcji tego odtwarzacza to „Past meets present” (czyli „przeszłość spotyka teraźniejszość”). W tym konkretnym przypadku oznacza to między innymi, że mamy tutaj nowoczesną elektronikę zamkniętą w nieco mniejszej, niż zazwyczaj obudowie. Pomijając już samo wzornictwo – to chodzi tutaj także o rozmiary, bo nimi ten właśnie odtwarzacz nawiązuje do znanego i lubianego swego czasu modelu AK120, który z pewnością można dzisiaj zaliczyć do swego rodzaju klasyków gatunku.

To właśnie ze względu chociażby na połączenie formy i brzmienia SA700 – po recenzowanym niedawno SE200 – może okazać się urządzeniem ciekawym. Otóż faktem jest, iż rynek przyzwyczaił nas do dość sporych i nierzadko wcale też nie lekkich odtwarzaczy. Czyli pudełek o gabarytach większych, aniżeli przeciętny telefon. I nierzadko też o sporej wadze. Oczywiście trudno tutaj mieć pretensje chociażby do rozmiarów i masy takiego przykładowo odtwarzacza, jak KANN, gdzie jego fizyczność wynika z zastosowania „domowych” (i przez to jednak lepiej brzmiących) układów ESS Sabre. Jednakże z drugiej strony to można ulec wrażeniu, iż z jednej strony mamy do czynienia z dużymi, niejako hi-endowymi odtwarzaczami (właśnie KANN, SP1000, SP2000 – patrząc tylko na ofertę Astella), oraz z mniejszymi odtwarzaczami, gdzie miniaturyzacja może pociągnąć za sobą jednak dość spore kompromisy na polu brzmieniowym.

Tutaj taki swoisty – patrząc przez pryzmat wymiarów – „powrót do przeszłości” może okazać się poniekąd złotym środkiem dla wielu. Przede wszystkim dla tych, którzy oczekują mniejszych wymiarów, ale nie chcą rezygnować ani z wyglądu, ani tym bardziej z brzminia. Oczywistym staje się zatem pytania, czy elektronika w, mówiąc kolokwialnie, średnim modelu Astella będzie jakościowo podążać za wzornictem? Warto to sprawdzić, dlatego przyjrzyjmy się koreańskiej propozycji bardziej wnikliwie.

Wymiary i kilka słów o kwestiach technicznyh

Astell&Kern z wymiarami 59.1 x 115.9 mm (szerokość i wysokość) i grubością 16.5 mm mieści się gdzieś rozmiarowo raczej po środku ogółu dostępnych na rynku odtwarzaczy. Natomiast zaznaczyć trzeba, że dzięki takim a nie innym proporcjom – po prostu dobrze leży on w ręce. Inną zaś kwestią będzie z pewnością jego waga, wynosząca tutaj 303 gram. Z jednej strony właśnie dzięki temu „średni” Astell sprawia wrażenie bardzo solidnego, z drugiej zaś strony jest też tak, że sporo odtwarzaczy będzie od niego po prostu lżejszych. Z plusów zaś – producent oferuje do SA700 bardzo dokładnie wykonany pokrowiec, który wzorniczo nawiązuje do stylistyki koreańskich produktów.

Astell&Kern SA700

Przy takich, a nie innych rozmiarach zastosowany w tym odtwarzaczu ekran ma przekątną 4.1 cala i rozdzielczość 720 x 1280 pikseli. Jego jakość jest całkowicie wystarczająca a rozdzielczość w tym przypadku dobrana optymalnie.

Z rzeczy konstrukcyjnych – mamy spotkane wcześniej przy recenzji SE200 pokrętło z otaczającą je od podstawy diodą LED. Dioda ta pełni także – analogicznie jak w innych nowych odtwarzaczach Astella – dodatkowe funkcje, jak chociażby informowanie o poziomie głośności, oraz formacie danych audio. Rozwiązanie to wcale nie jest takie głupie, i podobny sposób informowania słuchacza o typie materiału, jakiego się akurat słucha stosuje chociażby brytyjska firma Chord. Chociaż w tym ostatnim przypadku jest to niewątpliwie ciekawy element dość specyficznego wzornictwa, no i temat na jeszcze inną historię.

Wracając z kolei do konstrukcji już bardziej elektrycznej to w SA700 mamy przede wszystkim dwa przetworniki AKM4492EBC, czyli po jednym na kanał. Pozwolę sobie taką konfigurację odnieść do recenzowanego wcześniej Astella SE200. W tym ostatnim (i droższym – pragnę zaznaczyć) odtwarzaczu mieliśmy dwa osobne tory audio, a przy tym trzy kości przetwarzające sygnał z cyfrowego na analogowy. Jedną, pracującą w trybie stereo – firmy AKM. Oraz dwie – działające w trybie mono – firmy ESS. Implikowało to przy tym dwie różne sygnatury brzmienia niejako wpasowane w jedną obudowę. Tutaj natomiast mamy pójście drogą poniekąd znaną i sprawdzoną. Czyli Astell postawił nie dość, że na kości AKM, to jeszcze w uznanej i zazwyczaj dobrze spisującej się brzmieniowo (chociażby z droższych SP1000 i SP2000) konfiguracji dual-mono.

Astell&Kern SA700

Piszę o tym nie bez powodu. Bo nie powinno chyba nikogo dziwić to, że takie a nie inne decyzje konstrukcyjne mają swoje przełożenie na brzmienie. Oczywiście nie jest tak zawsze, lecz spokojnie można założyć, że będzie to – statystycznie rzecz ujmując – prawdą w odniesieniu do zdecydowanej większości przypadków. A już zwłaszcza Astell wyjątkiem tutaj być nie powinien. Do czego zmierzam? Otóż do tego, że może być tak, iż SA700 powinien zainteresować wszystkich tych, którzy szukają brzmienia niejako sprawdzonego, tyle, że po prostu w lepszej, a może nawet dużo lepszej – odsłonie.

Wracając jeszcze na chwilę do kwestii formalnych – to SA700 oparty jest na czterordzeniowym procesorze, wspiera wszystkie popularne gęste formaty. Dekoduje też MQA, nie tylko z platform strumieniujących, ale i także z plików. Jest aptX HD, są też dwa wyjścia słuchawkowe – standardowe 3.5mm niezbalansowane oraz 2.5 mm zbalansowane. Oprogramowanie możemy zaktualizować po sieci, wszystko działa bez żadnych niespodzianek. Ot, kolejny dopracowany odtwarzacz – do czego ten producent zdążył już nas chyba przyzwyczaić.

Astell&Kern SA700 – brzmienie

Już na ścieżce dźwiękowej z filmu Rush (Hans Zimmer) wyraźnie słychać różnice pomiędzy udanym modelem F11 od FiiO a nowym odtwarzaczem Astella. Chciałoby się rzec, iż w takim porównaniu dość wyraźnie wychodzi to, jaką koncepcję na brzmienie SA700 ma firma Astell&Kern. Co ciekawe, na utworze „Into The Red” – a zwłaszcza na początku – dało się wyczuć inne rozłożenie akcentów. SA700 gra w pewnym sensie dźwiękiem bardziej prawdziwym, M11 z kolei, jakby ktoś – uwaga – wrzucił lampę w tor.  A przy tym na utworze „Budgie”, gdzie są silne basowe impulsy, to ten zakres brzmi na SA700 także z inną manierą, nieco lepiej przez to głownie, że brzmienie jest tutaj dokładniej nasycone w sensie wypełnienia pomiędzy atakiem a wygasaniem dźwięku.

Co ciekawe, porównując SA700 właśnie do M11, to ten ostatni gra nieco bardziej rozłożyście, a Astell prezentuje tutaj brzmienie bardziej w stronę skupienia oraz spójności. Przy czym w „Watkins Glen” słychać, iż koreański odtwarzacz mocniej akcentuje niższy środek i po raz kolejny potwierdza ten akurat utwór to, że SA700 prezentuje brzmienie, jakiego można by się po prostu po takim odtwarzaczu spodziewać. I to w jak najbardziej pozytywnym sensie. Można by rzec, że to jest przy tym także pewna drobna ewolucja brzmienia Astella. Dlaczego? Otóż jest tutaj wyczuwalna właśnie pewna – minimalna, lecz jednak – dawka dociążenia. Co ciekawe, SP1000 też gra na „tę modłę”. Ten ostatni dodaje do tego jednak lepszą barwę i hi-endową można by rzec separację, która na SA700 w skali absolutnej się trochę gdzieś nam gubi.

Astell&Kern SA700

Przy czym proszę nie zrozumieć mnie źle – bo brzmienie SA700 trzeba właśnie rozpatrywać w kontekście szerszej skali. Skali, która rozpostarta jest od strony odtwarzaczy tańszych (jak chociażby M11) w stronę odtwarzaczy droższych, a nawet hi-endowych. Bo dopiero w takim kontekście zrozumiemy, czym SA700 tak naprawdę jest.

Przy odsłuchu czterech odtwarzaczy – M11, SE200, SA700 oraz SP1000 – utwór Annie Lennox „Precious” zabrzmiał najlepiej na wyjściu tego najdroższego, czyli „tysiączki”. Co w sumie nie powinno dziwić. Jednocześnie prezentacja SA700 była tutaj właśnie do tej znanej z dawnego flagowego Astella najbardziej zbliżona.

Utwór Nilsa Frahma „Says” pokazał z kolei coś jeszcze innego. Otóż SA700 w takim, jak wyżej porównaniu kilku odtwarzaczy gra chociażby nieco bardziej matowo i bardziej z daleka, aniżeli chociażby SE200 na wyjściu AKM, lecz przy tym cieplej. Ułożenie sceny ma z kolei podobną szerokość, przypomina po prostu to znane z SE1000. O ile naprawdę nie chcę się tutaj sugerować konstrukcją z dwoma przetwornikami cyfrowo-analogowymi, jednakże faktycznie coś jest tutaj na rzeczy. Wyjście SE200 korzystające tylko z jednego układu AKM miało dźwięk inaczej rozłożony, bardziej skupiony na środku i bliższy.

Przesłuchując ten odtwarzacz na kolejnych utworach, w dość szerokim spektrum gatunków muzycznych można dojść do ciekawego wniosku: otóż ktoś w Astellu wie, co robi. W sensie takim, że po SE200, który jest propozycją ciekawą, ale i przy tym nieco odmienną koncepcyjnie – postawiono na sprawdzone rozwiązanie w wersji po prostu bardziej dopracowanej. Największą zaletą brzmienia Astella jest to, że w tym przypadku mamy do czynienia z efektem długofalowej ewolucji na przestrzeni wielu lat i także wielu urządzeń. Ewolucji przy tym przemyślanej, czyli takiej, przy której nie popełniono żadnych błędów.

Astell&Kern SA700 – dla kogo?

Patrząc na ten akurat odtwarzacz tak całościowo, to trudno nie zwrócić uwagi na to, o czym pisałem już na wstępie. Chodzi oczywiści o połączenie rozmiarów, wzornictwa i wykonania. W tym przypadku rzeczony „powrót do przeszłości” może okazać się tak naprawdę dość ciekawym krokiem do przodu. Bo tak najzwyczajniej w świecie SA700 dobrze leży w ręce, jest wykonany i wygląda tak, jak przy tej cenie powinien.

Jeżeli zaś chodzi o brzmienie – nie jest to też urządzenie, którego celem jest bycie wybitnym w jakimś jednym jedynym aspekcie. Tu chodzi o uniwersalność, ale też o pewną klasę, która jednoznacznie nawiązuje do droższych odtwarzaczy koreańskiej firmy. Polecam odsłuch tego Astella i to najlepiej w porównaniu do SE200, bo może okazać się, że jeżeli to wyjście AKM z „dwusetki” bardziej nam przypadło do gustu – to SA700 będzie całościowo lepszym rozwiązaniem.

Adam Kiryszewski

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*