Astell & Kern SE300 – recenzja

Astell&Kern SE300 – brzmienie

Na stronie internetowej producenta dość wyraźnie zaznaczo, że SE300 to „w pełni dyskretny, 24-bitowy DAC R-2R”, który został „wyposażony w 96 ultra-precyzyjnych rezystorów 0.01% spełniających normę TCR10”. Podkreślono też dość wyraźnie fakt, iż użyto układu FPGA w roli filtru cyfrowego i sterowania całym przetwornikiem. Mamy zatem do czynienia z inną architekturą niż w przypadku zarówno najdroższego SP3000, jak i znacznie tańszych odtwarzaczy takich, jak SR35. I już od pierwszych chwil, kiedy zaczniemy nowego SE300 słuchać – będzie oczywistym to, że mamy tutaj do czynienia z czymś nieco innym.

Astell & Kern SE300

Odsłuchy AK SE300 rozpocząłem bez jakiegoś specjalnego zadęcia, głównie od muzyki bardziej rozrywkowej. I też od nieco bardziej luźnego porównania nowego koreańskiego odtwarzacza nie tylko do KANN MAXa, czy biurkowego zestawu EarMena (Tradutto i CH-Amp), ale także do legendarnego niemalże FiiO M11 w wersji jeszcze na przetwornikach japońskiego AKMa.

I, szczerze powiedziawszy, już na początku było oczywiste, że o ile takie porównanie naturalnie coś wniesie, to jednak można śmiało zaryzykować tezę, że SE300 jest brzmieniowo na tyle charakterystyczny, że od razu słychać, iż mamy do czynienia z nieco inną szkołą brzmienia. I też – jest to wyraźnie jednak wyczuwalne, zwłaszcza w trybie NOS – z inną architekturą konwersji cyfrowo-analogowej. Co więcej, w bezpośrednim porównaniu z chociażby FiiO M11, wielobitowy Astell pokazał, że jest to prostu znacznie wyżej w sonicznej hierarchii. Przede wszystkim, i to się tyczy zwłaszcza trybu NOS, jest po prostu bardziej prawdziwy.

Przy bezpośrednim porównaniu z takim odtwarzaczem, jak KANN MAX może się wydać, iż ten ostatni – zwłaszcza na słuchawkach takich, jak HEDDphone ONE – będzie lepszy. Ale też, jeżeli posłuchamy obu odtwarzaczy bardziej wnikliwie, to szybko zauważymy, że przetworniki delta-sigma w KANNie MAX nie grają już aż tak bezpośrednio, ile by ich nie było. SE300 ma taką niezwykle specyficzną i naturalną zarazem twardość, a nawet – zwłaszcza w trybie NOS – chropowatość w brzmieniu. Proszę tego nie mylić przypadkiem z granulacją, bo to nie o to chodzi. Rzecz w tym, że SE300 potrafi bardzo wyraźnie pokazać kontury w brzmieniu, a jednocześnie robi to w zupełnie niemęczący sposób. To właśnie słuchając City of Gods (Part II) na SE300 zrozumiałem, dlaczego ten akurat utwór przysparza wielu kolumnom głośnikowym sporych problemów.

Astell & Kern SE300

Mogłoby się też początkowo wydawać, że to bas na KANN MAXie jest całościowo lepszy. Jednak nic bardziej mylnego – bo okazuje się, że jego minimalnie, ale jednak, mniejsza masa na SE300 to skutek tego, że to właśnie na SE300 jest na tym basie mniej sztucznego nalotu. To właśnie na wielobitowym odtwarzaczu kontury, impakt, definicja basu – były dużo lepsze. Ogólnie SE300 ma już bas, który kojarzy mi się z tym, co prezentują najlepsze przetworniki niskotonowe oparte o układy magnetyczne AlNiCo. A konkretnie chodzi o bardzo wyszukane połączenie konturu, barwy i takiej charakterystycznej zamaszystości, która charakteryzuje drivery takie, jak chociażby TAD 1601a.

Dopiero zestaw EarMena nawiązał tutaj rzetelną walkę, pokazując przy tym nie tylko inną całościowo estetykę brzmienia, co także więcej energii w zakresie niskotonowym. I o ile CH-Amp to też nie jest finalny wzmacniacz do przykładowo HEDDphone ONE, to jednak pokazał, że w porównaniu do SE300 jego możliwości napędzenia trudnych słuchawek są jednak większe.