Chord Anni to jeden z najnowszych produktów marki z Kent, który zalicza się do linii produktowej o jakże wiele mówiącej nazwie Qutest. Nazwa ta wywodzi się oczywiście z recenzowanego już na łamach hifizone.pl przetwornika cyfrowo-analogowego, który śmiało można uznać za jedno z ciekawszych urządzeń w swojej klasie. Jednocześnie w tejże linii niewielkich, można by powiedzieć, że biurkowych urządzeń oprócz wspomnianego Qutesta, no i oczywiście Anni – znajduje się jeszcze przedwzmacniacz gramofonowy Huei. No i coś, co Chord dumnie nazwał, jako „Qutest Stand System”, czyli specjalne stojaki, które umożliwiają nam postawienie urządzeń z tej serii jedno na drugim.
Przy czym to właśnie Anni jest produktem najnowszym i jednocześnie też takim, który na pierwszy rzut oka może być trudny do jednoznacznego sklasyfikowania. Bo tak naprawdę jest to urządzenie, które w pewnym sensie znajduje się w dość interesującej niszy. Z jednej strony można by powiedzieć, że to przede wszystkim wzmacniacz słuchawkowy, z drugiej zaś – posiada także złącza, do których można podłączyć pasywne kolumny głośnikowe. Sprawę komplikuje jeszcze dodatkowy fakt. Otóż Anni to całkiem mocny – przynajmniej na papierze wzmacniacz słuchawkowy. Natomiast jeżeli spojrzymy na parametry wyjścia, mówiąc uproszczonym językiem, „głośnikowego”, to okaże się, że mały Chord ma nam do zaproponowania tutaj – uwaga – 10W na kanał. To zakes mocy, który bardziej jest spotykany w świecie wzmacniaczy lampowych i to w dodatku tych pracujących w trybie single-ended.
Mało tego. Żeby było jeszcze ciekawiej, to w dobie powszechnej miniaturyzacji i pakowania wszędzie i praktycznie gdzie się da, a już zwłaszcza w tak niewielkie urządzenia wzmacniaczy pracujących w klasie D, to Brytyjczycy poszli tutaj całkowicie pod prąd. I w ten oto sposób Anni to wzmacniacz – uogólniając – liniowy. Czyli taki, który pracuje w klasie AB. A na dodatek ma ponoć zawierać technologię, czy też może raczej topologię znaną z droższych końcówek mocy Chorda, w tym układ „feed-forward”, który bardziej szczegółowo został opisany na hifizone.pl w recenzjach końcówek mocy Etude i Ultima 5.
Innymi słowy, najlepiej będzie Anni traktować, jako wzmacniacz biurkowy, który napędzi nam niemalże każde słuchawki, a jednocześnie poradzi sobie także z większością niewielkich monitorów, które właśnie na biurku umieścimy. Jednakże, jak Państwo zapewne wywnioskują po przeczytaniu tej recenzji – sprawy nie są takie, jakie się mogłoby na pierwszy rzut oka wydawać. I tak naprawdę Anni to niezwykle ciekawy produkt, który w pewnym sensie wskazuje na tworzenie się wyjątkowo interesującej niszy.
Chord Anni – małe, acz niekoniecznie skromne
Najnowszy, niewielki wzmacniacz z Kent dostajemy, jak to w przypadku Chorda bywa, w dość ciekawie zaprojektowanym pudełku. W komplecie znajduje się także zewnętrzny zasilacz, który jest oczywiście impulsowy i posiada logo firmy. Tutaj należy się drobne wytłumaczenie dla wszystkich, którzy nie czytali poprzednich recenzji urządzeń tej akurat marki. Otóż wszystkie urządzenia, jakie są przez Chorda produkowane posiadają właśnie zasilacze impulsowe. Co więcej, firma szczyci się tym, i często to podkreśla, że zasilacze te są zaprojektowane z niezwykłym pietyzmem. I korzystają z wieloletniego doświadczenia i marki i jej założyciela – Johna Franksa – w projektowaniu układów impulsowych.
Zasilacz dostarcza do małego Chorda 15V napięcia stałego, i warto tutaj też dodać, i zarazem wyjaśnić, że na tylnej ściance Anni znalazło się także dość zastanawiające być może dla niektórych gniazdo oznaczone, jako „DC OUT”. Jest to specjalne wyjście dedykowane do przedwzmacniacza gramofonowego HUEI i zostało tutaj dodane, aby zminimalizować ilość i zarazem plątaninę kabli, jeżeli ktoś zdecyduje się skompletować cały zestaw z biurkowej serii Chorda.
A jeżeli już przy wspomnianej tylnej ściance jesteśmy, to znajdziemy na niej oprócz złącza uziemienia, także dwie pary wejść liniowych RCA oraz gniazda głośnikowe. Te ostatnie są pojedyncze i akceptują tylko wtyki bananowe, jednakże ze względu na wielkość urządzenia, a co za tym idzie ilość miejsca na tylnej ściance, takie rozwiązanie jest jak najbardziej uzasadnione.
Z produ zaś sprawy wyglądają nieco bardziej ciekawie. Bo, podobnie, jak w Quteście, na górnej ściance i tuż przy przedniej krawędzi – znajdziemy dwa przyciski. Jeden odpowiada za zasilanie, drugi zaś to wybór wzmocnienia. Co interesujące – ten ostatni przycisk działa tylko w odniesieniu do gniazd głośnikowych i przy słuchaniu na słuchawkach po prostu nic nie robi. Na samej zaś przedniej ściance mamy dwa niezbalansowane gniazda słuchawkowe i potencjometr głośności, który jest jednocześnie przyciskiem. Jeżeli o gniazda chodzi, to można powiedzieć, iż tutaj jest taki standard, czyli duży (6.35mm) oraz mały jack. Niewielki i plastykowy potencjometr głośności po wciśnięciu przełącza nam między dwoma wejściami liniowymi. Co ciekawe, Anni sygnalizuje nam kolorem podświetlenia dookoła wspomnianego potencjometru, z którego wejścia korzystamy – na czerwono, lub niebiesko.
I teraz tak: jeżeli chodzi o samą konstrukcję mechaniczną obudowy, to w zasadzie nie ma się do czego przyczepić. Można by nawet powiedzieć, że mały Chord wydaje się zaskakująco ciężki, jak na swoje wymiary. Rozplanowanie gniazd i ogólnie obsługa, jak to u Chorda – wymaga pewnego przyzwyczajenia. Natomiast, żeby rzetelności stało się za dość trzeba zwrócić uwagę na trzy rzeczy. Po pierwsze gałka głośności sprawa wrażenie po prostu taniej, plastyk tutaj nie pasuje. Po drugie Anni dość mocno się grzeje. A po trzecie: Anni ma – praktycznie niesłyszalny – wentylator. Ten ostatni nie będzie problemem, jeżeli wzmacniacz będzie stał od nas chociażby metr w normalnym pomieszczeniu. Nie powinien być też problemem, jeżeli Chord będzie na biurku, szum jest słyszalny praktycznie dopiero po przyłożeniu ucha do urządzenia. I pozwolę sobie zaryzykować tezę, że w 90% przypadków wiatraki od komputera, czy jakiegokolwiek innego urządzenia będą głośniejsze. Zwracam jednak na to uwagę, bo to tak naprawdę jedyna cecha konstrukcyjna Anni, która może komuś realnie przeszkadzać. Jednakże jeszcze raz podkreślam – wentylator jest, ale trzeba się mocno wsłuchać, żeby usłyszeć jego działanie. Do takiego, a nie innego wyboru konstrukcyjnego jeszcze pozwolę sobie powrócić. A teraz skupmy się na tym, co najważniejsze.
Chord Anni – brzmienie
Przyznam szczerze, że idąc za głosem ciekawości – najpierw podłączyłem najnowszy wzmacniacz z Kent do kolumn. W specyfikacji producent podaje przecież 10W na ośmiu omach. A ponieważ z tą deklarowaną mocą to różnie też bywa – już od momentu wyciągania Anni z pudełka zastanawiało mnie, jak ten akurat parametr będzie przekładał się na to, co usłyszę. Tutaj w ruch poszły dwie pary kolumn – jedne o skuteczności 90 dB/2.83V i stosunkowo łatwej impedancji ośmiu omów. Drugie zaś przy skuteczności 88 dB/2.83V oraz minimum impedancji spadającym lekko poniżej 4 omów mogłyby przysporzyć małemu Chordowi pewnych problemów. Zwłaszcza w moim salonie o wielkości, jakby nie było, ponad 30 metrów kwadratowych.
Pierwszą rzeczą, jaka zauważalna jest praktycznie od razu przy odsłuchach Chorda pracującego, jako wzmacniacz głośnikowy jest pełnia brzmienia. Pełnia w sensie takim, że grając w zakresie jego mocy znamionowej, nie odczuwamy w praktyce, iż Anni to tylko 10W na kanał w takiej konfiguracji. Bo po pierwsze – w jego spektrum mocy – brzmienie jest po prostu dynamiczne, pełne. A po drugie: nie mamy tutaj do czynienia z dźwiękiem odchudzonym, czy też w jakikolwiek sposób grającym tylko środkiem i górą pasma. A przecież stereotypy i sugerowanie się mocą na papierze – właśnie to mogłyby w jakiś sposób nam sugerować.
Na Annie Lennox „Money Can’t Buy It” wzmacniacz z Kent zagrał na obu parach redakcyjnych kolumn bez żadnych oznak niedostatków mocy, czy dynamiki. Jednocześnie zaprezentował też dość zwinny, obecny i – jak na taką moc – dynamiczny bas, który stanowił tutaj dobrą podstawę. Jednocześnie warto tutaj wspomnieć o tym, że jeżeli porównamy małego Chorda do dużo większej, i kilkanaście, albo kilkadziesiąt razy cięższej końcówki mocy, albo jakiegoś większego wzmacniacza zintegrowanego – to dojdziemy do kilku dość ciekawych obserwacji. Zacznijmy może od kontroli. Jest ona całkiem niezła, ale nie doskonała. Bas jest tutaj minimalnie po fizjologicznej stronie. Bo nie mamy w tym przypadku do czynienia z superkontrolą niskich składowych znaną właśnie z dużych końcówek mocy. Ale jednocześnie nie dochodzi tutaj do nadmiernego, zauważalnego zmiękczania, czy też przeciągania najniższych składowych.
Jedyne, o czym warto tutaj wiedzieć, to to, że przy wyższych poziomach głośności na utworach takich, jak „Budgie” Hansa Zimmera (ścieżka dźwiękowa z filmu „Rush”) dało się na kolumnach odczuć pewne limitacje w generowaniu mocnych, syntetycznych impulsów na najniższym basie. Ale i tak Chord odtworzył te basowe impulsy w sposób po prostu zaprzeczający swoim wymiarom. I uwagę odnośnie możliwości w zakresie najniższych tonów odnoszę tutaj również w kontekście porównania do wzmacniaczy po prostu większych. Bo wiadomo przecież, że limit w pewnym momencie się pojawi. Jednakże też limit ten będzie zdecydowanie bardziej zauważalny w torze stacjonarnym, gdzie kolumny będą rozstawione dalej, czyli te kilka metrów od słuchacza. Bo przy tym trudno mi jest sobie wyobrazić, że oferowany przez Anni zakres mocy i dynamiki na basie będzie ograniczeniem w przypadku korzystania z głośników stojących na biurku w odległości – umówmy się – metr od słuchacza.
Co nie mniej istotne, „bas” w Anni jest w niezwykle ciekawy sposób w przypadku korzystania z wyjścia głośnikowego ustawiony. Bo o ile nie ma wspomnianej superkontroli, to wciąż świetnie zachowuje rytm. Przy czym, co najważniejsze, producent uniknął tutaj zarówno sztucznego podbicia tego zakresu, jak i brzmienia po prostu chudego. Inaczej rzecz ujmując – nie ma tutaj żadnej kombinatoryki. I o ile wzmacniacz bardzo wyraźnie daje nam znać, że doszedł do swojego limitu, to przed tym miejscem na dźwiękowej skali – zachowuje się po prostu jak większe urządzenie. Pamiętajmy tylko, że praw fizyki oszukać się jednak nie da. I tutaj, jeżeli ktoś już faktycznie chce skorzystać z kolumn – to niech te 90 dB z jednego wata mocy będzie takim bezpiecznym wyznacznikiem. No chyba, że mówimy o mniejszych pomieszczeniach, albo faktycznie korzystaniu z Anni, jako wzmacniacza do mniejszych, pasywnych kolumn stojących blisko nas.
Tyle odnośnie uwag w zakresie mocy, basu i ogólnie pojętych zdolności dynamicznych małego Chorda. Bo przejdźmy teraz do tego, co w przypadku wzmacniacza z Kent zasługuje na szczególną uwagę i – jakby nie było – pochwałę. A są to płynność, rytmiczność oraz ogólnie pojęta melodyjność brzmienia. Zostając jeszcze chwilę przy muzyce z filmu „Rush” można pochwalić Anni za odtworzenie takich utworów, jak chociażby „Watkins Glen”. Bo Chord dobrze przekazał tutaj nie tylko linię rytmiczną, ale także resztę wydarzeń na scenie.
No i właśnie – scena. Tutaj chciałbym odnieść Anni w szerszym kontekście i porównać go także do wszechobecnych dzisiaj wzmacniaczy w klasie D. Te ostatnie oczywiście złe nie są, jednakże nawet konstrukcje oparte o najnowsze moduły 1ET400 mają pewne ograniczenia w budowaniu przestrzeni, których wzmacniacze, mówiąc w uproszczeniu „liniowe” po prostu nie mają. Aby to zobrazować, pozwolę sobie użyć pewnej analogii do formatów plików audio. Komuś mniej osłuchanemu mogłoby się wydawać, że pliki Mp3 o strumieniu danych 320 kbps brzmą dobrze, czy też, co najmniej – akceptowalnie. Jednakże dopiero porównanie do nieskompresowanych plików WAV pokaże nam, że można lepie. Bo w przy takim przeskoku zyskujemy nie tylko lepszą rozdzielczość samą w sobie, ale także – a może nawet przede wszystkim – lepsze oddanie zależności przestrzennych. Tutaj, oczywiście uogólniając, można by porównać pliki Mp3 właśnie do klasy D, a formaty nieskompresowane będą w pewnym sensie odpowiednikiem wzmacniaczy liniowych w klasie A, czy też AB. Z kolei w takim porównaniu – pliki „gęste”, takie jak DSD, czy DXD będą miały swoje odpowiednik czy to w poprawnie skonstruowanych wzmacniaczach lampowych typu SET, czy też w wyczynowych konstrukcjach tranzystorowych takich, jak chociażby Spectral, FM Acustics, czy inne tej klasy urządzenia. Ujmując rzeczy od jeszcze innej strony – wzmacniacze w klasie D generalnie budują sporą scenę, jeżeli chodzi o pierwszy plan i wyraźnie zaznaczają bliższe źródła. Jednakże, jeżeli chodzi o holografię, to dość często słychać, że coś tam jest jednak w zakresie budowania sceny w głąb nie do końca tak, jak powinno.
Ujmując sprawy właśnie w powyższym kontekście, zastosowanie w Anni nie dość, że właśnie liniowego wzmacniacza, co jeszcze firmowej topologii „dual feed-forward” (opisana ona została szerzej przy okazji recenzji Ultimy) – jak najbardziej się opłaciło. Scena, jaką buduje Anni nie jest może jakaś zjawiskowo szeroka, jednakże jest nie dość, że namacalna – to na dodatek całkiem nieźle wybudowana w głąb. Tutaj właśnie wychodzą zalety pojedynczej pary tranzystorów w stopniu mocy na kanał. Na płycie Ananis Morisette „Jagged Little Pill – Unplugged Edition” doskonale został oddany nie tylko wokal artystki, ale także powietrze wokół niego, oraz cała atmosfera nagrania. Co jednocześnie nie mniej ważne – cało nagranie zabrzmiało właśnie w klimacie „unplugged”, bez zbędnej elektryczności i jakiegokolwiek nadmiernego elektronicznego nalotu.
Dochodzimy tutaj do finalnej, i w sumie najważniejszej kwestii, o jakiej w przypadku Chorda Anni należy wspomnieć. Jest nią barwa. Otóż, o ile nie jest to jeszcze takie szlachetne nasycenie znane z najlepszych wzmacniaczy w Klasie A, czy też z bezpośrednio żarzonej triody, to jednak – jest naprawdę dobrze. I tutaj właśnie połączenie rytmiczności, braku skrępowania w określonym zakresie wydajności mocowej z wiarygodną przestrzennością oraz barwą jest połączeniem, które stanowi świetną mieszankę. A w zasadzie całość.
Chord Anni, jako wzmacniacz słuchawkowy, czyli podsumowanie z nieco innej strony
Specjalnie zacząłem niniejszą recenzję od opisania tego, jak Anni brzmi na kolumnach. Bo charakter brzmienia w przypadku korzystania z wyjść słuchawkowych jest praktycznie taki sam. Wyjątkiem od tej zasady będzie tutaj brak ograniczenia maksymalnej głośności, oraz brak ograniczeń na basie. Z redakcyjnymi i jednocześnie nie do końca najłatwiejszymi do wysterowania słuchawkami HEDDphone One Chord poradził sobie bez zająknięcia. Podobnie z Sonorusami VI, dousznymi Andomedami, oraz kilkoma innymi parami słuchawek. Mam też takie nieodparte wrażenie, że o ile Anni, jako wzmacniacz kolumnowy jest co najmniej dobry to, jako słuchawkowy – jest już znakomity. Oczywiście, ma swój wyczuwalny charakter, bo na słuchawkach brzmienie jest barwowo pełniejsze, jeszcze bardziej dociążone i bardziej melodyjne. Wysokie tony są też mniej nerwowe, a jednocześnie bas ma i lepsze rozciągnięcie, i również większą kontrolę.
W tym momencie trzeba też zwrócić uwagę na jedną, szczególną cechę małego Chorda. Otóż wzmacniacz ten jest w dość – można by rzec – specyficznej niszy. To ta sama nisza, w której – sporo powyżej, patrząc poprzez pryzmat ceny – znajduje się chociażby najnowszy, świetny wzmacniacz koreańskiej marki Enleum, czyli AMP-23R. Bo oba urządzenia to wzmacniacze słuchawkowe, które dodatkowo mogą nam z powodzeniem bardziej skuteczne kolumny. Jednocześnie można by to, co właśnie napisałem odwrócić. I powiedzieć, że zarówno brytyjskie, jak i koreańskie urządzenie to wzmacniacze do sprawnych kolumn, które także napędzą każde niemalże słuchawki.
A jeszcze inaczej ujmując sprawy, w przypadku Chorda Anni dostajemy tak naprawdę niewielkich rozmiarów urządzenie, które jest de facto dwoma wzmacniaczami w jednym. Fakt, wzornictwo Chorda, czy też sterowanie i pewne rozwiązania tej marki – nie każdemu mogą przypaść do gustu. Natomiast już brzmieniowo naprawdę nie ma się do czego doczepić. Oczywiście biorąc poprawkę na ograniczoną moc w przypadku zasilania kolumn i właśnie konieczność wzięcia tego pod uwagę w sytuacji, kiedy jednak Anni będzie dla nas przede wszystkim wzmacniaczem do toru stacjonarnego, a w drugiej kolejności ma nam napędzać słuchawki. Dodatkowo, jeżeli już mówimy o wzmacniaczu słuchawkowym – to na próżno szukać w Anni wyjść (czy także wejść) zbalansowanych. Można to jednak zrozumieć, bo przecież pozostałe elementy firmowej linii Qutest to właśnie urządzenia niezbalansowane.
Jest tutaj druga strona medalu, myślę, że dużo bardziej istotna. Producent z Kent nie dał się tutaj złapać na wszechobecną modę tworzenia kolejnych konstrukcji w klasie D i postawił na swoje własne rozwiązania. Czyli na liniowy wzmacniacz w autorskiej topologii firmy. I co tu dużo mowić – rozwiązanie to sonicznie się jak najbardziej sprawdza. I to równie dobrze na słuchawkach, jak i – oczywiście z uwagą, jak powyżej – w przypadku, kiedy Anni podłączymy do kolumn. Jeżeli dodamy do tego niewielkie rozmiary oraz mimo wszystko sporą uniwersalność – to rekomendacja należy się niejako z automatu.
Adam Kiryszewski
Dystrybutor: Audio Center Poland https://www.audiocenter.pl/
Cena: 6499 PLN





