Najbardziej jednak istotna zmiana w stosunku do wersji poprzedniej dotyczy samej płytki PCB oraz zastosowanych elementów. Wróćmy jeszcze z tej okazji na moment do konwersacji z producentem:
„Układ został zmodernizowany w wersji v2 i oferuje pewne zyski pod względem osiągów oraz ceny. Podstawowy układ jest taki sam, ale teraz używamy tranzystorów SMT (montowanych powierzchniowo), które mają lepsze osiągi, niż poprzednie wersje montowane w montażu przewlekanym, dla wszystkich stopni przed stopniem wyjściowym. Także sposób produkcji płytek jest bardziej ekonomiczny, co pozwoliło na redukcję ceny. Fakt godny odnotowania, zwłaszcza w czasach inflacji”
Jak zatem widać, konstrukcja, czy też ogólna koncepcja w przypadku Moona 250i v2 jest, można by rzec, dość klasyczna. Natomiast samo już podejście do jego wykonania jest jak najbardziej nowoczesne. Wracając do kwestii praktycznych – oczywiście także i tutaj dostajemy systemowego pilota, który obsłuży inne urządzenia tej marki, wliczając w to źródła. Regulacja głośności z pilota odbywa się także poprzez zmotoryzowany potencjometr. Wejść, wliczając gramofonowe – jest w sumie sześć. Mamy też wyjście PRE-OUT, gdyby ktoś chciał podłączyć dodatkową końcówkę mocy albo – co może okazać się częstszym w sumie scenariuszem – subwoofer.
Moon 250i v2 – brzmienie
Rozpocząłem odsłuchy Moona 250i v2 od muzyki nie dość, że wybitnie rozrywkowej, to na dodatek zupełnie nie roszczącej sobie jakichkolwiek, że tak to ujmę, audiofilskich pretensji. Na pierwszy ogień poszły albumy popowych wokalistek takich, jak chociażby Madonna, Gwen Stefani, czy Sia. Szczerze powiedziawszy zrobiłem tak z dwóch powodów. Pierwszym była czysta ciekawość i może trochę przekora, bo przecież kto powiedział, że trzeba się trzymać jakichś ustalonych zasad w stylu „najpierw słucham kwartetu smyczkowego a potem dwóch dobrze zrealizowanych płyt”. Drugi powód uważam jednak za bardziej istotny. Otóż takie typowe, można by rzec, że audiofilskie realizacje, a bardziej kolokwialnie sprawy ujmując – „ładnie” zrealizowane nagrania zabrzmią właśnie co najmniej dobrze, czy też właśnie „ładnie” na praktycznie każdym sensownym systemie, który nie będzie miał jakichś rażących wad konstrukcyjnych powodujących z kolei wyraźne anomalie w brzmieniu.
Przesłuchałem zatem kilka albumów Madonny, aby przejść do pozostającej w nieco bardziej skocznym klimacie muzyki filmowej. Wybór padł na ścieżkę dźwiękową z filmu The Beach, a konkretnie na utwór All Saints „Pure Shores”. To muzyka z czasów, kiedy królowała płyta CD, a Leonardo Di Caprio był jeszcze młody. A sam utwór „Pure Shores” kiedyś nawet wspiął się na szczyt listy przebojów w UK. Mniejsza w sumie o to, bo kilka płyt później, po debiutanckim singlu „Fallin” Alicii Keys – przyszła pora na pewną refleksję.
Otóż w sumie miałem pisać o wzmacniaczu, a cały czas fe facto słuchałem nie jego, a muzyki. Dochodzimy w ten sposób do pierwszej, najważniejszej cechy kanadyjskiego urządzenia, który de facto otwiera ofertę tego producenta w zakresie amplifikacji. Tutaj taka uwaga – oczywiście, nieco obok jest jeszcze Moon ACE, jest też końcówka mocy 330A, ale ta ostatnia, patrząc chociażby z punktu widzenia konstrukcji (dwie pary tranzystorów mocy na kanał zamiast jednej, znacząco większe zasilanie) jest jednak i poziom wyżej w stosunku do 250i v2.
Wracając do tej najważniejszej cechy kanadyjskiego wzmacniacza, to jest on neutralny i naturalny, gładki i nasycony zarazem. No tak – wyszły w sumie cztery cechy, ale już to tłumaczę. Otóż clue polega tutaj na tym, że Moon 250i v2 ma wszystkie pożądane aspekty brzmienia dobrego wzmacniacza (w ujmijmy to – rozsądnej cenie) w bardzo specyficznej, rzadko spotykanej równowadze, która jest bardzo pożądana i wcale nie taka powszechna.

