Moon ACE – recenzja

Moon ACE

Moon ACE to jeden z najnowszych produktów kanadyjskiej firmy Moon, która zadebiutowała na naszym portalu całkiem niedawno, bo w recenzji swoich pierwszych kolumn głośnikowych o nazwie Voice 22. Jednocześnie ACE to dedykowane właśnie do tych kolumn urządzenie typu „all-in-one”, które zwięźle rzecz ujmując możemy określić, jako połączenie wzmacniacza zintegrowanego ze streamerem. Przy czym takie określenie nie będzie w tym przypadku w pełni oddawać tego, czym ACE tak naprawdę jest, dlatego też – już na wstępie tejże recenzji – należy zwrócić uwagę na nieco szerszy kontekst, w jakim warto kanadyjskie urządzenie rozpatrywać. Z jednej strony ACE jest elementem systemu, który – wraz ze wspomnianymi kolumnami Voice 22 – dostał w tym roku nagrodę EISA. A tak konkretnie to wyróżnienie w kategorii „Najlepszy system stereo hi-end 2022-2023”. Z drugiej zaś strony patrząc – trudno jest oprzeć się wrażeniu, że tego typu zintegrowane urządzenia „all-in-one” stają się ostatnimi czasy naprawdę niezwykle popularne.

Wystarczy spojrzeć chociażby na takie firmy, jak NAD, Cambridge Audio, czy chociażby Naim – każda z nich ma taki „kombajn” w swojej ofercie. Nawet bardziej można by rzec „niszowi”, producenci, tacy poza „głównym przystępnym audiofilskim nurtem”, których oferta zaczyna się cenowo tam, gdzie innych się w zasadzie kończy – także wprowadzają tego typu urządzenia do swojej oferty. Przykładem na to, jak mocna jest to tendencja, niech będzie chociażby nawet nie tyle recenzowany ostatnio na hifizone.pl AVM Inspiration CD 2.3, co sam fakt, że w linii produktów niemieckiego AVMa mamy urządzenia typu „wszystko-w-jednym”, które kosztują tyle, że można by za nie spokojnie kupić dzielony system. Jest to pewnego rodzaju znak czasów, ale pozwolę sobie do tego tematu powrócić już w podsumowaniu.

A jeżeli już przy cenach jesteśmy – Moon ACE kosztuje w tym momencie mniej więcej dwadzieścia tysięcy polskich nowych złotych. Nie jest to wcale kwota mała i jakby do tematu nie podchodzić – to wydając tyle mamy pełne prawo oczekiwać nie tylko bardzo dobrego brzmienia, ale także tego, że dostaniemy produkt, mówiąc prostym językiem, kompletny. I tutaj taka, można by rzec, ciekawostka – dokładnie taki był zamysł producenta. Otóż ACE oznacza w przypadku tego akurat urządzenia kanadyjskiej firmy nic innego, jak skrót od „A Complete Experience”. Czy tak jest w istocie? Przyjrzyjmy mu się z bliska i odpowiedzmy na to pytanie.

Moon ACE

„Doświadczenie kompletne”. I przy tym – zintegrowane

Kanajdyjska marka Moon, której producentem jest SIMAUDIO z pewnością może się pochwalić swoją charakterystyczną i unikalną stylistyką. I o ile oczywiście o gustach nie będziemy tutaj dyskutować, to trzeba jednak producentowi przyznać, że udało mu się stworzyć urządzenie, które o ile z jednej strony specjalnie się nie narzuca wizualnie, to jednak sprawia wrażenie obcowania ze sprzętem wyższej klasy.

Podobnie było w przypadku wspomnianego, recenzowanego niedawno AVMa Inspiration CS 2.3, jednakże w przypadku Moona mamy jednak do czynienia z nieco inną filozofią, jeżeli chodzi o konstrukcję. Wystarczy spojrzeć chociażby na rozmiary, w przypadku niemieckiego urządzenia mieliśmy do czynienia z inną, niż standardowe 44 cm szerokości obudową. ACE jest z kolei pełnowymiarowym urządzenie, które sprawia solidne wrażenie z jeszcze innego powodu. Otóż – o ile nie mamy w tym przypadku do czynienia z ważącą kilkadziesiąt kilogramów końcówką mocy (a i owszem, Moon ma takie w ofercie), to jednak ACE waży swoje, czyli 11 Kg.

Moon ACE

Trudno w tym momencie nie zwrócić uwagi na jedną, dużo bardziej istotną, aniżeli mogłoby się wydawać rzecz. Otóż w dobie impulsowych zasilaczy oraz końcówek mocy w – jak to się ładnie w uproszczeniu określ – „klasie D”, producent z kanadyjskiego Boucherville postawił na bardziej klasyczne można by rzec rozwiązania. Zastosowano klasyczny liniowy zasilacz bazujący na całkiem sporym transformatorze toroidalnym wraz z liniową końcówką mocy pracującą w klasie AB. Ta ostatnia też jest ciekawa sama w sobie, bo nie korzysta ona z dyskretnych tranzystorów mocy, lecz bazuje na gotowych, scalonych wzmacniaczach marki Linear Technology. A żeby było jeszcze ciekawiej – to zastosowano tutaj rozwiązanie też niezbyt często spotykane, bo parę takich układów na kanał, czyli cztery sumarycznie. Taka konfiguracja pozwoliła nie tylko na uzyskanie większej mocy, ale przede wszystkim lepszej kontroli oraz szerszej kompatybilności z obciążeniem, czyli kolumnami, jakie do ACEa podłączymy.

Jestem sobie w stanie tutaj wyobrazić już lamenty niektórych, że zastosowano „scalaki na końcówce” i tak dalej. Ale też warto w tym akurat momencie wtrącić idealnie chyba pasującą ciekawostkę, a przy okazji zwrócić uwagę na filozofię Moona w zakresie konstrukcji swoich urządzeń. Otóż, po pierwsze – to układy, o jakich mowa stosował swego czasu nie kto inny, jak sam Jeff Rowland w swoim wzmacniaczu zintegrowanym Concentra II. Przy czym tam było aż sześć należących do linii Overture układów LM 3886T na kanał. Po drugie zaś – Moon unika epatowania klientów modelami tranzystorów, kości DAC i tak dalej. Producent w tej kwestii jest zdania, że zastosowane danych części to jedno, natomiast decydująca jest i tak ich implementacja, jako taka. Bo to właśnie ona decyduje o finalnym efekcie brzmieniowym. Nie zmienia to faktu przy tym faktu, że jeżeli już o elementy chodzi to postawiono np. na kondensatory marki Nichicon (10000uF) w filtracji zasilacza, czy też na elektroniczną, bazującą na układach MUSES regulację głośności. Część cyfrowa z kolei to układ DAC firmy ESS, w tym przypadku ES9010.

Moon ACE

Wracając zaś samej końcówki mocy i możliwości napędzenia kolumn, to ACE zaoferuje nam 50W na kanał przy obciążeniu 8 omów. I zwiększy tę wartość do 85W dla obciążenia 4-ro omowego. Nie jest to może moc powalająca, ale powinna nam w zupełności wystarczyć, nawet do napędzenia mniej skutecznych monitorów w normalnej wielkości pomieszczeniu.

Pozwolę sobie jeszcze zwrócić uwagę na wspomnianą już „integrację” oraz to, co z niej wynika. Otóż ACE to tak naprawdę odtwarzacz strumieniowy i DAC, przedwzmacniacz oraz wzmacniacz mocy. W tym przypadku wszystkie te elementy składowe mamy w jednej obudowie, natomiast jeżeli chcielibyśmy użyć ACEa, jako przetwornika ze wzmacniaczem, albo samego wzmacniacza – to jak najbardziej mamy taką możliwość. Przede wszystkim – mamy dwa wejścia analogowe, które uzupełnia wejście gramofonowe obsługujące wkładki MM. A na dodatek mamy aż pięć wejść cyfrowych: dwa optyczne, dwa koaksjalne no i oczywiście USB. Z tego ostatniego musimy skorzystać, jeżeli chcielibyśmy odtwarzać pliki w najwyższych rozdzielczościach, czyli DXD i DSD128 i DSD256.

Moon ACE

W ramach ogólnie pojętej „łączności ze światem” ACE oferuje nam oczywiście WiFi oraz złącze RJ45.

Są jeszcze dwie kwestie, na jakie chciałbym zwrócić uwagę, kończąc opis samej budowy urządzenia oraz, jakby nie było, cech bardziej fizycznych i namacalnych tego urządzenia. Pierwszą z nich jest robiąca bardzo dobre wrażenie, pewnie działająca gałka regulacji wzmocnienia. Tutaj należą się producentowi spore brawa. Pozwolę sobie jednak zwrócić uwagę na pilot. Ten oczywiście jest metalowy, wygląda godnie i działa bardzo dobrze. Jednakże trochę zastanawia mnie jedno: czy koniecznie było na nim umieszczanie aż tylu przycisków?

MiND – czyli Moon Intelligent Network Device

Faktem jest, że Kanadyjczycy spory nacisk stawiają w przypadku ACE na streaming. I o ile na tym streamingu oczywiście funkcjonalność kanadyjskiej „integry” się nie kończy, to ma ona do zaoferowania zaskakująco dużo w tym zakresie. ACE to urządzenie, które posiada certyfikat „Roon Ready”, czyli bezproblemowo współpracuje z platformą Roon. Są też Tidal Connect i Spotify Connect. A także – po najnowszej aktualizacji – AirPlay 2. To wszystko na wypadek, gdybyśmy z jakichś przyczyn nie chcieli jednak korzystać z firmowej aplikacji MiND, która dostępna jest w wersji zarówno na system iOS, jak i na Androida. Aplikacja jest całkiem przyjazna w użyciu i integruje oczywiście serwisy takie, jak Tidal, Qubuz, czy Spotify. Jednakże to, co w tym przypadku jest najważniejsze – sama aplikacja MiND działa niezwykle stabilnie i przez kilka tygodni użytkowania nie stwarzała żadnych problemów.

Moon ACE – brzmienie

Na początek pewna uwaga. Otóż, jeżeli będziemy włączać zintegrowane urządzenie Moona po raz pierwszy, to dajmy mu przynajmniej kwadrans na osiągnięcie optymalnej temperatury pracy. W trakcie odsłuchów, na przestrzeni kilku tygodni zauważyłem, że przez pierwsze parę minut od włączenia brzmienie Moona zmienia się wyraźnie na lepsze. Traci ono niepotrzebne ostre krawędzie, jednocześnie zyskując i na definicji i na gładkości przekazu. Przy czym ACE nie jest w tym tak de facto odosobniony, bo ta uwaga będzie się tyczyć także wielu innych wzmacniaczy i końcówek mocy pracującej w klasie AB (i w sumie tym bardziej tych pracujących w klasie A).

Drugą istotną informacją niech będzie również to, że Moona odsłuchiwałem niejako w czterech wariantach, czy też – jak kto woli – konfiguracjach. Pierwszą była wbudowana funkcjonalność sieciowa, czyli sygnał do wzmacniacza był podawany z wbudowanego streamera i przetwornika cyfrowo-analogowego. W drugim wariancie korzystałem z wejść liniowych – wtedy ACE pracował, jako wzmacniacz zintegrowany. Trzecią zaś opcją było użycie wbudowanego przedwzmacniacza gramofonowego. Czwarty zaś – to użycie wejścia USB i wbudowanego w ACE przetwornika cyfrowo-analogowego. I o ile potencjalnych nabywców tego akurat urządzenia nie podejrzewam o to, że będą oni spędzać całe wieczory na wyborze różnych programowych filtrów cyfrowych, zasilając ACE sygnałem DSD256 przez wejście USB – to i taką możliwość tutaj otrzymujemy. Niemniej jednak – skupmy się na tym, jak ACE radzi sobie w trybie, do którego został stworzony, czyli odtwarzając muzykę przy korzystaniu z wbudowanego weń streamera.

 

Jak zatem gra Moon ACE? Można by napisać, że – w tej cenie – to odpowiednie połączenie neutralności, naturalności, szybkości z odpowiednio nasyconą barwą. Lecz oczywiście byłoby to zbyt ogólne. Jednakże już od pierwszych taktów muzyki, słychać, że to urządzenie – po prostu da się lubić. Przede wszystkim, już bardziej precyzując, ACE z jednej strony w żadnej sposób nie narzuca się, a z drugiej zaś potrafi wciągnąć w muzykę. Może wydać się to oksymoronem, ale właśnie tak jest. Moon nie „dopala” muzyki w żaden sposób, nie dosypuje do niej żadnego magicznego składnika, jego siła bardziej polega na tym, że w bardzo przemyślany sposób w tę muzykę nie ingeruje. Schodzi jej z drogi i pozwala płynąć własnym torem.

Ktoś mógłby się pokusić o stwierdzenie, iż brzmienie Moona może być – w pewnych określonych sytuacjach, i w pewnych systemach – nieco po jasnej stronie. Lecz tak naprawdę samo zrównoważenie i balans tonalny są bardzo dobre i w tym aspekcie nie ma mowy o żadnych odchyleniach. Słuchając „Why So Serious” Hansa Zimmera okazuje się, że ACE potrafi stanąć na wysokości zadania o odtworzyć niskie i najniższe rejestry nie tylko z odpowiednią energią, ale także siłą i kontrolą. Owszem, bas nie wychodzi przed szereg, jest bardziej podporządkowany reszcie pasma, i także prowadzeniu rytmu. Bo z jednej strony ACE to też jedno z tych urządzeń, które gra niezwykle spójnie. A z drugiej – mamy bardzo dobrze zaznaczony rytm. Wynika to też z tego, że niskie tony są bardziej po stronie sprężystości i konturu, aniżeli zejścia w infrasoniczne częstotliwości za wszelką cenę. Ale żeby nie było: zam zasięg basu jest obiektywnie rzecz ujmując co bardzo dobry, chodzi mi tutaj bardziej o jego charakter, aniżeli o rozłożenie akcentów w poszczególnych zakresach niskich tonów.

Moon ACE

Na Fleetwood Mac „Isn’t It Midnight” słychać było wyraźnie swoistą świeżość i neutralność Moona. Wokalistka amerykańskiej kapeli zabrzmiała w wyraźnej aurze pogłosowe, a całe nagranie miało swoją charakterystyczną barwę. Z kolei na płycie „Mezzanine” Massive Attack można było odczuć, że ACE idzie pół kroku w stronę wyrazistości, jednakże w tym konkretnym przypadku jest to właśnie wyrazistość rozumiana, jako transparentność i brak podbarwień, aniżeli epatowanie słuchacza środkiem, czy górą pasma. Bo niskie tony na Teardop były świetnie zaznaczone i wyraźnie, pewnie dyktowały rytm. Jednakże, co ciekawe, w wielu nagraniach, i właśnie także na płycie brytyjskiego zespołu w zupełnie niespodziewanych momentach ACE potrafi pokazać sporą klasę na środku pasma. Potwierdza to wokal na jednej z płyt innej brytyjskiej kapeli, czyli Portishead. Na „Roads” wokal Beth Gibbons był nie tylko bardzo precyzyjnie zawieszony na scene, ale przede wszystkim brzmiał bardzo realnie, namacalnie. Słychać tutaj, że ACE nie stawia na przysłowiowe ciepłe kluchy, a bardziej na realizm. Unikając też pułapki, w jaką wpadają niekiedy – tańsze zazwyczaj urządzenia – polegającej na poświęceniu takiej zwykłej przyjemności słuchania dla osiągnięcia maksymalnej projekcji detali. Jednocześnie po przesłuchaniu „Says” Nilsa Frahma można się tylko upewnić w powyższym wnioski. Moon ACE stawia po prostu receptę, która sprawdzi się praktycznie zawsze. Bo zamiast kombinatoryki oferuje bardzo dobrze wypośrodkowaną kombinację neutralności i naturalności.

Przy czym istotny jest tutaj jeszcze inny aspekt – a mianowicie wysokie tony. Są one dość delikatne, a przy tym zróżnicowane. Świetnie też zgrywają się z charakterem i reszty pasma i całego urządzenia, jako takiego. To właśnie dlatego w utworze „Parasol” Lubomyra Melnyka ACE pokazał dużą ilość wybrzmień i wiernie przekazał całościową atmosferę nagrania.

Moon ACE

Jeżeli zaś chodzi o przestrzenność w wydaniu kanadyjskiego urządzenia, to uogólniając można by powiedzieć, że mamy do czynienia ze sceną, która jest rozbudowana bardziej w głąb, aniżeli na boki. Ale pozwolę sobie to ująć nieco inaczej: nie mamy do czynienia z zawężeniem obrazu muzycznego, natomiast ACE nie idzie w ofensywność i ekspansywność, a stawia bardziej na zależności przód-tył i na budowanie intymności ze słuchaczem.

„Comptine d’un autre été” Yanna Tiersena zabrzmiało wręcz świetnie i na dodatek potwierdziło niezwykle przyjazny, chciałoby się powiedzieć, bardzo łatwo przyswajalny środek pasma. Tak szczerze powiedziawszy – to barwa, jaką zaprezentował ACE na tym utworze wręcz mnie zaskoczyła.

Moon ACE

Moon ACE – czyżby as w rękawie?

W tym momencie można by zadać pytanie – czy Moon ACE ma jakieś wady? Czy brzmieniowo można by się do czegoś przyczepić? Oczywiście jest to dobry moment, aby zastanowić się, jak to urządzenie wypada w kontekście konkurencji. Weźmy tutaj chociażby, jako takiego adwersarza – testowany całkiem niedawno AVM Inspiration CS 2.3. Jeżeli by porównać te urządzenia do siebie tak na papierze – to można by wywnioskować, że (pomijając oczywiście pewne różnice w funkcjonalności) są one do siebie dość podobne. Oba to sprzęty typu „all-in-one”, integrujące wzmacniacz, streamer i całą resztę w jednej obudowie. Proszę mi jednak uwierzyć na słowo, że brzmieniowo – to zupełnie inne światy, filozofie. Bo o ile AVM stawia na moc, dynamikę i w pewnym sensie spektakularność przekazu, to Moon z kolei – na niewymuszoną transparencję, neutralność i przede wszystkim naturalność.

I o ile nie mi dane jest wyrokować, które podejście sprawdzi się zawsze i wszędzie to pozwolę sobie ująć charakter kanadyjskiego urządzenia w jeszcze inny sposób – ACE nie gra w żadnym przypadku nudno, a jednocześnie nigdy nas nie zmęczy. Pozwoli odpocząć nam przy muzyce. Pokaże nam zaskakująco wiele, a jednocześnie nigdy nie będzie się narzucać. Na dodatek – bo o tym w opisie brzmienia nic nie napisałem – Moon brzmi równie dobrze na wejściach liniowych, jak i korzystając z gramofonu. W tym ostatnim przypadku w sumie nic dziwnego, bo stopień przedwzmacniacza MM został zapożyczony z firmowego preampu 110LP. A samo zaś wejście liniowe – jest też bardzo dobre i pokazuje, że końcówka mocy w Moonie ma naprawdę i spory potencjał i też duży udział w pozytywnym całokształcie.

We wstępie do tej recenzji napisałem, że ACE to w pewnym sensie taki znak czasów. A i owszem. Bo mam wrażenie, że tego typu urządzenia będą definiować nie tylko nową generację sprzętów, jakby nie mówić, typu lifestyle, ale i też tych – a może zwłaszcza bardziej audiofilskich. Bo właśnie ACE ma najlepsze cechy tego audiofilskiego sznytu, a jednocześnie nie popada w przesadę. Pozwala po prostu cieszyć się muzyką. No i tak praktycznie wszystko w nim działa. Nawet wyjście słuchawkowe, czy przedwzmacniacz gramofonowy – są w nim co najmniej dobre.

Najlepiej jednak tą recenzję podsumuję tak: już mnie nie dziwi, dlaczego akurat zestaw składający się z ACE i kolumn Voice 22 dostał nagrodę EISA. Bo o ile polecając komuś ze znajomych bardzo dobry system „all-in-one” postawiłbym pewnie na AVMa, to jeżeli miałbym takie urządzenie wybierać dla siebie, to wybór byłby prosty: ACE.

Dlatego też: Nagroda Redakcji.

Adam Kiryszewski

Cena: 19900 PLN
Dystrybutor: Audio Center Poland https://audiocenter.pl