Ultrasone Edition 15 i Edition 15 Veritas – recenzja porównawcza

Ultrasone Edition 15
Ultrasone Edition 15

Ultrasone Edition 15 oraz Ultrasone Edition 15 Veritas to dwa modele z limitowanej edycji będące jednocześnie najdroższymi słuchawkami w aktualnej ofercie firmy Ultrasone. Co więcej, oba modele oznaczone są, jako „manufactury product”. Oznacza to, że wykonywane są na specjalne zamówienie, a czas oczekiwania to zazwyczaj kilka tygodni. No chyba, że trafi się ogarnięty nowy dystrybutor na Polskę, czyli firma MIP, która postarała się, aby oba modele były dostępne w naszym kraju do odsłuchu dla zainteresowanych.

Warto też niejako tytułem wstępu powiedzieć kilka słów o samej firmie Ultrasone. Bo ten producent z bawarskiego Wielenbach w pewnym sensie wyróżnia się na tle tego, co swoim całokształtem proponują inne niemieckie firmy takie, jak Beyerdynamic, czy chociażby najbardziej znany Sennheiser. Otóż o ile sama marka nie jest aż tak w nas rozpoznawalna, to może poszczycić się niezwykłym spektrum swojej produkcji. W ofercie są słuchawki od kilkuset złotych do aż trzech tysięcy Euro. Bo dokładnie 2999 kosztują Edition 15 w obu wersjach. I jednocześnie trudno się oprzeć wrażeniu, że oferta Ultrasone jest przy tym niezwykle urozmaicona, chociażby przez to, że co jakiś czas pojawiają się właśnie edycje specjalne, jak słuchawki będące tematem tejże recenzji.

Jednocześnie można odnieść wrażenie, że o ile Ultrasone w przypadku najdroższych, można by rzec flagowych produktów celuje faktycznie w hi-end, to nie jest też tak, że stara się zadowolić wszystkich. Bo coś mi mówi, że firma ma po prostu swoich zwolenników, czy jak kto woli – wyznawców preferujących taki, a nie inny sposób prezentacji. Lecz jednocześnie to by sugerowało, że słuchawki Ultrasone prezentują jakiś wspólny dźwiękowy mianownik. I o ile ciężko by było to tak jednoznacznie stwierdzić, bo trzeba by było odsłuchać całą ofertę, to na teraz przyjrzyjmy się chociaż trochę tej kwesti. Zaczynając od razu, prosto z mostu, od dwóch najwyższych modeli.

A żeby było ciekawiej – to różniących się od siebie jedną, jedyną cechą. A przy tym w przypadku słuchawek, jakby to powiedzieć, dość chyba istotną. Otóż model Edition 15 to słuchawki otwarte, a ten z dopiskiem „Veritas” to konstrukcja zamknięta. Tylko tyle. I aż tyle.

Ultrasone Edition 15

Pierwszy kontakt, czyli coś ważniejszego, niż samo wykonanie

Jest jedna rzecz, która w przypadku Ultrasone Edition 15 (pozwolą Państwo, iż będę używał tej nazwy mając na myśli oba modele, czyli także zamknięte Veritas) od razu rzuca się w oczy to… nie, właśnie nie jakość wykonania. Ta jest oczywiście znakomita i do tego też dojdziemy, jednakże w przypadku flagowych na tę chwilę słuchawek z Bawarii rzuca się w oczy coś jeszcze innego. Otóż chodzi o całościową spójność zestawu, w jakim te słuchawki otrzymujemy.

Ultrasone Edition 15

Owszem, drogie modele innych producentów także są elegancko i ładnie zapakowane, natomiast tutaj ma się nieodparte wrażenie, że wszystko jest pieczołowicie, chciałoby się powiedzieć – precyzyjnie – dobrane. Chociażby takie szczegóły, jak kolor pudełka do koloru muszli słuchawek. Nawet welurowe pokrowce na kable mają logo Ultrasone i kolorystycznie na zasadzie kontrastu pasują do reszty. Jest bardzo elegancko, ale – co też istotne – nie ma w żadnym razie wrażenia niepotrzebnego przepychu. Tutaj po prostu wszystko do siebie pasuje. I nie, nie jest to skromna elegancja, bo jest naprawdę „na bogato”. A jednocześnie wciąż z wyczuciem. Duża klasa. Co więcej, opakowanie w sumie nie zdradza na początku tego, w jak eleganckim skórzanym pudełku dostajemy te słuchawki, co jeszcze potęguje wrażenie, że Edition 15 to trochę taki wilki w owczej skórze.

Ultrasone Edition 15

Samo zaś wykonanie Ultrasone Edition 15…

…również wymaga kilku słów pochylenia się nad nim. Oczywiście, w jakości wykończenia 15tek znajdziemy potwierdzenie kraju pochodzenia tych słuchawek. Lecz jest jeszcze i kilka kolejnych cech, których w sumie nie sposób omówić osobno, bo składają się na pewien spójny obraz tego, czym – wizualnie, mechanicznie i ergonomicznie są Ultrasone Edition 15. Po pierwsze kombinacja relatywnie niskiej wagi i wygodnych padów sprawia, że w kategoriach komfortu słuchawkom tym należą się najwyższe noty. Po drugie – precyzja wykonania i jednocześnie ponadczasowe połączenie drewna i metalu w proporcjach, które chyba ciężko było lepiej dobrać. Po trzecie zaś – są jeszcze dwie rzeczy, o jakich warto wspomnieć. A co często zdają się one gdzieś umykać. Otóż Ultrasone stosuje w swoich słuchawkach dwie autorskie technologie: S-Logic oraz ULE. Pierwsza to takie ułożenie przetworników względem ucha, aby uzyskać jak najbardziej naturalny odbiór muzyki. Można by tutaj powiedzieć „no ok, inne firmy też próbują uzyskać to samo, chociaż innymi sposobami”. To może zostawmy na inną historię. Druga technologia to „Ultra Low Emission”. I to ona powinna jednak zwrócić większą uwagę. Otóż mówiąc wprost, chodzi o ograniczenie emisji elektromagnetycznej. Jest to sprawa wcale nie błaha, bo proszę zwrócić uwagę na jedną – dość istotną – kwestię techniczną. Otóż w przypadku słuchawek dynamicznych nierzadko mamy do czynienia z napędzającymi je neodymowymi układami magnetycznymi. Magnesy NeFeB są niemalże idealnym wyborem do tego akurat zastosowania ze względu na połączenie dwóch pożądanych parametrów – niewielkich rozmiarów oraz możliwości uzyskania dużej indukcji w szczelinie. Indukcję tą mierzy się w Teslach i nierzadko mamy do czynienia z jej poziomem przekraczającym wartość 1T.

Ultrasone Edition 15

I pomimo tego, że poza samą szczeliną poziom pola jest już dużo mniejszy, to jednak wciąż nie będzie to wartość tła i jej potencjalne, długofalowe jego działanie może skłonić do refleksji. Może ujmę to jeszcze inaczej: Ultrasone tutaj wyraźnie zaznacza, że kwestię ekranowania wzięto pod uwagę i że ta technologia jest opatentowana.

Jeżeli już jesteśmy przy rzeczonym ekranowaniu magnetycznym, to wspomnijmy jeszcze o samych przetwornikach. Bo te są nowym opracowaniem firmy. Mamy tutaj do czynienia z membraną hybrydową, na którą składa się tytanowa kopułka oraz otaczająca ją napylana złotem folia. Całość nazywa się GTC, a w pełnym brzmieniu „Gold titanium compund technology”.

Po recenzowanych wcześniej japońskich Sonorousach X – mamy kolejnego producenta, który postawił na tytan. I ktoś mógłby powiedzieć, że na tytanową membranę całościowo, jednak po głębszej analizie okaże się, że wcale tak nie jest. Bo porównując Xy do Edition 15 widać, że w przypadku japońskich słuchawek cała membrana jest z metalu, natomiast w przypadku Ultrasone – metalowy jest tylko jej środek. Pozwalając sobie na mały komentarz w tym przypadku – można tutaj śmiało zaryzykować pewną tezę odnośnie potencjalnego porównania pomiędzy Xami a Edition 15. A mianowicie, że podobieństw między najwyższymi Sonorousami a Ultrasone Edition 15 można będzie się spodziewać tylko w obecności tytanu w ich membranach. I w niczym więcej. Bo może się okazać, że to dwie różne, naprawdę odległe od siebie szkoły prezentacji i całościowej estetyki brzmienia.

Ultrasone Edition 15

O brzmieniu słów niekoniecznie kilka

Ultrasone Edition 15 grają w sposób zrelaksowany, można by powiedzieć, iż elegancki. Że ich brzmienie w jakiś sposób naśladuje wygląd, aczkolwiek byłoby to już zdecydowanie zbyt daleko idące uproszenie. W porównaniu chociażby do zarówno Finali Sonorous X, czy modeli Sonorus XI, Edition 15 grają szerszym planem, w sposób zdecydowanie bardziej oddalony a jednocześnie bardziej rozłożysty.  Przy czym barwa jest wyrazista, góra jest czytelna i oddalenie nie wynika tutaj z daleko idącej zabawy charakterystyką przenoszenia. Bardziej bym tutaj doszukiwał się właśnie konsekwencji działania firmowego systemu S-Logic EX.

Jednocześnie niezwykle ciekawą kwestią Edition 15 jest przy tym ich szybkość. Zwłaszcza, jak na słuchawki, które nie grają „w twarz”, a brzmieniem, jakie anglojęzycznie recenzenci określiliby terminem „laid-back”. Czyli – w tym przypadku – minimalnie wycofanego. Flagowe Ultrasone znakomicie reagują na, drobne nawet, zmiany w tempie, w motoryce i mikrodynamice utworów. A ścieżce dźwiękowej z „The Dark Knight” a konkretnie na moim ulubionym bonusowym „Rory’s First Kiss” Edition 15 dobitnie i wyraźnie pokazały swoją wyższość nad słuchawkami takimi, jak chociażby Sonorous VI czy stare, lecz wciąż dobre HD600. Dopiero zestawienie ich bezpośrednio z elektrostatycznymi Staxami pokazało, że można tutaj iść jeszcze dalej w gradacji i śledzeniu zmian tempa. Jednakże uznanie należy się tutaj za to, że Ultrasony oddają rzeczone zmiany w tempie bez wysiłku, a przy tym nie uciekając się do dziwnych zabiegów typu podbicie jakiegoś wąskiego zakresu pasma.

Ogólnie Ultrasone Edition 15 to takie słuchawki bardziej do długiego słuchania, gdzie barwa jest po zdecydowanie pastelowej stronie. A przy tym nigdy nie popada w natarczywość i nigdy nie drażni.

Jednocześnie Edition 15 mają też swoje bardziej ukryte moce, które ujawniają się nierzadko w mało oczekiwanych momentach. Czyli wtedy, kiedy myślimy, że już dany fragment utworu słyszeliśmy z każdej strony i w każdej możliwej interpretacji sprzętowej. Jedną z tych – jak się po czasie okazuje – unikalnych cech jest bardzo dobra umiejętność oddania naturalnej barwy wokali. Pozwolę sobie jeszcze raz tutaj zwrócić uwagę na przymiotnik „naturalnej”. Bardzo wyraźnie to słychać na płycie Annie Lennox „Diva”. Utwór „Precious” z tej płyty potrafi wielu słuchawkom i kolumnom przysporzyć sporych problemów, ujawniając rezonanse membrany w przypadku tych pierwszych i ogólne problemy ze spójnością w przypadku tych drugich. Tutaj brzmienie jest odpowiednio nasycone barwowo, odpowiednio chropowate. A jednocześnie nie sprawia, że chcemy po 30 sekundach zdjąć słuchawki z głowy albo zmienić utwór.

Jednakże w kontekście powyższego należy się jedna – i to bardzo istotna – uwaga. Ultrasone Edition 15 potrzebują bardzo dobrego źródła. I są na to źródło niezwykle czułe, jednakże nie oszukujmy się, słuchawki te nie kosztują też dwóch tysięcy złotych i poniekąd z definicji wymagają odpowiedniego towarzystwa. Uważałbym też na to, aby dobierając cały tor do flagowych Ultrasone wyjątkowo zwrócić uwagę na charaktery poszczególnych urządzeń w torze, mając na uwadze efekt końcowy. Bo jest też tak, że słuchawki te mają, a i owszem swój koloryt. I dlatego z miękko, ciepło brzmiącym przetwornikiem mogłoby być za słodko. Nie zmienia to faktu, że o ile z takim Fidelice RNDAC Edition 15 zabrzmiały po ciepłej stronie mocy, to wciąż w bez przegięć w żadną stronę. I wciąż doskonale, jednakże coś mi mówi, że jeszcze lepiej może być z precyzyjnym, monitorowym w charakterze źródłem i torem rozpatrując rzeczy bardziej całościowo.

W teorii wychodziłoby na to, że rozpatrując temat w kategorii cyfrowej, to bardziej źródło na Sabre, aniżeli AKM byłoby tutaj dopełnieniem. Ale jak wiadomo, w audio nie ma reguł i traktowałbym to bardziej, jako luźną sugestię.

Zwłaszcza, że – może się powtórzę – Ultrasone Edition 15 to trochę, a może nawet bardziej, niż trochę, wilk w owczej skórze. Przykład? Beyonce „Partition”. Najpierw, na początku tej jakże radosnej piosenki mamy bardzo dobre oddanie pogłosu, atmosfery. A potem wchodzi uderzenie basu. I to jest ten moment, kiedy Edition 15 wprowadza słuchacza w pewnego rodzaju zakłopotanie. Bo przy całej ich lekkiej, lecz jednak, pastelowości brzmienia słuchawki te mają naprawdę ogromną skalę dynamiki. Dodajmy jeszcze do tego, że bas jest w tym przypadku pół kroku w stronę brzmienia fizjologicznego, acz z jedną bardzo istotną uwagą. Otóż słuchawki wciąż zachowują szybkość i mamy nie tylko rozciągnięcie basu, ale także i jego kontur, zarysowanie oraz oddanie barwy. A przy tym brzmienie jest rozłożone na planach, ma charakterystyczne „odejście”. Co ciekawe, ich przestrzenny, można by rzec, że szeroki sposób grania trochę na początku zaskakuje, bo same słuchawki fizycznie do największych nie należą. Grają trochę jak poprawnie skonstruowane monitory podstawkowe z ukrytą z tyłu dodatkową membraną. Bo patrząc tylko przez pryzmat wagi i rozmiarów nie spodziewamy się tego, co sieje się później.

Kolejna sprawa – barwa. Mam nieodparte wrażenie, że Edition 15 to słuchawki dla ludzi, którzy właśnie chcą mieć tą konkretną, pozbawioną natarczywości barwę, a przy tym nie chcą iść na kompromisy w zakresie szczegółowości i sceny. I też są propozycją dla wszystkich tych, którzy chcą mieć słuchawki, które koncentrują się na całościowej atmosferze nagrania, które nie popadają w ultra-detaliczność za wszelką cenę. Bardzo wyraźnie to słuchać na Fleetwood Mac „Isn’t It Midnight (2017 Remaster)”. Tutaj dobitnie wychodzi to, że te słuchawki pokazują doskonale barwę, strukturę harmonicznych. A jednocześnie robią to z pewnego dystansu, albo jeszcze lepiej to ujmując: z perspektywy. I jakbym miał wskazać największą różnicę między flagowymi Ultrasone a Sonorousami X – to byłoby to właśnie to. X graja kompletnie bezpośrednio. A przy tym potrafią, a i owszem, bezpardonowo przekroczyć granicę. Edition 15 to z kolei zupełnie inna historia.

A jeżeli już jesteśmy przy porównaniach, to ciśnie się jeszcze na palce kolejne. Może się ono co prawda wydać zaskakujące, ale tak jest. Otóż sposób prezentacji oferowany przez Ultrasone, zwłaszcza w przypadku modelu otwartego nieodparcie kojarzy się z najbardziej udanymi modelami głośników firmy… Martin Logan. Tak, mowa o tych dużych elektrostatach. O modelach takich, jak SL3 czy późniejsze konstrukcje.

Idąc z tymi porównaniami dalej, to pozostało jedno, na koniec. I najważniejsze.

Edition 15 vs Edition 15 Veritas – czyli im dalej w las, tym drzewa dziwniejsze

W tej kwestii to wcale nie jest tak, że jedne są jednoznacznie lepsze, a drugie w jakiś sposób wyraźnie gorsze. To oczywiście można było w sumie przewidzieć. A przy tym można jednak wyszczególnić, wyizolować pewne cechy, które są indywidualne dla każdej wersji. Patrząc z perspektywy sceny to wersja zamknięta ma ją – co logiczne – węższą, bliższą. A jednocześnie można odnieść też wrażenie, że lepiej zogniskowana.

Ultrasone Edition 15

Otwarte są w tej kwestii faworytem, posiadają też większą całościowo skalę. No i szerszą na boki scenę. A przy tym wydarzenia na niej mają więcej energii, więcej oddechu. I ten właśnie oddech, powietrze – to jest w przypadku takich słuchawek, jak Edition 15 istotne, bo te konkretne cechy doskonale uzupełniają ich barwę.

Z drugiej zaś strony Edition 15 Veritas prezentują brzmienie bardziej monitorowe. Na Portishead „Roads” wydarzenia były bardziej skupione na środku i bardziej przed słuchaczem.

Dlatego też nie odważyłbym się jednoznacznie zawyrokować, że wersja otwarta jest lepsza. Wskazałbym na nią, jako na tą, która ma ostatecznie, finalnie większy potencjał. Jednocześnie mam wrażenie, że nad wersją zamkniętą też się odpowiednio pochylono. To już nie do końca te czasy, kiedy słuchawki zamknięte grają jakąś jedną, stereotypową manierą. Żeby było ciekawiej, to otwarta ma bardziej radosną charakterystykę, śmielej sobie poczyna na skrajach pasma.
Na Hoovephonic „Inhaler” zamknięta mocniej akcentuje, przybliża detale na środku. I to właśnie tutaj dopatrywałbym się największych różnic.

Ultrasone Edition 15 – dla kogo?

W audio nie ma chyba jednej, jedynej uniwersalnej recepty dla wszystkich. Oczywiście, można by polemizować, czy nie chodzi przypadkiem o to, aby iść w stronę kompletnego, całościowego realizmu reprodukcji. Tylko – i tu wbiję trochę kij w mrowisko – co na to powiedzą zwolennicy triod typu 300B? Albo posiadacze wzmacniaczy lampowych w konfiguracji push-pull z transformatorami posiadającymi gigantyczną histerezę rdzeni? Może jednak nie idźmy tą drogą i nie prowokujmy świętej wojny. A skupmy się nad tym, czym są Ultrasone Edition 15 w swojej istocie. Czy to słuchawki dla każdego? Otóż – nie. Uważam, że nie ma takich. To słuchawki dla świadomego, wymagającego klienta. Ale, tak rozpatrując sprawy całościowo – trudno jest oprzeć się wrażeniu, że wydając, jakby nie patrzeć, kilkanaście tysięcy polskich złotych na słuchawki, to jednak nie robi się tego przypadkiem. Trzeba wiedzieć, czego się chce. Chociaż w zarysie.

Ultrasone Edition 15 to również słuchawki dla wszystkich tych, którzy chcą barwy, chcą mieć słuchawki w pewnej mierze bezkonfliktowe a jednocześnie z dużą klasą. Ich unikalność nie polega na wyśrubowaniu jednej, czy dwóch cech na poziom stratosfery. Bardziej tutaj chodzi o kombinację barwy, przestrzeni, jednocześnie sprytnie zachowując te wszystkie obiektywne cechy, jak szybkość, detal, czy całościowy wgląd w nagranie.

Gdyby ktoś z głębszym portfelem zapytał mnie, jakie ma słuchawki kupić, takie do słuchania, to nie wdając się już a audiofilską polemikę i dywagacje, na tę chwilę Edition 15 byłby wysoko na liście. To brzmienie naprawdę może się podobać. Także wszystkim tym, którzy preferują inny sposób prezentacji. I niech to najlepiej świadczy o ich klasie.

Dystrybutor: MIP http://www.mip.bz
Strona produktowa Ultrasone Edition 15: https://ultrasone.com/product/ultrasone-edition-15/?lang=en
Strona produktowa Ultrasone Edition 15 Veritas:
https://ultrasone.com/edition-15-veritas/?lang=en

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*