Recenzja słuchawek bezprzewodowych. Część I: Beyerdynamic Aventho Wireless i Bowers&Wilkins PX

Beyerdynamic Aventho Wireless

Częśc pierwsza recenzji, Beyerdynamic Aventho Wireless oraz B&W PX.

Rynek przenośnego sprzętu audio rozwija się na przestrzeni ostatnich kilku lat niezwykle dynamicznie. Doskonałym tego przykładem są najnowsze modele słuchawek bezprzewodowych, które cieszą się coraz większym zainteresowaniem.

W recenzji tej proponuję przyjrzeć się czterem parom słuchawek, dzięki którym możemy uwolnić się od kabla. Przy czym trzej producenci (Sennheiser, Beyerdynamic i Sony) będą prawdopodobnie doskonale znani entuzjastom urządzeń przenośnych i studyjnych. Czwarty natomiast, to firma znana bardziej z produkcji kolumn głośnikowych, czyli brytyjski Bowers&Wilkins.

Warto również zaznaczyć, że słuchawki bezprzewodowe wcale nie są takimi prostymi urządzeniami, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. W porównaniu do „zwykłych” słuchawek muszą one nie tylko bezprzewodowo, w dodatku bez zakłóceń odebrać sygnał audio, to jeszcze przetworzyć go na postać analogową. Ponadto, przy rozmiarach bardzo podobnych do zwykłych nauszników trzeba gdzieś jeszcze zmieścić zasilanie, przetworniki i całą elektronikę. Zazwyczaj słuchawki bezprzewodowe oferują dzisiaj także dodatkowe funkcje, jak chociażby redukcja szumów otoczenia, czy sterowanie odtwarzaniem. Tak wygląda to oczywiście w teorii. A jak w praktyce?

 

Beyerdynamic Aventho Wireless

Beyerdynamic w swoich materiałach promocyjnych wyraźnie zaznacza, że zastosował w Aventho Wireless technologię Tesla. W dużym skrócie, chodzi tu o użycie nowatorskiego (jak na słuchawki, bo spotkany był on wcześniej w głośnikach) układu magnetycznego, który ma oferować zarówno wysoką skuteczność, jak i niskie zniekształcenia.

Na samej stronie firmy Beyerdynamic jest taka, krótka informacja odnośnie zalet tej technologii:

„Headphones with sound transducers with Tesla technology sound louder, have less distortion, exhibit a wider frequency response and sound more precise. In addition, they can reproduce higher sound levels without any distortion. Music therefore sounds cleaner and more transparent, the stage of instruments becomes more tangible and the output of the device is used even better. Higher sound pressure levels can also be achieved.”

(„Słuchawki z przetwornikami z technologią Tesla brzmią głośniej, mają mniej zniekształceń, wykazują szerszą charakterystykę przenoszenia i brzmią bardziej precyzyjnie. Dodatkowo, mogą odtworzyć wyższe natężenia dźwięku bez żadnych zniekształceń. Muzyka przez to brzmi czyściej i jest bardziej przejrzysta, rozmieszczenie instrumentów staje się bardziej namacalne i sygnał z urządzenia jest lepiej wykorzystany. Mogą być także osiągnięte wyższe poziomy natężenia dźwięku”).

Powyższy cytat przytoczony jest nie bez kozery. Trzeba jednak w tym miejscu zaważyć, że nie jest też tak, że wszystkie słuchawki tej niemieckiej firmy, posiadające przetworniki w technologii Tesla brzmią tak samo. Same przetworniki, jakie są zastosowane to jedno, natomiast wynikowe brzmienie to suma wielu innych czynników. Co więcej, w przypadku słuchawek nie dość, że zamkniętych, to jeszcze bezprzewodowych – czynniki te mogą być znaczące.


Opakowanie i akcesoria:

Beyerdynamic nie dodaje do Aventho Wireless twardego etui. Znajdziemy za to miękki, dobrze wykonany worek z grubej, przyjemnej w dotyku tkaniny. W zestawie jest też kabel do podłączenia przewodowego, adapter do samolotu oraz instrukcja. Trudno się do czegoś przyczepić, chociaż ze względu na brak twardego etui pozostaje jednak pewien niedosyt.


Budowa, kwestie techniczne, ergonomia:

Wiadomo, że o gustach się nie dyskutuje, dlatego też ocenę wyglądu pozostawiam Państwu. Nie można się jednak w żaden sposób przyczepić do wykonania. Bo trzyma ono poziom. Inną zaś kwestią jest to, że spośród wszystkich słuchawek w tym teście, są to tak naprawdę jedyne słuchawki nauszne, a nie wokółuszne. Ergo: są one najmniejsze, co jednocześnie nie oznacza, iż najleższe. Chociaż tutaj średni cieżar w połączeniu z niewielkimi wymiarami sprawia wrażenie solidności. Jeżeli zaś chodzi o ergonomię, to trzeba zwrócić uwagę na to, że w przypadku dłuższych odsłuchów w upalne dni może być problem, bo gąbki Aventho naciskają bezpośrednio na uszy.

I jeszcze jedno. Beyerdynamic Aventho Wireless, jako jedyne w tej recenzji, nie mają systemu aktywnej redukcji szumów. Przy czym izolacja, jaką oferują jest całkiem dobra – oczywiście, jak na zamknięte słuchawki bez żadnych systemów wspomagających. Trzeba na to brać poprawkę i przemyśleć, w jakim otoczeniu będziemy ich używać, bo o ile w cichszym taki poziom izolacji powinien wystarczyć, to jednak np. w samolocie – może być problem.


Łączność i bateria:

Słuchawki te wspierają: Bluetooth, AAC, AptX, AptX HD.

W kwestii codziennego użytkowania – nie było z nimi żadnych problemów, szybkie parowanie, zero zawieszeń i żadnych przykrych niespodzianek.

Beyerdynamic podaje, że czas pracy na baterii wynosi ok. 30 godzin od pełnego naładowania. Zaraz po włączeniu usłyszymy: „Power on. Battery XX percent” – słuchawki głosowo informują o poziomie naładowania. Jest to dość dokładne a Aventho Wireless na pełnym naładowaniu wytrzymały za pierwszym razem 28 a za drugim 31 godzin. Można więc uznać deklarację producenta odnośnie czasu pracy na baterii za zgodną z prawdą. Przy wyłączaniu usłyszymy „Power Off”, dzięki czemu nie trzeba się domyślać, czy dobrze wcisnęliśmy przycisk odpowiadający za ich wyłączenie.


Aplikacja:

Beyerdynamic dedykuje do Aventho Wireless aplikację MIY. Jest ona wynikiem współpracy z firmą Mimi Hearing Technologies i głównym jej zadaniem jest personalizacja, dopasowanie brzmienia do naszego słuchu. Sama procedura trwa 3-4 minuty i polega na odsłuchiwaniu serii pojawiających się i znikających dźwięków, najpierw w jednej, potem w drugiej słuchawce oraz przytrzymywaniu wirtualnego przycisku w momencie, kiedy ten dźwięk słyszymy. Procedura jest prosta i powinno się ją wykonywać w cichym otoczeniu. O ile można by się zastanawiać, czy nie powinna być krótsza to jednak należy tutaj zwrócić uwagę, że w zasadzie wykonuje się ją tylko raz. Poza tym musi jednak chwilę trwać, jeżeli ma być dokładna.

Dodatkową funkcją aplikacji MIY jest jeszcze regulacja czułości panela dotykowego. Jeżeli chodzi o jej funkcjonalność, to by było w zasadzie tyle. I nic w tym dziwnego, bo pamiętajmy, że to słuchawki bez aktywnej redukcji szumu, więc funkcjonalność aplikacji odzwierciedla tą słuchawek.

Brzmienie:

Co by nie mówić o technologii Tesla, to faktem jest, że brzmienia Aventho Wireless nie da się pomylić z żadnymi innymi słuchawkami w tym teście. Co więcej, można smiało postawić tezę, że jest to w dużej mierze brzmienie, obok którego nie da się przejść obojętnie.

Tutaj dość istotna uwaga – należy koniecznie skorzystać z wbudowanej aplikacji MIY
i spersonalizować słuchawki, bo w innym przypadku wysokie tony mogą się naprawdę dawać we znaki.

Beyerdynamic Aventho Wireless to przede wszystkim szybkość, zróżnicowanie, nasycona barwa i duże możliwości w kwestii maksymalnej głośności. Ale też kreślenie muzyki wyraźną kreską, zdecydowanie, brak zawahania, energetyczność.

Niskie tony to nie do końca przykład chirurgicznej precyzji, kontroli i ataku, są one bardziej „fizjologiczne”, wypełnione, lecz jednocześnie nie tak równe, jak np. w przypadku Sony WH-1000XM2. Natomiast nie ma też mowy o nadmiernym ich wyeksponowaniu, to bardziej kwestia tego, że są płynnie scalone ze środkiem pasma, wpisują się w całokształt brzmienia. Między niskimi tonami a średnicą nie ma też żadnego dołka, który jednak czasami jest w słuchawkach (i nie tylko) spotykany. W przypadku Aventho Wireless bas zawsze będą bazą, podstawą nagrania a kiedy trzeba, potrafi zaprezentować potęgę.

Bas i wysokie tony w Beyerdynamic Aventho Wireless

Zejście basu potrafi być naprawdę zaskakujące i tutaj aż nasuwa się refleksja odnośnie tego, że jest ono w Aventho Wireless dużo lepsze, aniżeli w wielu przypadkach średnio dobranych do możliwości żródła słuchawek przewodowych. Jedyne, czego tutaj brakuje, to wyrównania, jakie występuje w Sony WH-1000XM2. Jeszcze porównując do Momentum – to w tych ostatnich bas jest bardziej utwardzony, konturowy, minimalnie podbity na przełomie średniego i wyższego basu. Cóż, de gustibus…

Drugi koniec pasma z kolei, wysokie tony, to najbardziej charakterystyczna i jednocześnie dyskusyjna cecha tych słuchawek. Są one nie dość, że bardzo wyraźnie zaznaczone, to jeszcze mają tendencję do grania po zdecydowanie ostrej i jasnej stronie. Sytuacja staje się bardziej kontrolowana po zastosowaniu aplikacji MIY, wtedy góra łagodnieje, jest gładsza i bardzej liniowa. Jednakże prezentacja wysokich tonów wciąż jest dobitna, potrafią one także mocno podkreślić sybilanty. Wcale nie znaczy to, że góra pasma w Aventho Wireless gra jednostajnie, bo tak nie jest. Jednocześnie, trzeba też zwrócić uwagę na dwie istotne rzeczy. Po pierwsze: brzmienie góryw trakcie tej recenzji lekko złagodniało. A po drugie: mimo wszystko, takie wysokie tony jednak pasują do tych słuchawek, i co by nie mówić, słychać tutaj więcej, niż np. na Momentum Wireless, które są na drugim biegunie, w stosunku do Aventho Wireless, jeżeli chodzi o prezentacje wysokich tonów.

Środek pasma…

…to z kolei największa zaleta tych słuchawek. Bo o ile są to słuchawki dla osób preferujących bardziej zdecydowaną prezentację soniczną, to w tym paśmie nie ma już żadnych anomalii. Średnie tony są bliskie, gęste, barwa jest po zdecydowanie ciepłej stronie mocy, a przy tym wszystko jest czytelne. Siła tych słuchawek tkwi w tym, że potrafią one angażować. Przykładowo, B&W PX grają dźwiękiem zdecydowanie bardziej oddalonym i zdystansowanym. Założenie Aventho Wireless na głowę przywraca witalność muzyce. I to nawet nie jest kwestia tego, które są lepsze, a które gorsze. Aventho Wireless mogą zacząć po pewnym czasie drażnić. PXy z kolei mogą być za mało angażujące.

To bardziej kwestia preferencji. Jednocześnie należy zaznaczyć, że środek pasma w niemieckich słuchawkach nie jest też ostatnim słowem w kwestii separacji. Tutaj poziom jest naprawdę bardzo zbliżony pomiędzy recenzowanymi modelami (w końcu wszystkie to konstrukcje zamknięte). Różnice w prezentacji detali oczywiście są. Jedak bardziej wynikają one w każdym przypadku bardziej z ogólnego charakteru, aniżeli z tego, że któreś z testowanych w tym zestawieniu słuchawek są w jakiś sposób wyraźnie lepsze w tym zakresie od innych.

Jeżeli chodzi o scenę w Aventho Wireless, to jest ona budowana bardziej na linii prawa-lewa słuchawka, aniżeli w jakiś sposób bardziej dookólnie. I jednocześnie, jest w pewnym sensie odwrotnoscią tego, co proponuje nam właśnie np. Bowers&Wilkins PX. W przypadku Aventho scena jest zdecydowanie bardziej skupiona w głowie, najbardziej, można by rzec IEMowa. Chociaż nie należy tego wcale odbierać, jako przytyk, bo w końcu ani to nie Staxy, ani nie Sennheisery HD800. Pamiętajmy wreszcie, że Avento Wireless to słuchawki zamknięte, na dodatek z najmniejszymi muszlami w całym zestawieniu. Praw fizyki nie da się oszukać.


W skrócie:

To bardzo charakterystyczne słuchawki, żadne inne nie budzły tak skrajnych emocji, czy reakcji, jak właśnie Aventho Wireless. Trudno jednocześnie oprzeć się wrażeniu, że jednak coś jest na rzeczy w związku z zastosowaną taką, a nie inną technologią przetworników (Tesla). Jednocześnie nie było z nimi żadnych, jakichkolwiek problemów praktycznych. Jeżeli ktoś jest w stanie zaakceptować ich wysokie tony, albo szuka tego typu prezentacji – to będą to świetne słuchawki.

 

B&W PX 

Wprowadzenie:

Nic dziwnego, że Bowers&Wilkins PX budzą spore oczekiwania. Stoi za nimi przecież dokładnie ta sama firma, która swego czasu wyprodukowała (i produkuje aż do dzisiaj) kultowe już Nautiliusy, które wciąż uważane są za jedne z najlepszych głośników dynamicznych na świecie.

Faktem jest także, że po słuchawkach tych wyraźnie „czuć”, iż włożono w nie sporo pracy. To nie tylko widać gołym okiem. Wystarczy chociażby zajrzeć do instrukcji (dawno nie widziałem tak długiej i dokładnej w sprzęcie przenośnym), oraz zapoznać się ze wszystkimi ich funkcjami. Co więcej, producent deklaruje oczywiście „best-in-class sound”. Rzeczywistość jest nieco inna, jak to nierzadko bywa. Co oczywiście nie znaczy jednocześnie, że od razu gorsza.


Opakowanie:

Podobnie, jak w przypadku Aventho – tutaj także nie dostaniemy twardego etui. Worek natomiast sprawa wrażenie eksluzywnego i bardzo pasuje do ogólnej koncepcji słuchawek. Reszta w standardzie, czyli dwa kable i instrukcja.

Budowa, kwestie techniczne, ergonomia:

W kwestii samego wykonania: są to najlepiej wykonane słuchawki tego testu. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Są też ciężkie, w sensie takim, że ich ciężar jest na tyle większy od innych słuchawek w tym teście, że nie trzeba ich stawiać na wadze, żeby to zauważyć. To pierwsza kwestia. Druga jest taka, że chociaż są one wokółuszne, to ich muszle są bardzo twarde i dla osób np. w okularach może to być problem.

Jeszcze inną kwestią jest także to, że w przeciwieństwie do Sony WH-1000XM2 i Aventho Wireless – sterowanie odbywa się tutaj za pomocą przycisków, nie ma żadnego touch-pada, ani też innych podobnych wynalazków. Z kwestii praktycznych zaś, należy pamiętać, iż mały (w zasadzie za mały, ale to taka drobna uwaga) przycisk odpowiadający i za zasilanie i za parowanie słuchawek można i przesunąć i nacisnąć. Bez wiedzy o tym można próbować parować te słuchawki w nieskończoność.

 


Łączność:

Słuchawki wspierają i SBC, AAC i AptX-HD. Co ważne, wspierają też multi-pairing, mogą być podłączone do dwóch (maksymalnie) urządzeń jednocześnie. Pomijając kwestię tego, że trzeba pamietać o tym, że aby sparować słuchawki, należy wcisnąć (a nie przesunąć) przycisk, który odpowiada i za włączanie i za parowanie słuchawek – to z samym parowaniem nie było żadnego problemu.

Ciekawą natomaist funkcją, unikalną dla tych słuchawek jest możliwość podłączenia ich poprzez kabel USB z komputerem – funkcjonalnie działają wtedy one, jako DAC (na kablu) ze słuchawkami.


Bateria:

B&W podaje, że długość pracy na wbudwanej baterii to 22 godziny. Niewątpliwie pomaga tutaj czujnik zbliżeniowy, w jaki PXy są wyposażone – po zdjęciu ich z głowy słuchawki przechodzą w tryb „standby”. Tak czy inaczej, w teście bliżej im było do wartości 18-20 godzin, co nie jest złym wynikiem.


Aplikacja:

Dedykowana do PX aplikacja jest dużo bardziej rozbudowana, niż chociażby w przypadku tej do Aventho. Nic w tym dziwnego, ponieważ funkcjonalnie PXy oferują dużo więcej – posiadają przede wszystkim aktywną redukcję szumów otoczenia. Z poziomu aplikacji można ją regulować i oferuje ona (w trybie włączonym) trzy ustawienia: „Office”, „City” oraz „Flight”. Nie trudno domyślić się, że w przypadku tej pierwszej wycinanie szumów jest najmniej agresywne a ostatni tryb działa najmocniej i jest dedykowany do samolotu. Dodatkowo, jest jeszcze funkcja „Voice pass-through”, którą można także regulować. Umożliwia ona – podobnie, jak w Sony – słyszenie ludzkiego głosu z zewnątrz w momencie, kiedy włączona jest redukcja szumów.


Brzmienie:

Ze wszystkich recenzowanych tym razem słuchawek, to właśnie B&W PX mają brzmienie, że tak powiem, najbardziej „audiofilskie”. Cóż to znaczy? Otóż właśnie to określenie nasuwa się po pierwszych chwilach odsłuchu. PXy na początku wydają się grać dźwiękiem lekko oddalonym. Co więcej, wydaje się, jakby miały pewnego rodzaju pogłos, który w dodatku wcale nie wydaje się być taki naturalny. Oczywiście dłuższy odsłuch pokazuje więcej.

Bas nie jest tutaj tak silny, jak w Aventho, w zasadzie bas jest tutaj najmniej wyróźniającą się częścią pasma. Po prostu jest, ale też nie epatuje słuchacza ani niesamowitą dynamiką, ani też bardzo niskim rozciągnięcem. Co więcej, wyższy bas i przełom basu i środka może się okazać dla niektórych nieco podbity, chociaż nie można tutaj też mowić o nadmiernej przesadzie.

Natomiast faktycznie mamy dobrą selektywność, szczegółowość dźwięku. Wrażenie czystości i separacji potęgowane jest poprzez dość specyficzny sposób budowania sceny. Jest ona trochę cylindryczna, nie jest to scena budowana na linii przetworników, na linii lewa-prawa słuchawka. PXy starają się czasami grać wręcz dookoła głowy, niektóre dźwięki mogą zaskoczyć, bo pojawiają się nagle gdzieś z boku. Ponadto, o ile np. w przypadku Aventho wysokie tony mogą podzielić słuchaczy, to w przypadku Bowers&Wilkins PX będzie to sposób budowania sceny.

Bowers&Wilkins PX – na innym biegunie, niż Beyerdynamic Aventho Wireless

Przy tym wszystkim środek pasma podany jest neutralnie, lecz jednocześnie raczej chłodno. Emocje są uspokojone, na korzyść czystości i czytelności brzmienia. I faktycznie, PXy to najczyściej brzmiące słuchawki tego testu. Wrażenie to wspomaga sposób reprodukcji wysokich tonów, które pod względem czystości wiodą prym w tym teście. Są po prostu czyste, podbarwienia są mocno zredukowane a jednocześnie grają selektywnie, zwiewnie. W tej recenzji porównawczej, to właśnie wysokie tony w Bowers&Wilkins PX były najbliżej tego, co potrafią zaoferować dobre, otwarte słuchawki, takie, jak chociażby Sennheiser HD600. Całościowy sposób grania składa się na to, że na PXach słychać więcej, brzmienie jest bardziej rozdzielcze, ale z drugiej strony barwa jest chłodniejsza, niż np. w Sony WH-1000XM2.

Dlatego też nie bez powodu Bowers&Wilkins PX znalazły się w tej samej, pierwszej części recenzji słuchawek bezprzewodowych, co Beyerdynamic Aventho. Bo chociaż są zupełnie od nich inne, to mają jedną cechę wspólną – grają inaczej, z zupełnie inną manierą, charakterystyką, aniżeli zarówno Sony WH-1000XM2, jak i Sennheiser Momentum Wireless. Te dwie ostatnie mają tak naprawdę więcej podobieństw, aniżeli różnic. B&W i Beyer to z kolei słuchawki, co prawda mniej „bezpieczne”, lecz przy tym zdecydowanie bardziej charakterystyczne. I to właśnie bardziej je z Aventho Wireless łączy, niż dzieli.

Bowers&Wilkins PX najlepiej grają z wyłączonym systemem aktywnej redukcji szumów. I jednocześnie brzmienie zmienia się, wraz z ustawieniami – najmniej inwazyjny będzie tryb „Office” a najbardziej „City” i „Flight”. Z aktywowanym systemem NC scena jest nieco węższa i barwa lekko spłycona, jednakże w trybie „Office” nie są to duże różnice.

Nawiązując jeszcze do tego, jakie pierwsze wrażenie robią te słuchawki, to należy – podsumowując – to rozwinąć. Otóż trudno się oprzeć wrażeniu, że Bowers&Wilkins PX są dźwiękową przeciwnością właśnie Aventho Wireless. Jest też tak, że ich największe zalety, czyli czystość i separacja pociągają za sobą taką, a nie inną – zdystansowaną, bardziej subtelną i powściągliwą – prezentację dźwiękową. Przy czym, to wcale nie jest przytyk, bardziej zauważenie pewnej prawidłowości.


W skrócie:

Nie da się ukryć, że najnowszy model od firmy Bowers&Wilkins rozbudził dość spore oczekiwania. Jednocześnie są to słuchawki, które wywołują na słuchaczu zgoła odmienne wrażenie, niż chociażby Beyerdynamic Aventho Wireless. Natomiast tak samo można stwierdzić, że jeżeli ktoś będzie szukał tej estetyki brzmienia, to będzie to doskonały wybór. I jest jeszcze jedna rzecz, dźwiękowo są one jednak bardziej bezpieczne od Aventho.

 

Słuchawki dostarczyła do testu firma Mp3Store. Na hasło „hifizone” – zniżka 5% na recenzowane modele. 

4 Komentarze

  1. Witaj.
    Mam PXy. Chętnie podpisałbym się pod Twoją recenzją.
    Rzetelna, dobrze napisana (bez wodolejstwa i „poezji” a’la Ryka)
    Wszak to tylko słuchawki BT. Fakt, przyzwoite słuchawki BT.

  2. Dziękuję za komentarz. Właśnie istotnym jest, by mieć na uwadze, że są to słuchawki nie tylko bezprzewodowe, ale też i zamknięte, przez co zawsze będą mieć swoje (mniejsze, lub większe – lecz jednak) ograniczenia. Ciekawe jestem swoją drogą, w którą stronę będzie ewoluować brzmienie bezprzewodowych słuchawek od Bowersa – bo mają one potencjał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*