Mola Mola Tambaqui – recenzja

Mola Mola Tambaqui to przetwornik cyfrowo-analogowy, który posiada nie tylko unikalną formę, ale i przemyślaną oraz kompletną funkcjonalność i nad wyraz zaawansowane rozwiązania techniczne. Jest to także jedno z tych urządzeń, które – jak się Państwo po przeczytaniu tej recenzji przekonają – będzie, a w zasadzie już jest, pewnego rodzaju punktem odniesienia dla wielu innych przetworników cyfrowo-analogowych. Tambaqui to też bardzo ciekawy i jednocześnie dużo dający do myślenia przykład urządzenia, które całkowicie, kompletnie podąża za pewnego rodzaju bardzo spójną koncepcją – i to nie tylko inżynieryjną. Bo Mola Mola to również pewna, chciałoby się rzec, bardziej całościowa i holistyczna filozofia projektowania sprzętu audio. A za filozofią tą stoi nie kto inny, jak sam Pan Bruno Putzeys. Nie bez kozery wspominam o tej jakże ciekawej postaci już na początku tej, dlatego że w tym akurat przypadku to, że sam fakt, że Tambaqui wyszło spod ręki takiej, a nie innej osoby – tłumaczy naprawdę bardzo wiele.

Historia i technika w (dużym) skrócie 

Przede wszystkim zacznijmy od samej postaci konstruktora. Pan Putzeys swoją wieloletnią karierę rozpoczął w firmie Philips, którą opuścił w 2005 roku, aby pracować w firmie Hypex i współtworzyć markę głośników Grimm Audio. Będąc jeszcze w Philipsie skonstruował kompaktowe wzmacniacze w klasie D rozpoznawalne pod nazwą UcD („Universal classD”). Wzmacniacze te produkował potem także Hypex. I to w tej ostatniej firmie powstały wzmacniacze w klasie D znane, jako Ncore, które zrobiły sporo zamieszania także, a może zwłaszcza w audiofilskim świecie. Dlaczego? Otóż cała seria wzmacniaczy opartych
o technologię Ncore reprezentowała poziom brzmienia do tej pory nie wiązany zazwyczaj z „cyfrową” – oczywiście upraszczając – technologią wzmocnienia. W międzyczasie założył Kii Audio no i właśnie markę Mola Mola. Przy czym o ile Kii Audio to bardzo zaawansowane technologicznie głośniki, produkowane nie tylko na rynek audiofilski, ale także i celujące w sektor pro-audio, to Mola Mola skupia się już stricte na produkcji elektroniki. Co interesujące, Mola Mola posiada w swojej ofercie kilka produktów: przedwzmacniacz Makua, przetwornik D/A Tambaqui, wzmacniacz zintegrowany Kula, końcówki mocy Kaluga. Co interesujące i wymaga jednocześnie dodatkowego wyjaśnienia: zarówno przedwzmacniacz, jak i wzmacniacz zintegrowany można dodatkowo rozszerzyć zarówno o moduł DAC, jak i także o przedwzmacniacz gramofonowy. Przy czym moduł tak, to dokładnie ta sama konstrukcja, która znalazła się w recenzowanym tutaj przetworniku Tambaqui. A przedwzmacniacz gramowony – to też ciekawy przypadek. Ciekawy dlatego, że w zdecydowanej większości – nierzadko bardzo drogich – preampów gramofonowych sygnał ze wzmacniacza dla wkładek MC kierowany jest do wzmacniacza obsługującego także wkładki MM. W przypadku przedwzmacniacza gramofonowego, jaki proponuje nam Mola Mola – mamy dwa całkowicie osobne tory sygnału – MM i MC, co oznacza, iż w obu przypadkach mamy równie krótką drogę sygnału.

Mola Mola Tambaqui

Ktoś mógłby tutaj zapytać, dlaczego o tym wspominam? Otóż dlatego, że chciałbym zwrócić uwagę na jedną rzecz. A mianowicie o to, że już patrząc przez pryzmat danych „na papierze” widać gołym okiem, że Mola Mola, to nieco inne podejście. Niezwykle rzetelne od strony inżynieryjnej a jednocześnie posiadające też wiele różnych smaczków. Smaczków w sensie takim, że to nie jest wcale tak, że liczą się tutaj tylko i wyłącznie same pomiary. Ale jeżeli już przy tych pomiarach jesteśmy, to trzeba też zwrócić uwagę na coś jeszcze innego: otóż recenzowany przetwornik Tambaqui wywołał swego czasu spore zamieszanie na dość znanym i jednocześnie bardziej obiektywnie podchodzącym do tematu portalu Audio Science Review, gdzie właśnie w pomiarach dosłownie zdeklasował całą konkurencję. Jest to o tyle też istotne, że Tambaqui kosztuje jednak pokaźną kwotę i dobrze by było, żeby chociaż te obiektywne parametry miał na pewnym określonym poziomie. Tymczasem tutaj jeżeli chodzi o przykładowo poziom szumów, czy zniekształcenia harmoniczne – przetwornik firmy Mola Mola jest tak naprawdę na granicy możliwości aparatury pomiarowej.

PWM DAC – a cóż to takiego?

Kolejną rzeczą, o jakiej warto wspomnieć, jeżeli już przy parametrach i w sumie także też technice jesteśmy – jest sama konstrukcja przetwornika. A bardziej konkretnie – jego rodzaj i zastosowana filtracja w domenie cyfrowej. Tutaj Tambaqui idzie swoją ścieżką, czyli mamy do czynienia z przetwornikiem zrealizowanym na kości FPGA korzystającym z technologii PWM (Pulse Width Modulation, z angielskiego: „modulacja szerokości impulsu”). Producent zarzeka się tutaj, że takie rozwiązanie – zacytujmy stronę producenta: „Avoids “sigma delta” tones and “R2R” glitch and low-level linearity errors.”

Inaczej rzecz ujmując – i przy tym nie wdając się za nadto w techniczne dywagacje – PWM ma zapewnić po prostu czystszy sygnał po konwersji, bez naleciałości, jakie (oczywiście zdaniem producenta) funduje nam zdecydowana większość konwerterów typu delta-sigma, czy multibit na rynku.

O torze analogowym oraz funkcjonalności słów kilka

Jeżeli chodzi o to, co dzieje się z sygnałem po wyjściu z przetwornika, to tutaj mamy do czynienia także z autorską konstrukcją Pana Putzeysa. Tor analogowy jest oparty o elementy dyskretne i jest oparty o konfigurację zbalansowanego single-ended. Topologia ta została już dość szeroko opisana w wielu miejscach, także nie będę tego opisu powielał. Dodam jedynie, że Tambaqui na pokładzie posiada także wzmacniacz słuchawkowy, do którego możemy także podłączyć słuchawki w trybie zbalansowanym.

Mola Mola Tambaqui

Ale mało tego, na pokładzie znalazła się także – bezstratna zdaniem producenta – regulacja głośności, oraz regulacja maksymalnego poziomu napięcia wyjściowego. To ostatnie możemy ustawić z całkiem przejrzystej aplikacji działającej zarówno pod systemem iOS, jak i Androidem. Co więcej, i niech to będzie taki ciekawostka: przetwornik Moli posiada także, uwaga, możliwość odtwarzania muzyki poprzez Bluetooth. Inaczej rzecz ujmując, możemy sparować go z komputerem, telefonem, czy jakimkolwiek innym źródłem i przesyłać bezprzewodowo sygnał.

No i ostatnia, najważniejsza w sumie rzecz. Zintegrowany w urządzeniu został także streamer. Na tylnej ściance mamy wejście Ethernet. Mola Mola Tambaqui jest także Roon Ready, co w dzisiejszych czasach ma niebagatelne znaczenie.

No i najważniejsze – brzmienie

Przede wszystkim jest jedna cecha, jaka w przypadku tego przetwornika ujawnia się niemalże od razu, już od pierwszych taktów odtwarzanych utworów. Cecha ta zostaje też nam dłużej w pamięci i jest to trochę też taki czynnik ukryty, acz decydujący w dużej mierze o całościowym charakterze brzmienia. Otóż w przypadku przetwornika Mola Mola Tambaqui mamy do czynienia z pewnego rodzaju zjawiskową wręcz czystością brzmienia. Trudno tutaj nie nawiązać jednocześnie do tego, co Bruno Putzeys napisał mi w mailu właśnie odnośnie braku sztucznie generowanych dodatkowych tonów, które obecne są w przeważającej większości przetworników bazowanych na układach delta-sigma. Słychać tutaj po prostu, że brzmienie pozbawione jest jakiegoś sztucznego, nienaturalnego dodatku, że czegoś jest mniej, ale to wcale nie oznacza, że mniej jest muzyki – bo jest wprost przeciwnie.

Bo właśnie względem tej czystości brzmienia Tambaqui to poziom minimalnie, ale jednak wyższy w stosunku chociażby do recenzowanego ostatnio zestawu Chordów. Tamte urządzenia – a mowa zarówno o TT2, jak i o M Scalerze – miały, czy też mają oczywiście swoje inne, jakby wrodzone zalety. Tu natomiast nacisk położono jednak na coś nieco innego, co dla niektórych – może być naprawdę niezwykle istotne. Tambaqui ma zupełnie inaczej, i można się pokusić o stwierdzenie, że unikalnie dobranych cech przewodnich.

Z tym przetwornikiem jest też tak, że jest to jednocześnie jedno z tych urządzeń, które w zasadzie gra też tak, jak o jego brzmieniu wspomina producent. Ergo: tutaj nie ma mowy o żadnych przypadkach. Z tym, że należy tutaj wspomnieć o jednym ciekawym aspekcie. Otóż można zaryzykować tezę, że nasze wyobrażenie brzmienia transparentnego i neutralnego zarazem może się nieco minąć z tym, co proponuje nam Tambaqui. Dlaczego? Otóż dlatego, że do najwyższej klasy urządzeń, które nastawione są na to, aby nie ujawniały się w torze często przypisywane są cechy, jakie do nich zupełnie, ale to zupełnie nie pasują. To wszystko oczywiście kwestia stereotypów, ale proszę mi wierzyć – Tambaqui to urządzenie oferujące taki poziom transparentności, neutralności i niewymuszonej precyzji, że wielu osobom może naprawdę wywrócić wyobrażenie o tych cechach do góry nogami.

Bo faktycznie, i tutaj znowu posilę się tym, co mówi o tym przetworniku producent: Mola Mola Tambaqui brzmi, jak muzyka. W tym przypadku mamy do czynienia z sytuacją, w której urządzenie o tak wysokim poziomie przejrzystości i bezpośredniości nas do tej muzyki właśnie przybliża. Jest też dlatego, że wraz ze wspomnianą transparentnością brzmienia idzie także w parze bardzo wyrafinowana dyskrecja w narzucaniu swojego charakteru. Bo – nie ukrywajmy – każde jedno urządzenie jakiś jednak swój własny charakter ma. Mniej, lub bardziej się ujawniający.

Dochodzimy w ten sposób niejako do sedna tejże recenzji – otóż w odsłuchach potwierdza się w nie w 99%, a wręcz w pełnych stu procentach to, że faktycznie ten przetwornik był projektowany pod kątem bycia jak najbardziej przeźroczystym dla sygnału. I w takim właśnie kontekście – patrząc przekrojowo przez szeroki repertuar muzyczny – trudno tutaj polemizować z efektem końcowym.

Jednocześnie, żeby nie było, że poruszamy się tylko po ogólnikach, to pozwolę sobie na odrobinę analizy konkretnych aspektów brzmienia, jakie oferuje nam Tambaqui.
W dodatku tutaj akurat, żeby było ciekawiej, poprzez pryzmat nieco odmiennego – niż zazwyczaj – repertuaru. Na The Faunts „M4, Part II” bardzo wyraźnie słychać wspomnianą czystość brzmienia. Wyraźnie słyszymy też, że mamy do czynienia z taką a nie inną muzyką. Mola nam niczego ani nie wypoleruje, ani też nie doda niepotrzebnej granulacji. Na – także The Faunts – „Das Malefitz” słychać też, że Tambaqui nawet zestawiona z tak sprawnymi w zakresie rytmiki i timingu urządzeniami, jak Chord TT2 zasilany sygnałem z M Scalera nie ma sobie nic do zarzucenia.

Z tym, że do tematu rytmiki oraz dynamiki Mola podchodzi jednak inaczej, niż wspomniany zestaw Chordów. Z jednej strony spokojniej, z drugiej zaś nie można mówić tutaj o żadnej ospałości. Bardziej powiedziałbym tutaj, że Tambaqui jest w tym zakresie nieco bardziej powściągliwym urządzeniem w porównaniu chociażby do Chorda, a jednocześnie potrafi być wilkiem w owczej skórze. Bo jak posłuchamy na nim chociażby Tangerine Dream „White Clouds” – to będziemy wiedzieć, dlaczego. Dla tych ciekawskich dodam tutaj: bębny na kultowej już płycie mandarynek odtworzone zostały wprost fenomenalnie. Tutaj mam wrażenie, że Mola w jakiś przedziwny sposób zmienia charakter także w zakresie rytmiki, jakby wyczuwając nagranie – i tam, gdzie trzeba przyśpieszyć, to po prostu to robi.

Mola Mola Tambaqui

Jeżeli zapomnimy o konwenansach i puścimy chociażby taki klasyk, jak Safri Duo „Played A-Live” to nagle okaże się, że tak zwany PRaT jest na poziomie stratosfery, tylko to raczej albo muzyka, albo – bądźmy szczerzy – pozostałe elementy systemu nie mają odpowiedniego rytmu.

Bo jedną z konsekwencji takiego poziomu realizmu i transparentności jest też to, że właśnie Mola Mola Tambaqui to taki faktycznie kameleon. Przechodząc w takie klimaty muzyczne, jak chociażby Portishead „Roads” nagle okazuje się, że jesteśmy w zupełnie innej galaktyce emocjonalnej. Mola Mola tutaj nagle spowalnia dosłownie wszystko, stając się w oka mgnieniu przetwornikiem o barwie i naturze niemalże lirycznej. Na tym utworze słychać też wyraźnie możliwości tego przetwornika w zakresie reprodukcji najważniejszego pasma i najważniejszego poniekąd elementu przekazu. Mowa o średnich tonach i ludzkim głosie. Bo właśnie głos wokalistki Portishead na „Roads” został pokazany fe-no-me-nal-nie. I nie chodzi tutaj tylko o jego umieszczenie w trójwymiarowej przestrzeni, chociaż to też. Bardziej w tym przypadku chodzi o to, że Mola jest w zjawiskowy wręcz sposób neutralna i bezbłędnie wręcz delikatna jednocześnie. Można by tutaj powiedzieć, że przetwornik ten obchodzi się z dźwiękiem, z każdym najdrobniejszym elementem przekazu z niebywałym pietyzmem, ostrożnością, starając się go przekazać najwierniej i najdokładniej, a jednocześnie przy tym w żaden sposób nie przybrudzić.

Pozwolę sobie jeszcze na chwilę wrócić do stereotypów, o jakich pisałem. Otóż Tambaqui to też przetwornik, który gra bezpośrednio – jak już wspomniałem. Ale żeby to bardziej uzmysłowić to powiem tak: nawet, skądinąd świetny AURALiC Vega G2.1 zdaje się jednak dawać pewnego rodzaju bardzo cieńką zasłonkę pomiędzy słuchaczem a wydarzeniami na scenie. Urządzenia Chorda to jakby w stosunku do AURALiCa drugi biegun – tutaj tej zasłony nie ma. Ale – porównując do Moli – można wyczuć pewne drobny charakter.

Mola Mola Tambaqui

Jednakże zmierzam tutaj do czegoś zupełnie innego. Otóż Mola nie ma żadnej zasłony, kurtyny na dźwięku, gra bezpośrednio i bez zawahania, lecz jednocześnie  jest pozbawiona jakichkolwiek swoich, sztucznych wyostrzeń w stopniu takim, że przetwornik ten de facto gra bardzo specyficznym, i rzadkim, trudnym dla wielu urządzeń do osiągnięcia – ciepłem.

Czy Mola Mola „brzmi, jak muzyka”

Odpwiedź jest bardzo prosta: tak. Tylko proszę wziąć pod uwagę to, że to jest urządzenie, które – moim skromnym zdaniem – adresowane jest do konkretnego, świadomego słuchacza. Takiego, który chociażby resztę systemu ma na odpowiednim poziomie. Z tego co, co wiem, to dystrybutor Moli w Polsce ma też kolumny Vivid Audio i nie ukrywam, że chętnie posłuchałbym takiego zestawienia. Bo specjalnie nie pisałem o takich „technicznych” aspektach, jak dół, góra pasma, czy przestrzenność. Bo te są na takim poziomie, że – proszę mi wierzyć, ich reprodukcja będzie zależeć w zdecydowanej mierze od reszty toru.

Jednocześnie mam też osobistą, bardziej subiektywną refleksję. Otóż takie urządzenia, jak Mola Mola Tambaqui są bardzo potrzebne w hi-endzie. Bo nagle okazuje się, że przetwornik za – nie ukrywajmy – 45 tyś PLN brzmi tak, że ta kwota nagle w naszym wyobrażeniu radykalnie maleje. Tutaj po prostu nie tylko czuć, ale i wyraźnie, bardzo wyraźnie słychać, za co płacimy. I, co równie ważne, że nie jest to wydmuszka z audiofilskim powietrzem w środku, a niesamowicie zaawansowane urządzenie, któremu ktoś poświęcił nie tylko czas, ale i – co chyba w tym wszystkim ważniejsze – także i serce.

Dlatego też z mojej strony pełna rekomendacja.

Cena: 45900 PLN
Dystrybutor: Sound Source http://www.soundsource.pl

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*