Fidelice RNDAC – recenzja

Fidelice RNDAC

Fidelice RNDAC, czy też Rupert Neve Designs Precision Digital-to Analog Converter to – jak sama nazwa wskazuje – przetwornik cyfrowo-analogowy, który jest najnowszym dziełem firmy będącej w świecie pro-audio swoistą legendą. Za firmą tą stoi Rupert Neve, człowiek będący jednym z pionierów w zakresie konstrukcji konsolet mikserskich, przedwzmacniaczy oraz wielu innym mniej, lub bardziej niezwykłych urządzeń studyjnych. Historia tego Pana sięga – uwaga! – lat czterdziestych (nie, to nie pomyłka) minionego wieku. Już wtedy Rupert konstruował radia oraz systemy nagłośnieniowe, a w latach 50-tych założył firmę CQ Audio produkującą głośniki i wzmacniacze. Nieco później, bo w latach 60-tych kompozytor Desmond Leslie (z tym człowiekiem też związana jest pewna ciekawa historia, ale to może innym razem) zlecił Rupertowi zbudowanie miksera. Następnie powstała firma Neve, a później – historia staje się jeszcze ciekawsza. Obfitując przy tym w wiele zwrotów akcji oraz jeszcze więcej ciekawych urządzeń. I proszę mi wierzyć – kiedyś się tej historii przyjrzymy z bliska, bo zdecydowanie wykracza ona poza spektrum tejże recenzji.

Jednocześnie zaznaczyć trzeba, że w przypadku Fidelice Precision Digital-to-Analog Converer, określanego także, jako RNDAC – możemy się spodziewać naprawdę wiele. A jest tak dlatego, że w tej konkretnej sytuacji mamy do czynienia nie tylko z dziełem firmy posiadającej lata praktyki i doświadczenia tam, gdzie urządzenia działać i także dobrze brzmieć po prostu muszą. Firma ta również jasno określa już na opakowaniach swoich produktów, czego można się po nich spodziewać. Naprawdę trudno jest przeoczyć wcale niemały napis, będący przy tym dość poważną deklaracją. A deklaracja ta brzmi tak: „Studio sound comes home”.

Mało tego, RNDAC nie jest też urządzeniem tanim. Inaczej rzecz ujmując: daleko mu i do półki budżetowej i nawet do całkiem obleganej, popularnej wbrew pozorom niszy. Czyli takiej pomiędzy urządzeniami wyceninionymi bliżej średniej krajowej a tymi aspirującymi już do hi-endu. Bo przetwornik Fidelice kosztuje lekko uśredniając 25 tyś polskich nowych złotych. Można by powiedzieć, że to dużo. Ale prawdą też będzie, iż oferta w tym segmencie jest także całkiem spora. Mamy tutaj Myteka Manhattan DAC, czy chociażby przetworniki Auralica z serii Vega G2. Nie wspominając już o wielu innych tańszych i droższych acz oscylujących wokół powyższej kwoty produktach, które naprawdę można by długo wymieniać. Inną zaś kwestią będzie to, że urządzenie – jakby nie było – faktycznie pretenduje już do hi-endu i z tej perspektywy sprawy wyglądają jeszcze inaczej.

W kontekście powyższego trzeba zadać już na wstępnie bardzo istotne pytanie: jak RNDAC plasuje się w swoim segmencie? Czy jest to urządzenie tylko a może i aż po prostu dobre, czy też może należy na nie zwrócić szczególną uwagę?

Pytanie to staje się też szczególnie istotne, jeżeli spojrzymy też na kontekst pochodzenia oraz konstrukcji tego przetwornika.

Bo jeżeli o konstrukcję chodzi…

…to już patrząc na rodzaj użytego przetwornika – a jest nim kość firmy AKM – mamy tutaj odejście od pewnego, zdawało by się dość popularnego wzorca. Za wzorzec ten można uznać korzystanie albo z kości firmy ESS (jak robi to chociażby Mytek, Audio Analogue, Auralic i wiele innych producentów), albo też z rozwiązań opartych o układy FPGA (Chord) i różne implementacje technologii R2R, czyli drabinki rezystorowej. Te ostatnie spotkać można przy tym w dwóch wariacjach. Pierwszą jest zastosowanie coraz trudniej dostępnych gotowych kości DAC pokroju chociażby układów PCM1702/PCM1704. A druga to z kolei sięgnięcie albo po gotowe rozwiązania (chociażby firmy Soekris), albo stworzenie własnej, autorskiej implementacji – jak chociażby w przypadku przetworników firmy Metrum, czy chociażby dCSa.

Fidelice RNDAC

Tymczasem najnowszy, flagowy chciałoby się przy tym powiedzieć DAC Fidelice korzysta nie dość, że z gotowego rozwiązania typu delta-sigma, to jeszcze jest to kość firmy AKM. Na pierwszy rzut oka takie rozwiązanie można by uznać za co najmniej zastanawiające, natomiast proponowałbym na to spojrzeć z jeszcze innej strony. Otóż nie od dzisiaj wiadomo, że sam układ przetwornika to tylko jeden z elementów składowych brzmienia przetwornika cyfrowo-analogowego. Równie istotne, co zastosowana kość jest także zasilanie, czy konstrukcja toru analogowego. Że o zegarze, czy wejściowym interfejsie cyfrowym już nie wspomnę. Tutaj firma Rupert Neve Designs poszła nieco pod prąd, niespecjalnie sugerując się chwilową modą oraz tym, co jest akurat popularne na rynku. Mam jednocześnie nieodparte wrażenie, że była to też decyzja jak najbardziej świadoma i bynajmniej nie podjęta pod wpływem księgowych.

A skoro już przy konstrukcji jesteśmy, to warto tutaj zaznaczyć, że Fidelice RNDAC to nie tylko przetwornik cyfrowo-analogowy. Jest to też pełnokrwisty, zbalansowany przedwzmacniacz oraz – także zbalansowany – wzmacniacz słuchawkowy. To tak naprawdę trzy urządzenia w jednym. Co więcej, producent jasno i wyraźnie daje do zrozumienia, że mamy w tym przypadku do czynienia z pieczołowicie skonstruowanym torem analogowym, który nie jest wrzuconym w pośpiechu dodatkiem, ale pełnoprawną częścią urządzenia samą w sobie.

Fidelice RNDAC

Wzmacniacz słuchawkowy to także nie przelewki, posiada nie tylko standardowe wyjście na duży Jack, ale także 4-ro pinowe wyjście zbalansowane. Znajdziemy także zbalansowane gniazdo słuchawkowe w najnowszym standardzie 4.4 mm. Jest też przełącznik wzmocnienia. Co z kolei świadczy o tym, że dostosowano go do dzisiejszych realiów, gdzie możemy spotkać zarówno wymagające większej mocy duże słuchawki nauszne, jak i także czułe na szumy armaturowe dokanałówki.

Patrząc na budowę zewnętrzną urządzenia – też jest ciekawie. Oczywiście “de gustibus”, aczkolwiek Rupert Neve Designs nikogo nie kopiuje i idzie w swoją, unikalną dość estetykę. Taki design może się podobać. A połączenie drewna i metalu zawsze będzie w jakimś sensie ponadczasowe.

Precision Digital-to-Analog Converter – kilka kwestii praktycznych

Są dwie sprawy, na które zwróciłbym – jeżeli chodzi o decyzje konstrukcyjne – w przypadku tego urządzenia uwagę. Pierwsza jest mniej istotna i to bardziej  kosmetyka. Chodzi o wybór trybu pracy filtrów cyfrowych za pomocą przełączników typu DIP-switch umieszczonych na tylnej ściance. Podobne rozwiązanie zastosowano w Myteku Brooklyn Amp. Chociaż tam było ono podyktowane innymi względami, konkretnie małą ilością miejsca. Tutaj jednak podejrzewam, że chodziło o coś zgoła innego. Otóż śmiem przypuszczać, że uznano, iż rodzaj filtru cyfrowego wybiera się raz, już w odpowiednio zestawionym systemie. I tak się go zostawia. Ergo, że nie jest to coś, czym się ciągle żongluje. Patrząc poprzez pryzmat bądź, co bądź studyjnego rodowodu tego przetwornika – jestem w stanie taką decyzję zrozumieć.

Fidelice RNDAC

Druga kwestia jest już większego ciężaru. Otóż o ile Fidelice RNDAC posiada regulację głośności oraz wyjścia regulowane i ma na pokładzie wysokiej klasy przedwzmacniacz – to głośnością nie możemy sterować z pilota. Bo tego pilota po prostu nie ma. Zrozumiałbym taką decyzję w przypadku, kiedy byłoby to urządzenie stricte biurkowe. Ale to nawet nie o to chodzi, to nie kwestia przynależności a bardziej tego, że mamy tutaj zbalansowane wejście i wyjście analogowe, wraz z regulacją głośności. Dodanie pilota znacznie zwiększyłoby użyteczność tego urządzenia. I byłoby postawieniem pewnego rodzaju “kropki nad i”. Bo pamiętajmy, że analogowy tor przedwzmacniacza jak najbardziej znajduje się na pokładzie.

Inną zaś kwestią jest to, że oprócz tych dwóch rzeczy to jest naprawdę nieźle.  Wykonanie, budowa – to wszystko jest na poziomie, jakiego można oczekiwać od urządzenia kosztującego tyle, co całkiem dobry używany samochód.

Fidelice RNDAC

Brzmienie RNDAC. Niekoniecznie w skrócie

Przyznam szczerze, że przed przystąpieniem do tej recenzji pomyślałem sobie, tak patrząc przez pryzmat tego nieszczęsnego pilota, a raczej jego braku, że jeżeli ten przetwornik nie będzie grał po prostu dobrze, to będzie po prostu klapa. Bo mając gdzieś z tyłu głowy całokształt dokonań firmy Neve na przestrzeni wielu, wielu lat oczekiwałem of RNDACa chyba jednak więcej. Więcej, niż od innych przetworników, jaki trafiły do redakcji hifizone.pl na przestrzeni ostatnich dwóch lat.

Wersja w skrócie niech będzie taka: to znakomite urządzenie, który gra z analogową manierą, a jednocześnie zupełnie inaczej, aniżeli chociażby testowany nie tak dawno Audio Analogue AAdac. A jednocześnie – porównując „w dół” – to różnica między nim a doskonałym (oczywiście w swojej cenie) skądinąd Mytekiem Brooklyn Bridge jest dużo większa, aniżeli mógłby to sugerować koszt zakupu. Różnica ta jest jednocześnie dobitnym przykładem na to, że w audio nie ma – napiszę przekornie – liniowych zależności. Złośliwy mógłby powiedzieć, że wydając dwa razy więcej dostajemy produkt tylko trochę lepszy. Tutaj jednak odważę się taką tezę postawić na głowie i zaryzykować dość śmiałą tezę: co, jeżeli w tym przypadku dostajemy więcej, niż mogłoby się wydawać?

Już praktycznie od początku, od pierwszych chwil odsłuchu wiadomo, że mamy do czynienia z urządzeniem po pierwsze ze zdecydowanie wyższej półki, a po drugie takim, którego  brzmienie rozstało dogłębnie przemyślane. Oczywiście o ile taką uwagę można by odnieść to wielu różnych innych sprzętów, to tutaj nabiera ona jednak dość specyficznego znaczenia. Bo na początku, przy pierwszych odsłuchach często odnosi się wrażenie, na zasadzie, że dany sprzęt gra lepiej, niż jakiś inny (przy tym zazwyczaj tańszy), a z czasem ten efekt mija, emocje opadają i patrzy się na całokształt z nieco bardziej odległej, bardziej stonowanej perspektywy. Tutaj jednak jest inaczej – im dłużej słuchamy Fidelice, tym większe mamy przeświadczenie, że szkoła brzmienia proponowana przez firmę Pana Ruperta Neve jest po prostu zaskakująco dobra. I jest też wynikiem długoletniej praktyki.

Zaznaczyć tutaj chciałbym też jedno. Otóż można by pomyśleć, że skoro RNDAC jest dziełem firmy z rynku pro-audio, to grać będzie w jakikolwiek sposób “studyjnie”. Tylko zadajmy sobie tutaj pytanie, na ile określenie „studyjne brzmienie” mogłoby w tym konkretnym przypadku być adekwatne. To po pierwsze. Po drugie, rozwijając ten tok myślenia, to rodzi się pytanie kolejne i jednocześnie bardziej fundamentalne. A mianowicie: cóż to „studyjne brzmienie” w praktyce oznacza?

Zanim do tego przejdę, proszę jeszcze raz zwrócić uwagę na napis na pudełku. Przypomnę raz jeszcze: „Studio sound comes home”. Jest to tak prosty i jednocześnie jasny przekaz, że chyba nikomu nie trzeba go tłumaczyć.

Nawiązując bezpośrednio do powyższego, można zwrócić uwagę na dwie rzeczy w brzmieniu Fidelice RNDAC niemalże od razu. Pierwszą jest doskonały spokój, opanowanie i porządek. To z jednej strony. Z drugiej zaś strony barwa jest tak daleko od takich przymiotników, jak „zimny”, „sterylny”, „chłodny”, jak to tylko można sobie wyobrazić. A przy tym nie mamy tutaj sztucznie podkręconego jej nasycenia. RNDAC nie ochładza, nie ogranicza palety, lecz jednocześnie unika popadnięcia w jeszcze inną – równie niebezpieczną – pułapkę.

Fidelice RNDAC

RNDAC nie ociepla sztucznie brzmienia w żaden sposób. Nie dodaje (nazbyt) swojej barwy, nie pogrubia kreski, którą rysuje. Remaster „Everywhere” Fleetwood Mac zabrzmiał miękko i z charakterystycznym dla tej piosenki pogłosem, z miękką barwą tak charakterystyczną dla tego nagrania. Ale nie było tutaj też za miękko, cały plan dźwiękowy był odpowiednio wybudowany a wokal skupiony.

Brak nadmiernego rozmycia przy zachowaniu bogatej i nasyconej barwy słychać także na basie. Tutaj nie ma mowy o żadnym poluzowaniu, ani też o utracie kontroli. Daft Punk „Doin’ It Right” zabrzmiał z doskonałą kontrolą i definicją. Powiedziałbym nawet, że bas był tutaj właśnie pół kroku w stronę kontroli, precyzji i konturu. Nie było żadnych problemów z dynamiką. Co więcej, kolejne utwory od Massive Attack aż po muzykę klasyczną tylko potwierdziły początkowe przypuszczenia. Bas z Fidelice RNDAC jest bardzo liniowy, schodzi na sam dół a przy tym w żaden sposób się nie narzuca.

Tutaj pewna uwaga. Chciałbym szerzej odnieść się do możliwości w zakresie najniższego pasma tego i w zasadzie większości lepszych, kosztujących przy tym pięciocyfrowe kwoty, źródeł cyfrowych. Bo czasami gdzieś słyszę, albo czytam, że takie, albo takie urządzenie ma „bas poluzowany” czy „podbity”. Warto się tutaj zastanowić nad ocenianiem niskich częstotliwości mając na uwadze kontekst toru audio, jako całości. I ze szczególnym uwzględnieniem ostatniego elementu toru, czyli słuchawek lub kolumn głośnikowych. A tych ostatnich w szczególności, gdyż tutaj jeszcze wchodzi w grę niedoskonała zazwyczaj akustyka pomieszczenia. Zdecydowana większość zespołów głośnikowych na rynku w cenie do – uogólnijmy – kilkudziesięciu tysięcy złotych albo jest całkowicie pozbawiona najniższego basu, albo też odtwarza niskie częstotliwości z dyskusyjnym poziomem zniekształceń i jeszcze bardziej dyskusyjnym opóźnieniem grupowym. Dopiero takie przetworniki niskotonowe, jak chociażby nowe woofery w serii M Magico o rekordowo niskiej indukcyjności cewek na poziomie 0.15 mH są w stanie pokazać, co tak naprawdę się dzieje na basie.

Zostawmy jednak już ten bas w spokoju, bo są rzeczy ważne i ważniejsze. A także i te, które mogą zadecydować o wyborze akurat tego przetwornika. Środek pasma to chyba najważniejsza i jednocześnie najmocniejsza strona tego urządzenia. Jeżeli właśnie gdzieś słychać studyjny w pozytywnym tego sensie rodowód najnowszego daca Rupert Neve Designs, to właśnie tutaj.

Pozwolę sobie to szerszej rozwinąć. Otóż można powiedzieć, że jedną z najważniejszych cech brzmienia w studio jest brak jakichkolwiek słyszalnych, przykrych na dłuższą metę zniekształceń. Realizatorzy, producenci muszą przecież obcować z tym brzmieniem całe tygodnie. I to nierzadko po kilka godzin dziennie, często bez dłuższej przerwy. Oczywiście, można by powiedzieć, że jednym z popularnych zabiegów będzie tutaj stereotypowe ocieplenie brzmienia. Czy to przez wrzucenie do sygnału parzystych harmonicznych, czy też przez różne zabiegi, jakie mają nierzadko miejsce w zwrotnicach kolumn głośnikowych. Jest to oczywiście jeden sposób. Jest też i inny. Bardziej wysublimowany i jednocześnie dużo trudniejszy – jak się w praktyce okazuje – do osiągnięcia. Jest nim wyeliminowanie z brzmienia wszelakich granulacji, naleciałości, artefaktów i zniekształceń, które mogłyby być w jakiś przykry sposób odbierane. Proszę mi wierzyć, to nie lada sztuka i nie każdemu się to udaje. Zwłaszcza, jeżeli mówimy o zachowaniu przy tym doskonałej transparentności i sonicznej elastyczności danego sprzętu na zmiany w muzyce.

A tak się składa, że dokładnie z czymś takim mamy tutaj do czynienia. Brzmienie na Niels Frahm „Says” było genialnie nasycone, z atomowym ładunkiem emocjonalnym. A jednocześnie doskonale precyzyjne, posiadające zarówno definicję, jak i także świetnie uporządkowaną scenę. Jej uporządkowanie to jedno, natomiast umiejętność kreowania gęstej przestrzeni to drugie. Tutaj mamy przestrzeń pomiędzy instrumentami, powietrze wokół nich. Ale RNDAC idzie też bardziej w spójność, w logiczny sposób wiąże instrumenty ze sobą.

Przy czym Fidelice RNDAC nie generuje też sztucznej przestrzeni. Mam wrażenie, że tutaj jest podobnie, jak z basem – postawiono na wyrafinowaną wersję umiarkowania. Pierwszy plan jest na linii głośników a jednocześnie to, co z tyłu jest wciąż wyraźne, tyle, że nie mamy do czynienia ze sztucznym podbiciem detali.

Fidelice RNDAC

Zaskakującym może się w kontekście powyższego wydać to, co napisze o wysokich tonach. Bo jest to element zdecydowanie wyróżniający się. Otóż po podłączeniu RNDACa do prototypowych kolumn redakcyjnych miałem wrażenie, jakby ktoś zmienił w nich przetworniki wysokotonowe na dwukrotnie droższe. I tutaj wypadałoby przy opisie tego zakresu pasma poczynić nieco dłuższy wywód o analogicznym zabawieniu, jak to poczyniłem w przypadku najniższego basu. Jednakże zamiast tego napisze tak: wysokie tony mają ogromną klasę i są kolejnym dowodem na to, że ktoś w Rupert Neve Design całość tego brzmienia po prostu dobrze przemyślał. I też są dowodem na to, że tor wyjściowy w RNDAC jest po prostu bardzo dobry i zasługuje w pełni na to, aby być umieszony w obudowie, na której pisze “Rupert Neve Designs”.

Istotnym jest też, że wiele z powyższych cech brzmienia flagowy na chwilę obecną produkt marki Fidelice zachowuje pracując, jako przedwzmacniacz. Ogólnie myślę, że to właśnie tor analogowy jest w dużej mierze odpowiedzialny za taką a nie inną brzmieniową sygnaturę. Jednocześnie odnosi się to też w dużej mierze i do działania w trybie przetwornika cyfrowo-analogowego, i do pracy, jako przedwzmacniacz.

Jeżeli zaś chodzi o wzmacniacz słuchawkowy – to ten jest równie dobry, jak reszta. Zacznijmy od teoretycznego mezaliansu, czyli od klasycznych można by rzec Sennheiserów HD600. Nigdy ich tak dobrze brzmiących nie słyszałem. Potwierdziło się tutaj jedno: że jeżeli połączymy ze sobą wzmacniacz i słuchawki o dogłębnie przemyślanej tonalności, to suma ich brzmienia będzie znacznie powyżej tego, co mogłoby wynikać z części składowych. Podobnie było w przypadku recenzowanych równolegle z Fidelice RNDAC Ultrasone Edition 15. O ile wzmacniacz słuchawkowy nie idzie za bardzo w klimaty romantyczno-lampowe, to posiada wszystkie cechy, jakie predestynować go mogą do zasilania naprawdę hi-endowych słuchawek. Przy czym sam charakter brzmienia tego wzmacniacza jest – porównując brzmienia, jako DAC – jednak pół kroku w stronę absolutnej neutralności. Doskonale zgrał się także z innym modelem Sennheiserów, czyli HD800. Co ciekawe, przy zachowaniu dużej neutralności i precyzji, wciąż mamy pełną paletę barw. I, co chyba bardziej istotne, tego dźwięku można słuchać godzinami. Myślę, że jak najbardziej można ten wzmacniacz traktować, jako pełnoprawny element. I jednocześnie równoważnik konstrukcji za kilka tysięcy PLN. Jest jeszcze jedna kwestia, którą bym dał pod rozwagę ewentualnemu nabywcy tego urządzenia. Otóż warto odsłuchać go
w dwóch wariantach. Czyli jako DAC oraz jako wzmacniacz słuchawkowy ze źródłem w postaci chociażby lepszej klasy gramofonu. To także może dać do myślenia.

Fidelice RNDAC

Fidelice RNDAC, czyli o tym, jak Rupert Neve Designs weszło w świat audiofilski

Szczerze powiedziawszy, to życzyłbym każdej firmie z branży pro-audio takiego wejścia w świat sprzętu audiofilskiego. Oczywiście, o ile granica hi-endu to w dużej mierze kwestia umowna, to RNDAC już w tym zakresie się znajduje. Tak naprawdę to jedyne, do czego można się – obiektywnie rzecz ujmując – przyczepić, to brak tego nieszczęsnego pilota. I tutaj nie chodzi mi wcale o wygodę sensu stricte, tylko o to, że w Fidelice RNDAC mamy także bardzo dobry tor analogowy i w takiej sytuacji pilot byłby jak znalazł.

Odnosząc zaś przetwornik Fidelice do innych urządzeń to powiem tak: brzmienie pierwszego przetwornika Rupert Neve Designs zdecydowanie aspiruje do klasy urządzeń droższych, aniżeli kwota, na jaką jest wycenione. Dlatego porównywanie go chociażby z Mytekiem Brooklyn Bridge (nawet zasilanym z S-Boostera) nie ma zbytniego sensu. Mając do wyboru Auralica G1 – wybrałbym wciąż Fidelice. Z Vegą G2 byłby już problem. Mytek Manhattan II to z kolei – co ciekawe – jednak inna szkoła grania. I różnic dopatrywałbym się bardziej w samej konstrukcji i zastosowanych rozwiązaniach, bo korzenie obu firm są – z grubsza – podobne.

Na koniec jeszcze jedno. Niech to będzie podsumowaniem i sugestią jednocześnie. Fidelice RNDAC brzmi jak dopracowany przetwornik R2R ze wszystkimi zaletami, jakie możemy kojarzyć z tą akurat metodą konwersji. Trudno o naprawdę lepszy komplement.

Dystrybutor: Musictoolz http://www.musictoolz.pl
Cena: 24999 PLN

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*