Chord Mojo 2 – recenzja

Chord Mojo 2

Chord Mojo 2 to, jak sama nazwa wskazuje, następca znanego i popularnego, a jednocześnie niewielkiego urządzenia brytyjskiej marki, które swego czasu zrobiło duże zamieszanie i również stworzyło pewną niszę na rynku. Bo oryginalna wersja Mojo była też jednym z pierwszych przenośnych przetworników cyfrowo-analogowych posiadających własne, bateryjne zasilanie i jednocześnie aspirujących do brzmienia mogącego konkurować ze sprzętami stacjonarnymi należącymi do – uogólniając, – co najmniej średniej półki. Ale to oczywiście nie wszystkie aspekty tego, dlaczego pojawienie się Chorda Mojo na ekliptyce sprzętów audio było aż tak istotne. Otóż, nawet, jeżeli pominiemy fakt implementacji zarówno zasilania bateryjnego, jak i wzmacniacza słuchawkowego w obu wersjach niewielkiego brytyjskiego urządzenia – to jest coś, czego pominąć po prostu nie sposób. Otóż pierwsza wersja Mojo była jednocześnie najmniejszym i najtańszym zarazem przetwornikiem, w którym zastosowano autorską technologię konwersji sygnału, opartą o programowalny układ PFGA („Field-Programmable Gate Array”). Czyli o technologię, którą Chord stosował już wcześniej w swoich droższych przetwornikach. Przy czym tutaj oczywiście w przypadku obu wersji Mojo mamy to rozwiązanie przeskalowane do możliwości i rozmiarów urządzenia w pełni przenośnego, jednakże nie sposób pominąć fakt, iż Brytyjczycy nie korzystają tutaj z żadnych gotowych układów takich, jak kości firm AKM, ESS, czy chociażby Cirrus Logic. W starszym, a także w nowszym Mojo mamy zatem układ FPGA korzystający z autorskich algorytmów nie tylko konwersji sygnału, ale także – a może przede wszystkim – cyfrowej jego filtracji. Tutaj oczywiście mowa o filtrze WTA (Watts Transient Aligned) opracowanym przez Pana Roberta Wattsa, który odpowiedzialny jest za wszystkie cyfrowe produkty brytyjskiej marki, a starsi audiofile pamiętają go zapewne, jako założyciela firmy „dpa”. Dlatego trudno się dziwić, że pierwsza wersja Mojo wywołała sporo zamieszania na rynku. A jednocześnie jeszcze mniej dziwi, że jego następca rozbudził apetyty u wielu słuchaczy. Pytanie rodzi się, zatem dość oczywiste – czy słusznie?

Chord Mojo 2

Co nowego?

Już na pierwszy rzut oka wiadomo, że w przypadku nowego Mojo mamy do czynienia z innym urządzeniem, aniżeli jego poprzednik. Bo o ile jego forma i wielkość nie uległy znaczącej zmianie, to od razu widać, że o ile pierwowzór miał trzy przyciski na obudowie – to Mojo 2 posiada ich już cztery. Powodem takiego stanu rzeczy jest rozszerzona funkcjonalność nowego Chorda w stosunku do jego pierwowzoru. Przy czym warto zaznaczyć, że dwie nowe funkcje dotyczą bezpośrednio samego odtwarzania dźwięku. I z pewnością zostaną docenione przez wielu – a już zwłaszcza przez tych, którzy dysponują różnymi słuchawkami o różnych sygnaturach brzmieniowych. Pierwszą funkcją jest oczywiście Crossfeed, czyli inaczej rzecz ujmując – jest to miksowanie sygnału pomiędzy kanałami stereo, które ma stworzyć bardziej wiarygodną panoramę dźwiękową ze słuchawek. I jednocześnie panoramę, która ma być bardziej przed słuchaczem i ma być bardziej naturalna, zbliżona do tej oferowanej z kolumn głośnikowych. Crossfeed można nie tylko w Mojo 2 wyłączyć, ale ma on także kilka poziomów, które są dostępne z menu i sygnalizowane – jak to w przypadku urządzeń Chorda bywa – za pomocą koloru podświetlenia jednego z okrągłych przycisków.

Chord Mojo 2

Jednocześnie to nie wszystko, bo tak naprawdę patrząc z punktu współpracy Mojo 2 właśnie z różnorakimi słuchawkami – to drugie udogodnienie, jakie Brytyjczycy wprowadzili w „dwójce” jest dużo, ale to naprawdę dużo bardziej istotne. Mowa oczywiście o korektorze barwy dźwięku. Celowo nie używam tutaj określenia „korektor graficzny”, ani też „parametryczny”, bo korekcja w Chordzie ma co prawda tylko cztery pasma – ale jest przy tym dobrze przemyślana. Bo regulować możemy poziom niższego basu, wyższego basu, niższych – jakkolwiek to zabrzmi – wysokich tonów, oraz tonów najwyższych. Obraz powie tutaj więcej, aniżeli zdjęcie, dlatego tak też wyglądają punkty, gdzie działa korekcja:

Chord Mojo 2 EQ bands

Faktem jest, iż należy tutaj producenta z Kent pochwalić za przemyślany i ciekawy zarazem dobór punktów pracy. Przede wszystkim, dlatego, że patrząc przykładowo na to (vide powyższa grafika), jak działa „zielona” korekcja – to śmiało możemy przykładowo skorygować słuchawki mające nieco zbyt wyeksponowany wyższy środek. A jednocześnie wciąć nic nie stoi na przeszkodzie, aby dodać im jednocześnie więcej powietrza w brzmieniu – wystarczy spojrzeć na niebieską część grafiki. To samo zresztą tyczy się basu. Oczywiście do samego działania tejże korekcji jeszcze wrócimy, jednakże faktem jest, iż ktoś tutaj faktycznie pomyślał i niewątpliwie w trakcie projektowania następcy Mojo nie robiono tego „na sucho”, tylko korzystając z pewnej puli różnych słuchawek dostępnych na rynku.

Chord Mojo 2

Najciekawsze jednak jest tutaj z pewnością to, że producent chwali się tym, iż korekcja barwy w przypadku chorda nie ma wpływu na jakość brzmienia. Albo ujmijmy to jeszcze inaczej: zmienia tylko charakterystykę, nie zmieniając takich parametrów, jak odczuwalna rozdzielczość brzmienia i tak dalej. Co więcej, producent w swoich materiałach marketingowych wiele razy podkreśla takie frazy, jak „fully transparent”, czy „Ultra HD”, oraz przede wszystkim tym, że – ponownie cytując producenta – Mojo 2 posiada „rewolucyjny bezstratny procesor DSP”. Oczywiście, słyszeliśmy takie deklaracje już wiele razy i tutaj także należy zachować ostrożność. Jednakże, z drugiej strony patrząc, to jeżeli dotyczy to firmy, która ma na swoim koncie tak unikalne i jednocześnie działające w praktyce urządzenie, jak chociażby Chord Hugo M Scaler, to trzeba jednak przyznać, iż w tym konkretnym przypadku coś może być na rzeczy.

Jeżeli zaś chodzi o kwestie związane z samym konwerterem i konstrukcja elektroniczną urządzenia – to tutaj także mamy znaczące zmiany. O nowym DSP już wspomniałem, natomiast równie istotne jest to, iż Mojo 2 jest pozbawiony kondensatorów w torze sygnału, czyli mówiąc po obcemu – jest „DC-Coupled”, co było możliwe dzięki zastosowaniu cyfrowego układu typu DC-Servo. Ponadto zwiększono, acz nieznacznie, ilość obwiedni w filtrze cyfrowym – z 38,912 na 40,960. Zmianie uległ także system kształtowania szumów oraz sam element „Pulse Array”, który bezpośrednio odpowiada za generowanie sygnału analogowego. Teraz ma on mieć mniejsze zniekształcenia i niższe szumy poza pasmem.

Wspomnieć należy o jeszcze dwóch dokonanych przez Brytyjczyków modyfikacjach. Po pierwsze mamy teraz port USB-C. A po drugie, Mojo 2 może teraz pracować nawet z kompletnie rozładowanym akumulatorem, jeżeli tylko podłączymy go do zewnętrznego źródła zasilania.

Reasumując, zmiany wcale nie są błahe i na dodatek zdają się być – jakby nie patrzeć – dość przemyślane. Oczywiście zagorzali audiofile mogą kręcić nosem na możliwość korekcji barwy, ale prawda jest taka, że każdy, kto ma kilka par słuchawek może to docenić. Tutaj pojawia się oczywiście pytanie kolejne – jak nowe Mojo 2 broni się brzmieniowo?

Chord Mojo 2

Chord Mojo 2 – brzmienie

Chorda słuchałem z różnymi źródłami, raz był to komputer z roonem, innym razem FiiO M11, jako transport, sprawdziłem też działanie wejścia TosLink, jednakże to ostatnie – z dość oczywistych powodów pomijam. Przy czym już na wstępie należy powiedzieć jedno, i to w sumie dość wyraźnie: już po pierwszych taktach muzyki wiemy, że nie mamy do czynienia z kolejnym przetwornikiem bazującym na jednym z popularnych dzisiaj układów o topologii delta-sigma, a czymś zupełnie innym. I traktowałbym to, jako zdecydowany komplement. Jednakże – jak to w ogólnie pojętym audio bywa – sprawy nie są wcale aż takie proste, na jakie wyglądają, dlatego warto omówić brzmienie małego Chorda z różnych perspektyw.

Po przejściu z bardzo dobrego skądinąd odtwarzacza FiiO M11 od razu słychać, że brzmienie jest przede wszystkim bardziej wyraziste i nasycone jednocześnie. Ogólny charakter jest niezwykle witalny, w swoisty dla marki z Kent sposób łącząc brak przysłowiowej kurtyny na brzmieniu, brak wysuszenia barwowego z charakterystyczną dla Chorda spójnością i rytmiką.

W porównaniu do odtwarzaczy bazujących na „klasycznych” i bardziej budżetowych układach DAC producentów takich, jak ESS Technology, czy Asahi Kasei Microsystems (AKM) – Mojo 2 to, nie owijajmy w bawełnę, zupełnie inne granie. Oczywiście nie twierdzę przy tym, iż jednoznacznie i dla wszystkich lepsze, aczkolwiek obiektywnie rzecz ujmując trzeba zwrócić uwagę na kompetencję małego Chorda w zakresie takich aspektów, jak barwa, rytmika, spójność, czy detaliczność. Utwór „Precious” Annie Lennox zabrzmiał z energią, rozmachem i właśnie nasyceniem znanym bardziej ze sprzętów stacjonarnych, aniżeli odtwarzaczy przenośnych średniej klasy. Muzyka jest przede wszystkim mniej ujednolicona, bardziej wyraźnie zaznaczone są kontrasty mikrodynamiczne oraz zmiany barwy i rytmiki.

Chord Mojo 2

Co nie mniej istotne – da się też usłyszeć pewnego rodzaju „firmową szkołę brzmienia” brytyjskiej marki w zakresie reprodukcji wysokich tonów. Bo to one także odpowiadają za ogólną witalność i czytelność przekazu. Trzeba przyznać, zwłaszcza, jeżeli weźmiemy poprawkę na cenę i rozmiary M2, że Chord w dużym stopniu pokazuje tutaj, jak naprawdę sprawy się mają. Przykładowo na Andromedach Campfire Audio słychać było bardzo wyraźnie, iż odtwarzacze bazujące na układach delta-sigma mają jednak pewną tendencję do uśredniania, ujednolicania wysokich tonów. W odizolowanych odsłuchach można tego nie zauważyć, jednakże bezpośrednio – jest to po prostu słyszalne.

Zostańmy jeszcze na chwilę przy płycie „Diva” byłej wokalistki zespołu Eurythmics. Kolejny utwór z tego albumu, czyli oczywiście „Money Can’t Buy It” dobitnie pokazał, że Mojo 2 dość wiernie trzyma się właśnie tej, jakże ciekawej – Państwo wybaczą powtórzenie – „szkoły brzmienia”. To przekaz witalny, nasycony i dynamiczny, a jednocześnie z doskonałą rytmiką. Jest takie określenie, które z chęcią jest stosowane przez anglojęzycznych recenzentów i nazywa się „PRAT”. Jest to skrót od „Pace, Rhytm and Timing”, co można przetłumaczyć, jako „tempo, rytm i… właśnie to wyczucie czasowe, które w tym i nie tylko tym urządzeniu Chorda zdaje się być właśnie tą, jakże potrzebną, „kropką nad i”. Trudno mi się oprzeć wrażeniu, że jednak coś jest w tym filtrze WTA opracowanym przez Pana Wattsa, bo ta cecha jest tożsama w zasadzie ze wszystkimi przetwornikami tej marki.

Dlatego też – jeżeli dla kogoś jakieś któreś z tańszych źródeł cyfrowych gra mało rytmicznie i nudno – to tutaj Mojo 2 może się idealnie wpasować w oczekiwania.

Ale też warto – po raz kolejny zresztą – zwrócić uwagę na to, iż w porównaniu chociażby z odtwarzaczami takimi, jak FiiO M11, czy Astell&Kern SR25MKII, to Mojo 2 będzie reprezentować faktycznie inną szkołę brzmienia. I jak brzmi stare przysłowie, zaczynające się od „de gustibus…” – należy brać na to poprawkę. Oczywiście odpowiedź na pytanie, czy jest to całościowo lepsze, czy gorsze brzmienie – będzie zależeć od wielu czynników. Od muzyki, od podłączonych słuchawek. I, wreszcie, od preferencji samego słuchającego.

Chord Mojo 2

Jednakże różnica w ogólnym poziomie separacji po przejściu z powyższych odtwarzaczy na Mojo 2 – słyszalna jest od razu. A jeżeli już nowego Chorda porównujemy chociażby właśnie do FiiO M11, to zauważyć można też kolejną ciekawą rzecz, która zdaje się nieco zaprzeczać teorii. Otóż to właśnie Mojo 2 ma szerszą i bardziej ekspansywną scenę dźwiękową, aniżeli – oparty przecież na dwóch przetwornikach – M11. Różnica przy pracy M11 w trybie zbalansowanym jest mniejsza, lecz wciąż jest. Wynika to jednak w dużej mierze z innego, bardziej ekspansywnego charakteru brzmienia Mojo 2. Na Beyonce „Mine” było to wyraźnie słyszalne i tam też Chord świetnie budował atmosferę napięcia.

Zmieniając repertuar na „Says” Nilsa Frahma – da się również zauważyć, że Mojo 2 to jednak realny postęp w stosunku do pierwszej wersji urządzenia, jeżeli chodzi o zarówno balans tonalny, jak średnie tony. Inaczej rzecz ujmując – nowe Mojo nie ma już takiej tendencji do grania skrajami pasma, cały przekaz jest bardziej wyrównany, jeżeli chodzi o balans tonalny. Lepsza jest też rozdzielczość brzmienia i wrażenie bezpośredniości zarówno całokształtu, jak i poszczególnych drobnych dźwięków. Wspomniany powyżej utwór Frahma pokazuje także, że Chord lepiej, bardziej wyraźnie odtwarza wszystkie zmiany mikro i makrodynamiczne w porównaniu chociażby do M11 i R25MKII. Te ostatnie z kolei mogą wydać się bardziej płynne, ale to tylko pierwsze wrażenie wynikające z pewnego ujednolicenia, uspokojenia przekazu.

Mojo 2 i wbudowana korekcja barwy. Hi-res czy nie?

Oczywiście należy się nieco więcej, niż kilka słów odnośnie wbudowanej korekcji barwy. Przede wszystkim dlatego – że po prostu działa ona w praktyce i zmienia tylko to, co ma zmieniać, czyli samą barwę dźwięku. Może udałoby się uchwycić jakieś inne rzeczy na słuchawkach pokroju U18t od 64Audio, ale w przypadku zarówno Andromed, czy Sonorousów VI od Finala – nie udało mi się zauważyć zmian w rozdzielczości dźwięku przy nawet całkiem sporym podbiciu danego pasma. A trzeba też przyznać, że dla takich słuchawek, jak chociażby Etymotici ER4PT, które przy okazji recenzowania Mojo 2 w końcu wyciągnąłem z pudełka – taka korekcja może być naprawdę wybawieniem.

Chord Mojo 2

Chord Mojo 2 – „Umarł król, niech żyje król?”

Na najnowszą reinkarnację prawdziwie przenośnego źródła brytyjskiej marki należy – moim skromnym zdaniem – popatrzeć z nieco innej perspektywy. A w zasadzie nawet z kilku. Bo po pierwsze: oczywistą kwestią będzie to, czy w przypadku tych wszystkich, którzy już posiadają pierwszą wersję Mojo – istnieje zasadność zmiany. Tutaj odpowiedź jest twierdząca, ale też z pewną adnotacją. I – po drugie – adnotacja ta tyczy się także, a może w szczególności – drugiej grupy, którą bym widział, jako potencjalnych pierwszych nabywców małego Chorda. Otóż największą zaletą recenzowanego tutaj urządzenia wcale nie jest moim zdaniem to, że jest lepszy sonicznie od swojego pierwowzoru. Bo jest. I to wyraźnie. Bardziej bym tutaj zauważył to, że mamy tu do czynienia z aplikacją technologii FPGA oraz filtracji WTA, którą po prostu słychać. Dlatego też śmiem twierdzić, że jeżeli szukamy samego przenośnego przetwornika ze wzmacniaczem słuchawkowym i nie upieramy się na to, aby mieć wyjście zbalansowane – to Mojo 2 w zasadzie nie ma konkurencji. Dodanie nowych funkcji oraz usprawnienie kwestii praktycznych takich, jak chociażby szybsze ładowanie – także składa się na jakże pozytywny całokształt. Bo nie oszukujmy się: to, że Mojo 2 będzie grać na pewnym poziomie, to jakby było wiadomo. Rekomendacja.

Cena: 2600 PLN
Dystrybutor: Audio Center Poland http://www.audiocenter.pl

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*