Astell&Kern KANN CUBE – recenzja

Astell&Kern KANN CUBE
Astell&Kern KANN CUBE

Nie ulega wątpliwości, że Astell&Kern KANN CUBE to jeden z najbardziej charakterystycznych i wyróżniających się odtwarzaczy „przenośnych” tej jakże znanej marki. Przy czym cudzysłów w poprzednim zdaniu jest jak najbardziej zamierzony. Przede wszystkim, dlatego, że KANN CUBE wyróżnia się na tle innych odtwarzaczy nie tylko rozmiarami, lecz także i wagą. Przy wymiarach 87.75 mm na 140 mm na 31.5 mm oraz masie 495 gram (tak, niemalże pół kilograma!), trudno tutaj mówić o odtwarzaczu przenośnym sensu stricte. Chyba, że mamy na myśli przeniesienie go na przykład z domu do biura i z powrotem. I to raczej na przykład w plecaku. Bo do kieszeni to się tak średnio zmieści.

Odtwarzacz ten jednocześnie wchodzi w skład serii KANN, na którą składają się dwa modele: „zwykły” KANN i recenzowany właśnie tutaj KANN KUBE. Seria ta ma oferować dużą moc oraz możliwości sprzętu stacjonarnego. Patrząc tylko i wyłącznie poprzez pryzmat rozmiarów można by tu jednak zadać pytanie: czy w tym szaleństwie jest metoda? Otóż okazuje się, że tak. I to całkiem niezła. Można nawet wysunąć dość ciekawą tezę, iż odtwarzacz ten tworzy nową a przy tym dość ciekawą niszę na rynku.

Astell&Kern CANN CUBE – budowa, czyli: dlaczego taki duży?

Opis budowy wypada zacząć w sumie od końca, czyli poniekąd od podsumowania i odpowiedzenia na pytanie, cóż sprawia, że odtwarzacz ten ma takie, a nie inne rozmiary. Otóż jest ku temu kilka dość istotnych powodów. Oczywiście jednym z nich jest założenie uzyskana ogromnej, jak na odtwarzacz przenośny mocy. KANN CUBE jest w stanie dostarczyć aż 12Vrms napięcia na wyjściu zbalansowanym i 6Vrms na wyjściu single-ended. Co prawda producent nie podaje konkretnej mocy wyjściowej, ale sądząc po napięciu można spodziewać się jej sumarycznej mocy na poziomie nawet kilku watów. Oznacza to nic innego, jak to, że CUBE napędzi każde najbardziej wymagające wysokoomowe słuchawki. Z egzotycznymi planarami włącznie.

Drugim powodem może być z pewnością ogromny akumulator o pojemności aż 7400mAh (3.8V). Zapewne to on dodaje sporo do całościowej masy urządzenia. Jednakże śmiem twierdzić, iż jednym z głównym powodów są zastosowane układy przetworników cyfrowo-analogowych. Jest to najwyższy obecnie model firmy ESS, czyli ESS9038Pro. A w zasadzie to dwa – po jednym na kanał. I w dodatku jest to wersja „stacjonarna”, czyli przeznaczona do pracy w sprzęcie domowym a nie urządzeniach przenośnych. Warto tutaj wspomnieć o dwóch, dość istotnych kwestiach.

Pierwszą z nich jest to, że zazwyczaj układy w wersji przeznaczonej do sprzętów stacjonarnych brzmią lepiej od ich mobilnych odpowiedników. To raz. A dwa – wymagają więcej prądu oraz generują więcej ciepła. Prąd trzeba skądś wziąć, a ciepło gdzieś odprowadzić. I myślę, że tutaj mamy główny powód takich, a nie innych rozmiarów tego odtwarzacza oraz jego niemałej wagi.

Funkcjonalność – słów kilka

Jeżeli zaś chodzi o funkcjonalność, to odtwarzacz posiada czterordzeniowy procesor i jest oparty o system Android. Wszystko tutaj działa płynnie i bez przycięć. Mamy odtwarzanie PCM do formatu 32bity/384KHz i DSD do DSD512 (quad-DSD). Warto też wspomnieć, iż odtwarzacz ten posiada dekodowanie formatu MQA zarówno z platform streamingowych, jak i także z plików lokalnych (we wbudowanej pamięci, bądź na karcie) oraz w trybie USB. Do tego oczywiście na pokładzie Bluetooth 4.2 oraz WiFi 802.11 b/g/n. To ostatnie jest, co prawda, tylko w standardzie 2.4GHz.
Tutaj można by zwrócić uwagę na to, że są na rynku tańsze odtwarzacze, które oferują tutaj dwuzakresowe WiFi. Ekran to z kolei standardowy można by rzec panel o przekątnej pięciu cali i rozdzielczości 1280 na 720 pikseli.

Jeżeli chodzi o wyjścia to mamy jedno cyfrowe (Toslink) oraz dwa wyjścia słuchawkowe. Czyli zbalansowane 2.5mm oraz niezbalansowane 3.5mm. Nie uświadczymy tutaj nowego standardu 4.4mm, a szkoda. I to byłaby w zasadzie druga uwaga, jaką mam. Samo zaś wykonanie – jak to w odtwarzaczach Astella z wyższej półki – jest oczywiście bez zarzutu. Stylistyki nie komentuję, bo to kwestia indywidualnych preferencji. Natomiast faktem jest, że w rzeczywistości nie da się obok tego odtwarzacza przejść obojętnie i pewnym jest, że mogą paść pytania typu: „a co to takiego?”.

Mała niespodzianka – wyjście liniowe mini XLR

Podobne pytania może rodzić jeszcze jedno, ostatnie na liście wyjście audio, czyli pięciopinowe gniazdo mini XLR. Jest to wyjście liniowe, które umożliwia użycie KANNa CUBE jako dedykowanego źródła do sprzętu biurkowego, czy też stacjonarnego. Co więcej, jest to wyjście zbalansowane i korzystając z odpowiedniego kabla możemy odtwarzacz podłączyć do wejść XLR we wzmacniaczu (czy to słuchawkowym, czy stacjonarnym) i uzyskać w pełni zbalansowany tor audio. Ma to sens – zwłaszcza, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że takiej konfiguracji mamy nie tylko „stacjonarne” kości przetworników cyfrowo-analogowych, ale i jedną ważną rzecz. Mowa o zasilaniu bateryjnym, pozbawionym jakiejkolwiek interakcji z siecią zasilającą.

Odnośnie zaś samego zasilania – KANN CUBE wspiera szybkie ładowanie i warto, naprawdę warto zaopatrzyć się w dobrą ładowarkę. Wtedy faktycznie czas ładowania tej ogromnej baterii wynosi około 4 godzin. Inaczej – ten czas jest dużo dłuższy.

Brzmienie KANN CUBE. Czyli: „małe jest piękne, ale duże może WIĘCEJ”

Pierwszą rzeczą, jaka „rzuca się w uszy” jest niesamowita wręcz czystość brzmiania połączona z nieosiągalną dla innych odtwarzaczy przenośnych (w tym chociażby dla SP1000) swoboda artykulacji i oddania detali na wszystkich płaszczyznach sceny. Pod tym względem ten odtwarzacz dzieli i rządzi. I to niezależnie od tego, czy dany instrument jest na pierwszym, czy drugim planie, czy może też jest gdzieś zupełnie z tyłu, w czeluściach sceny dźwiękowej. Co więcej, niezależnie od umiejscowienia, instrument ten będzie nie tylko słyszalny i namacalny. Będzie też słychać też co, i przede wszystkim jak gra.

Jakby tego było mało – mamy tutaj bardzo charakterystyczną właśnie dla CUBEa transparentność. Subiektywnie może ona kojarzyć się z krystalicznie czystą wodą, pozbawioną barwy. Bo taki jest też ten odtwarzacz – jest bardzo przeźroczysty barwowo. Można z dużą pewnością stwierdzić, że w tym zakresie jest to jeden z bardziej referencyjnych odtwarzaczy na rynku.

Jest to także o tyle ciekawe, że ten model firmy Astell&Kern nie utwardza w żaden sposób brzmienia. Jest ono bardzo pewne, doskonale zarysowane i – owszem – w pewnym sensie bezlitosne dla gorzej zrealizowanych nagrań. Lecz nigdy nie popada przy tym w nadmierną ostrość samo z siebie. Pierwszy raz zwróciłem uwagę na grające gdzieś z tyłu instrumenty dęte w utworze Annie Lennox „Precious” właśnie na KANNie.

Z kolei utwór Beyonce „Partition” pokazał spektakularne wręcz możliwości KANNa w zakresie basu, jego kontroli i rozciągnięcia. Oraz, a może przede wszystkim – barwy. Tutaj bas zmienia się nagrania na nagranie. Zmienia się jego tonalność, charakter. Natomiast jest w tym zakresie jeden wspólny mianownik. Jest nim niczym nieograniczona swoboda tego zakresu. I to zarówno, jeżeli chodzi o dynamikę, jak i o umiejętność dostosowania się do nagrania. KANN CUBE potrafi po prostu zagrać całym, pełnym pasmem niskich tonów. I robi to z ogromną skalą.
A przy tym jakby od niechcenia, zupełnie naturalnie. Ergo: nie ma tutaj ani krzty nerwowości. Wszystko jest na swoim miejscu, nic się nie zamazuje i nie scala. Jednocześnie zakres basu jest jedną, spójną całością.

Astell&Kern KANN CUBE

Jest też i druga strona medalu…

Natomiast, patrząc na brzmienie całościowo, należy podkreślić także inną, istotną i specyficzną rzecz. Stare, gorzej zrealizowane nagrania (zwłaszcza te, które zrealizowano na pierwszej generacji sprzęcie cyfrowym) zagrają właśnie… cyfrowo. Chociaż potraktowałbym to raczej, jako zaletę – odtwarzacz ten po prostu jest uczciwy. Niczego nie ukrywa. I jest też tak, że jego możliwości w zakresie dynamiki jeszcze potęgują wrażenie wszechobecnego realizmu.

Z kolei wysokie tony w przypadku tego odtwarzacza są dokładnie takie charakterem, jak reszta pasma. Utwór „Come Together” Betlesów z płyty Abbey Road (Remastered) w MQA znakomicie zabrzmiał znakomicie, wciągająco. Góra idealnie wspiera tworzenie atmosfery nagrania. I, podobnie, jak w przypadku basu – sprzyja temu jej doskonała rozdzielczość. Dla porównania, perkusja na „Killing In The Name” Rage Against The Machine zabrzmiała zupełnie inaczej, aniżeli remaster Betlesów. Zmierzam tutaj do tego, że także w tym zakresie KANN CUBE doskonale różnicuje brzmienia i to zarówno w piano, jak i w forte.

Warto jeszcze wspomnieć o scenie, jaką generuje ten odtwarzacz. Szerokość to jedno, tutaj nie można się do niczego przyczepić. Natomiast warto zwrócić uwagę na to, że KANN CUBE buduje scenę w głąb, jak niektóre wyższej klasy urządzenia stacjonarne. I tutaj nie chodzi nawet o samą głębokość sceny per se, co o czytelność dalszych planów. Warto by o tym wiedzieli wszyscy ci, którzy rozważają ten odtwarzacz, jako źródło także do sprzętu stacjonarnego. Podejrzewam, że nie miałbym żadnych dylematów podłączając CUBEa do systemu, gdzie ostatnim elementem toru są jakieś dobre generujące holografię kolumny.

Astell&Kern KANN CUBE

Astell&Kern KANN CUBE – duży odtwarzacz o jeszcze większych możliwościach?

Tak naprawdę to KANN CUBE faktycznie tworzy w pewnym sensie nową niszę na rynku. Albo ujmijmy to inaczej: to tak naprawdę duchem bardziej odtwarzacz stacjonarny z wbudowanym mocnym wzmacniaczem słuchawkowym, aniżeli odtwarzacz przenośny sensu stricte. To urządzenie ma nam zastąpić wysokiej klasy źródło stacjonarne i jednocześnie zaoferować możliwość transportu oraz słuchania gdzieś, mówiąc kolokwialnie, „w trasie”. Teoretycznie, można by tutaj mieć pretensje do wymiarów i masy urządzenia. Ale tak naprawdę to proszę zwrócić uwagę, że producent nie poszedł tutaj nigdzie na skróty i zastosował w urządzeniu znakomite układy ESS9038Pro.

Swoją drogą, niedawno słuchałem największego DACa firmy Mytek – Mantattan II. Ten ostatni oparty jest na dokładnie takich samych układach przetworników cyfrowo-analogowych. Co więcej, jeżeli chodzi o realizm i precyzję to w obu przypadkach tę akurat decyzję konstrukcyjną po prostu słychać. I o ile KANN CUBE nie będzie odtwarzaczem dla wszystkich (bo takiego chbya nie ma) to dla ludzi, którzy świadomie go kupią – może być przysłowiowym strzałem w jedenastkę. Dla wszystkich innych będzie z całą pewnością interesującą ciekawostką. Mariażem pomiędzy światem stacjonarnym i przenośnym. Natomiast dla wielu może być takim mariażem, który się jak najbardziej udał.

Cena: 7499 PLN
Dystrybutor: MIP  www.mip.bz
Strona produktowa: https://astellnkern.pl/produkt/kann-cube/

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*