Lindemann Musicbook SOURCE II – recenzja

Lindemann Musicbook SOURCE II – recenzja

Lindemann Musicbook SOURCE II to, jak sama nazwa wskazuje źródło, które integruje w jednej obudowie nie tylko przetwornik cyfrowo-analogowy oraz streamer, ale także przedwzmacniacz liniowy oraz preamp do gramofonu wyposażonego we wkładkę typu MM. Innymi słowy mamy tutaj urządzenie, które wystarczy podłączyć do wzmacniacza – czy chociażby do firmowej i pasującej wzorniczo końcówki mocy POWER II – i mamy praktycznie gotowy (oprócz oczywiście głośników) system, który pozwoli nam nie tylko odtwarzać muzykę z plików, czy platform strumieniujących, ale umożliwi także podłączenie źródła analogowego.

Bo oczywiście oprócz wejścia dla gramofonu z wkładką Moving Magnet, w SOURCE II znalazły się także dwa niezbalansowane wejścia liniowe. Urządzenie obsługuje połączenie z Internetem zarówno za pomocą złącza Ethernet, jak i poprzez WiFi, w tym ostatnim przypadku oferując prostą konfigurację za pomocą WPS. Posiada też dedykowaną aplikację ze wsparciem dla całej masy serwisów strumieniujących – wliczając w to platformy takie, jak Deezer, Qobuz, czy Tidal. Możemy też odtwarzać pliki z zasobów lokalnych, czy podłączonych bezpośrednio do SOURCE II pamięci masowych. Jednym słowem – funkcjonalność przybysza z Niemiec jest naprawdę szeroka. I na tej płaszczyćnie Lindemann Musicbook SOURCE II może konkurować z wieloma innymi, w teorii przynajmniej, bardziej znanymi u nas rozwiązaniami na rynku.

Inną zaś kwestią jest przy tym również to, że Lindemann Audio, jako taki – wcale nowicjuszem nie jest. Ani w zakresie ogólnie pojętego sprzętu do odtwarzania muzyki, ani też, jeżeli chodzi o strumieniowe jej przesyłanie. Bo pierwszy odtwarzacz sieciowy z serii MusicBook zadebiutował de facto dokładnie dziesięć lat temu, czyli w 2013 roku. Jednocześnie w 2016 roku niemiecki producent wprowadził do już zadomowionych na rynku źródeł niezwykle ciekawe rozwiązanie, z którym także dzisiaj w przypadku SOURCE II mamy do czynienia. Mowa oczywiście o konwersji w czasie rzeczywistym każdego sygnału cyfrowego PCM do postaci DSD.

Do technicznych – i nie tylko – aspektów tego rozwiązania jeszcze dojdziemy, natomiast trudno też nie zwrócić uwagi na formę urządzenia. Lindemann Musicbook SOURCE II, podobnie jak i jego wzmacniający sygnał odpowiednik, czyli POWER II – to urządzenia o stosunkowo niewielkich gabarytach. A przy tym mają niezwykle interesującą, mogącą się podobać formę, czy też, jak kto woli, kształt obudowy. Producent, a w zasadzie dystrybutor – życzy sobie za SOURCE II 17999 złotych w wersji bez napędu CD, oraz 19490 w wersji, która posiada slotowy czytnik dla srebrnych krążków. Czy w tej kwocie flagowe źródło Lindemanna jest w stanie, mówiąc kolokwialnie, „namieszać” w tym dość konkurencyjnym w sumie segmencie źródeł cyfrowych oferujących streaming audio?

Lindemann Musicbook SOURCE II – kilka słów o konstrukcji

Jak już zaznaczyłem, niemieckie urządzenie charakteryzuje się dość oryginalną formą, która w dużej mierze wynika z jego konstrukcji mechanicznej. Otóż wszystkie flagowe produkty marki Lindemann z serii Musicbook, czyli, COMBO,  POWER II oraz właśnie SOURCE II wykonane są z jednego kawałka aluminium. Zapewnia to nie tylko bardzo wysoką sztywność mechaniczną, ale też odpowiednią izolację znajdującej się wewnątrz elektroniki od świata zewnętrznego. Co niemniej istotne, design jest industrialny i dość ascetyczny zarazem, a przy tym specjalnie się nie narzuca. Z przodu znajdziemy jedynie gniazdo słuchawkowe, wyświetlacz oraz – patrząc bardziej od góry – ciekawie umieszczone pokrętło regulacji głośności oraz przycisk do włączania i wyłączania SOURCE II. Wszystko jest utrzymane w duchu minimalizmu i elegancji, a sam wyświetlacz ma dość rzadko spotykany, żółty kolor. Informuje on tylko o najważniejszych funkcjach, w tym także o trybie pracy urządzenia, pokazując przy tym wizualnie ścieżkę sygnału.

Tylna ścianka Lindemanna już taka minimalistyczna nie jest. Znajdziemy tutaj nie tylko komplet wyjść analogowych, w tym także zbalansowane (i, co najważniejsze, posiadające regulację głośności) wyjścia XLR, ale – tak, jak już pisałem na wstępie – komplet wejść analogowych, wliczając w to także wejście wbudowanego w SOURCE II przedwzmacniacza gramofonowego. Co ciekawe, producent deklaruje, że obwód korekcji dla wkładki MM jest dokładnie taki sam, jak w firmowym przedwzmacniaczu PHONO II. A przy tym zaznacza, że nie zdecydowano się na preamp MC dlatego, że „MC w urządzeniu posiadającym WLAN nie jest dobrym pomysłem”. Interesujący punkt widzenia, który w sumie może mieć swoje uzasadnienie.

 

W SOURCE II zastosowano także kilka ciekawych rozwiązań konstrukcyjnych, takich, jak chociażby w pełni analogowa, oparta o drabinkę rezystorową regulacja głośności. Oraz kilka innych detali, na które także warto zwrócić uwagę. Odnośnie toru analogowego oddajmy głos Norbertowi Lindemannowi:

„Kilka szczegółow: korzystamy ze wzmacniaczy operacyjnych w technologii J-FET, które brzmią lepiej od większości elementów bipolarnych. Jako kondensatorów typu „bypass” używamy bardzo szybkich kondensatorów foliowych oraz tak zwanych OS-Conów”.

Sekcja analogowa to jedno, jednakże najbardziej interesującą częścią SOURCE II jest niewątpliwie część cyfrowa.

Lindemann i konwersja w czasie rzeczywistym do formatu DSD

Cześć cyfrowa w Musicbook SOURCE II korzysta nie tylko z układów DAC firmy AKM, ale posiada też zaimplementowany resampler AK4137, który potrafi „w locie”  konwertować wszystkie sygnały PCM do postaci DSD i wysyłać je w tej postaci do dwóch przetworników AK4493. Każdy z tych przetworników obsługuje jeden kanał i pracuje w trybie różnicowym, czy też, jak kto woli – zbalansowanym. Warto tutaj zwrócić uwagę, iż układy układy firmy Asahi Kasei Microsystems, w tym przetworniki AK4493 z serii Velvet Sound posiadają tryb „direct DSD”, który omija między innymi wewnętrzny filtr cyfrowy i powinien, przynajmniej w teorii, zapewnić najbardziej bezpośrednią ścieżkę sygnału w obrębie samych kości. To oczywiście temat nieco bardziej złożony, natomiast warto tutaj wspomnieć o jeszcze innej, ciekawej rzeczy. Otóż sama konwersja do DSD (którą możemy swoją drogą wyłączyć) odbywa się właśnie w resamplerze AK3137. Na moje pytanie, czy w odbywa się ona właśnie z pominięciem filtrów cyfrowych w samych układach AK4493 dostałem naprawdę ciekawą i dającą do myślenia odpowiedź:

„Używamy trybu direct DSD bez filtracji cyfrowej, zgadza się! Dane PCM są konwertowane do postaci 1-bitowej (DSD) w układzie SRC AK4137. Ten proces to nic innego, jak konwerter delta-sigma przed układem DAC. Można powiedzieć, że rozdzieliliśmy oba zadania na dwie kości. Resampling do 1-bitowej postaci DSD 256 ma jedną przewagę: żadnej filtracji cyfrowej i częstotliwość modulacji 12 MHz, zamiast 22 kHz. Oznacza to, że filtracja jest dużo prostsza, i filtr nie wpływa na odtwarzanie wysokich częstotliwości. Zwłaszcza, że nie ma tutaj ostrej filtracji powyżej 20 kHz. Wiele głośników wysokotonowych brzmi lepiej z tym sygnałem! Podejrzewam, że interferencja z filtrów cyfrowych w przetwornikach przy 22 kHz i powyżej z rezonansami wielu głośników wysokotonowych w okolicach 25 kHz może powodować dziwne brzmienie i dodatkowe harmoniczne”.

Argumentacja niezwykle ciekawa zwłaszcza, jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że wiele głośników wysokotonowych, zwłaszcza kopułkowych z membranami z twardszych materiałów – faktycznie posiada dość ostre rezonanse w zakresie pomiędzy 20 a 30 kHz. A na dodatek – można zaobserwować dość ciekawą tendencję albo do omijania filtrów cyfrowych w samych przetwornikach, albo do ich autorskiej implementacji, czy też do stosowania jeszcze innych – jak to ma miejsce w przypadku Lindemanna – rozwiązań. Swoją droga, konwersję wszystkich sygnałów PCM do postaci DSD stosuje do dzisiaj chociażby tak renomowany producent, jak szwajcarska Nagra. Do tego, jak to przekłada się na brzmienie oczywiście jeszcze dojdziemy, natomiast – tak dla porządku – pochylmy się jeszcze chwilę nad funkcjonalnością Lindemanna w zakresie streamingu.

W tym zakresie niemieckie źródło oferuje nam praktycznie wszystko, czego od urządzenia tego typu moglibyśmy w dzisiejszych czasach oczekiwać. Mamy tutaj nie tylko wsparcie dla Spotify Connect, ale też zaimplementowany TIDAL Connect, oraz oczywiście obsługę platformy Roon. Innymi słowy – w większości sytuacji możemy de facto obyć się bez samej aplikacji Lindemanna. A jeżeli już chcemy z niej skorzystać – to także nie stanie się nic złego, bo jest ona całkiem dopracowana. Z jej poziomu możemy skorzystać z takich serwisów, jak chociażby Deezer, Qubuz czy HIGHRESAUDIO (oprócz oczywiście Tidala i Spotify, ale tutaj mamy akurat wspomnianą możliwość bezpośredniego korzystana za pomocą funkcjonalności „connect”), a także ze stacji radia internetowego oraz podcastów. To oczywiście nie wszystko, bo zawarto w niej kilka ważnych ustawień samego urządzenia. Możemy zmienić poziom jasności wyświetlacza (a nawet go całkowicie wyłączyć), czy przestawić wyjścia analogowe w tryb stałej głośności. Jest też możliwość wyłączenia resampligu do DSD – o czym więcej w opisie samego brzmienia, na który zresztą już najwyższa pora.

Lindemann Musicbook SOURCE II – brzmienie

Przede wszystkim, tak dla jasności, zacznijmy od tego, że SOURCE II słuchałem przede wszystkim w trybie z włączonym upsamplingiem do DSD, bo brzmienie – tak całościowo patrząc – było najlepsze właśnie w tym trybie. To oczywiście nieco szerszy temat i do tego jeszcze powrócimy. Natomiast skupmy się na ogólnym charakterze sonicznym, jaki prezentuje Lindemann. W tym przypadku nie obejdzie się bez jeszcze jednej, drobnej uwagi. Otóż SOURCE II może też pracować także, jako przedwzmacniacz liniowy oraz preamp gramofonowy. Jednakże na początek skupmy się na ogólnym charakterze brzmienia niemieckiego urządzenia, kiedy pracuje ono korzystając zarówno z plików, jak i platform strumieniujących, czyli inaczej mówiąc, kiedy pracuje, jako źródło.

I tutaj pojawia się od razu pewien ciekawy kontekst. Otóż SOURCE II oparty jest, jak już wcześniej wspominałem, na konwerterach marki AKM, w dodatku w dość ciekawej i specyficznej zarazem konfiguracji, bo współpracujących z układem resamplera tego samego producenta. I o ile daleki jestem od klasyfikacji, czy też szufladkowania urządzeń, a konkretnie – w tym przypadku – właśnie źródeł, na podstawie użytych w nich układów przetworników, to jednak już na początku odsłuchów trudno tutaj było nie usłyszeć, czy też nawet skojarzyć, pewnej prawidłowości. Otóż w materiałach marki Asahi Kasei Microsystems najwyższa linia przetworników określana jest sloganem „Velvet Sound”. Lindemann zdaje się ten jakże ładnie brzmiący slogan potwierdzać. Oczywiście, jak to w audio, nic nie jest przy tym aż tak proste, bo gdyby było – to mógłbym w tym momencie dopisać kilka zdań i w sumie na tym zakończyć niniejszą recenzję.

To tak po kolei –  brzmienie Lindemanna jest przede wszystkim w bardzo dużym stopniu pozbawione ostrości, metaliczności oraz wszystkich tych cech, które jeszcze parę lat temu można by, poprzez pryzmat stereotypów, określić, jako „cyfrowe”. A przy tym, jak się okazuje po dłuższym obcowaniu z SOURCE II, sytuacja tutaj jest jednak nieco bardziej ciekawa, bo oprócz wspomnianej aksamitności (czy też braku „cyfrowości”), jest jeszcze kilka cech, które nie zawsze idą z nią w parze.

Na Melody Gardot „Over The Rainbow” wokal był podany niezwykle gładko, organicznie, całe nagranie przekonywało zarówno barwą, jak i całościowym klimatem. Jednocześnie już na tym utworze wyraźnie było słychać, że Lindemann swobodnie operuje też przestrzenią. To urządzenie, które gra planami, nie skleja ich ze sobą. Przy całej organiczności i płynności przekazu – brzmienie miało także odpowiedni oddech.

Pozostając przy żeńskich wokalach, lecz nieco zmieniając repertuar na nieco bardziej rozrywkowy – na listę odtwarzania trafiła płyta „Ray Of Light” Madonny. Jeden z najbardziej znanych z tej płyty utworów, czyli „Skin” zabrzmiał na Lindemannie niezwykle gładko. A przy tym nie tracąc nic ze swojego impetu, bo SOURCE II nie ma też żadnych problemów na dole pasma. Natomiast słychać też było, że charakter tej konkretnej realizacji nałożył się z charakterem źródła. Przy czym wcale nie twierdzę tutaj, że całościowy efekt był w jakikolwiek sposób zły, bardziej zwracam uwagę na to, że warto mieć to na uwadze w kontekście doboru amplifikacji oraz kolumn do SOURCE II.

Pozostając przy wokalistce, której pełne imię i nazwisko to Madonna Louise Ciccone, na „Justify My Love” okazało się, iż Lindemann śmiało poradzi sobie także z mniej audiofilską muzyką. Słuchając z kolei Rogera Watersa, a konkretnie płyty „Amused To Death” niemalże automatycznie nasuwa się kolejna uwaga. Otóż faktycznie, Lindemann oferuje niezwykle ciekawą przestrzeń. Obiektywnie dobrą, natomiast jest w tej przestrzeni coś jeszcze innego. Trudno tutaj przy tym jednoznacznie wyrokować, czy jest to zasługa takiej, a niej innej architektury sekcji cyfrowej, aczkolwiek Lindemanna cechuje taka niewymuszona naturalność – zarówno w budowaniu sceny tak całościowo, jak i także, jeżeli chodzi o kreowanie bardziej sugestywnych zjawisk przestrzennych. I na dodatek nie dość, że nigdy nie mamy poczucia, że dochodzi do jakiegokolwiek efekciarstwa, to na „Perfect Sense” głos Watersa był znakomicie zogniskowany na środku sceny i podany niezwykle sugestywnie, i na dodatek bez śladu niepotrzebnego wycofania.

 

Ogólnie po przesłuchaniu kilku kolejnych albumów z dość zróżnicowanym repertuarem pojawia się również dość istotna refleksja odnośnie wysokich tonów w wykonaniu niemieckiego urządzenia. O ile są one doskonale spięte z resztą pasma, to trzeba zaznaczyć, że ich charakter jest z jednej strony zawsze po bardziej delikatnej stronie, a jednocześnie w jakiś przedziwny sposób nigdy nie brakuje – a już przynajmniej nie w tej cenie – wrażenia sugestywności, chociażby przy budowaniu aury pogłosowej. Słychać to oczywiście najlepiej na dobrych realizacjach, jednakże przy ogólnie płynnym i pozbawionym agresji charakterze brzmienia Lindemann zachowuje w tym wszystkim, co najmniej poprawną dozę szybkości i, mówiąc prostym językiem – pazura. „Lush” z płyty „Orbital 2” brytyjskiego duo z Otford zabrzmiał w minimalnie bardziej stonowany sposób, niż bym sobie tego życzył, aczkolwiek szybkości samej w sobie tutaj na pewno nie zabrakło. Charakter wysokich tonów w Lindemannie ogólnie przypomina mi manierę, jaką oferują wysokiej klasy głośniki wstęgowe takie, jak chociażby Raal 70-10. Jest minimalnie bardziej łagodnie, gładko, ale jednak szczegóły i cały mikroplankton w nagraniach przekazany jest w znakomity sposób, jakby od niechcenia.

W sumie właśnie najciekawsze w niemieckim urządzeniu jest to, że łączy ono aksamitność brzmienia, z nasyceniem barwy i szybkością zarazem. Czasami może nam się wydawać, że dany utwór może być „za ciężki” dla Lindemanna, a tu nagle okazuje się, że SOURCE II jakimś dziwnym trafem wychodzi z opresji obronną ręką. Mam wrażenie, że jest ponieważ Lindemann nie gra tak naprawdę dźwiękiem miękkim tak per se. Tutaj mamy do czynienia z nieco innym zjawiskiem, a mianowicie z brzmieniem płynnym i zarazem pozbawionym niepotrzebnej ostrości, ale jednocześnie wciąż obecnym. Jednocześnie niskie tony w Lindemannie nie są przy tym w żaden sposób zmiękczone. I o ile nie jest to bas, który stawia jednoznacznie na zejście, ani nie jest też w jakiś nadprzyrodzony sposób konturowy, to przy tym można uznać, że dość entuzjastycznie podchodzi do tematu. Bo trochę wychodzi poza całościową koncepcję brzmieniową urządzenia i potrafi twardo uderzyć, mocno trzymać rytm wtedy, kiedy nagranie tego wymaga.

Tor analogowy i przedwzmacniacz gramofonowy

Jeżeli chodzi o wejścia liniowe w Lindemannie to są one dwa – i w skali absolutnej – niemiecki kombajn na pewno coś dodaje od siebie do charakteru podłączonych przez niego źródeł. Ale śmiem też twierdzić, że tak długo, jak długo nie podłączymy do SOURCE II zbyt wymagających urządzeń (jak przykładowo kosztujący dwa razy tyle przetwornik, czy tor analogowy za dziesiątki tysięcy złotych), to docenimy kulturalny i nasycony charakter toru liniowego. Pamiętajmy też, że w przypadku korzystania z wejść „Analog 1” i „Analog 2” mamy do dyspozycji bardzo dobrą, zbudowaną na drabince rezystorowej regulację głośności. Natomiast sam przedwzmacniacz gramofonowy – zasługuje już na jednoznaczną pochwałę. Co prawda obsługuje tylko wkładki MM (vide uwaga producenta w bardziej technicznej części), jednakże ze wszystkich recenzowanych dotąd urządzeń typu „all-in-one” to właśnie Lindemann zasługuje w tej konkurencji na pierwsze miejsce, ex-equo z Mytekiem Brooklyn Bridge.

Zanim przejdziemy do podsumowania – kilka słów o Musicbook POWER II

Przy okazji recenzji do recenzji trafiło do mnie drugie urządzenie z flagowej serii Lindemanna, czyli końcówka Musicbook POWER II. W serii Musicbook jest jeszcze COMBO, które integruje w jednej obudowie zarówno źródło, jak i sekcję wzmacniacza, ale to zostawmy na inną historię. POWER II jest z przodu bliźniaczo podobny z przodu do recenzowanego urządzenia i jest de facto końcówką mocy do niego dedykowaną. Końcówka ta jest także o tyle ciekawa, że wspiera bi-amping i na dodatek umożliwia w takiej konfiguracji regulację poziomu sekcji niskotonowej, co w niektórych pomieszczeniach i konfiguracjach może okazać się niezwykle pożyteczną funkcją.

W bardzo dużym skrócie: opiera się na własnej implementacji modułów Hypexa i całkiem nieźle zgrywa brzmieniowo z SOURCE II. Więc jeżeli ktoś chciałby mieć, mówiąc kolokwialnie, pasujący do siebie cały zestaw gotowy do napędzenia kolumn – to firmowa końcówka mocy może być ciekawą opcją. Ciekawą o tyle, że z pewnością jest to najlepsza implementacja właśnie modułów Hypexa, jaką do tej pory słyszałem. Oczywiście można lepiej, ale – podkreślam – gdyby ktoś rozważał oba urządzenia z serii Musicbook, czyli właśnie SOURCE II i POWER II, to taką kombinację można śmiało brać pod uwagę.

Lindemann Musicbook SOURCE II – pozytywna nowość

Przyznam szczerze, że Lindemann jest jedną z ciekawszych nowości, z jakimi się ostatnio zetknąłem, jeżeli chodzi o źródła. A przy tym oferuje też bardzo dobre całościowo brzmienie, które przy tym konsekwentnie i w sensowny jednoznacznie sposób trzyma się pewnej określonej i spójnej koncepcji. Na dodatek SOURCE II jest ciekawy także od strony technicznej, bo posiada rzadko spotykany, przemyślany sposób implementacji sekcji cyfrowej. W implementacji tej najważniejsze jest przy tym to, że po prostu działa ona w praktyce. Bo zmiana trybu pracy przetworników z „DSD” na „PCM” sprawiła, że nagle Lindemann zmienił się na gorsze, zmienił się na, że tak to ujmę bez ogródek, „kolejny poprawny przetwornik na AKMach”. A tymczasem to właśnie w trybie konwersji do DSD urządzenie to oferuje brzmienie w dużej mierze unikalne. Przy czym nie twierdzę też, że trafi ono we wszystkie gusta, bo jeżeli ktoś szuka laserowej precyzji, czy też – generalnie rzecz ujmując – brzmienia dużo bardziej wyrazistego, w kontekście też takim, że bardziej chropowatego, to z pewnością znajdzie dla siebie ciekawsze urządzenia.

Siła Lindemanna tkwi w płynności, barwie, naturalnej przestrzeni z jednej strony. I jednocześnie w całościowym dopracowaniu, w funkcjonalności – z drugiej. A na dodatek otrzymujemy tę kombinację w niezwykle atrakcyjnej formie. I to właśnie za to połączenie tych wszystkich cech, mając na uwagę niezwykle ciekawą implementację sekcji cyfrowej – należy się nagroda „wybór redakcji”!

Adam Kiryszewski

Dystrybutor: MIP (https://www.mip.bz
Cena: 17990