Moon 600i V2 to wzmacniacz zintegrowany, który znajduje się znacznie wyżej w hierarchii kanadyjskiego producenta, aniżeli recenzowane wcześniej urządzenie „all-in-one” o jakże ciekawej nazwie ACE. O ile w tamtym przypadku można było mówić o produkcie, który łączy streaming oraz amplifikację w jednej obudowie i do tego ma – jak na połączenie możliwości i brzmienia – jeszcze w miarę przystępną cenę, to w przypadku modelu 600i V2 sytuacja jest już zgoła odmienna. Bo tym razem mamy do czynienia z wyspecjalizowaną integrą, która nie tylko ceną, ale także wyglądem aspiruje do jakże lubianego i – nie oszukujmy się – niekiedy nadużywanego określenia: „hi-end”. Faktem jest, że jeżeli popatrzymy na ofertę kanadyjskiego producenta, to 600i V2 jest de facto drugim „od góry” wzmacniaczem zintegrowanym. Powyżej niego jest sporo droższy 700i V2, a później producent proponuje nam już w pełni dzielone na przedwzmacniacze i końcówki mocy rozwiązania, których apogeum reprezentują flagowe monobloki 888.
Jednocześnie pojawia się tutaj jeszcze inna, godna zauważenia kwestia. Otóż Moon 600i V2 przy swojej cenie, która wynosi nieco ponad 50 tysięcy złotych – w pewnym sensie wchodzi też na terytorium całkiem sporych końcówek mocy takich, jak chociażby recenzowana swego czasu na łamach hifizone.pl Ultima 5 brytyjskiej marki Chord. To raz. Dwa: przy tej cenie za wzmacniacz zintegrowany – naprawdę wszystko powinno się, mówiąc kolokwialnie, zgadzać. Pamiętajmy tez o jeszcze innej, w sumie wcale nie mniej ciekawej kwestii. Za podobną kwotę możemy także kupić jakiś dość egzotyczny wzmacniacz lampowy, albo też kombinację pre-power, czyli osobny przedwzmacniacz oraz końcówkę mocy. I to w sumie wcale nie byłoby ostatnie, ani nawet przedostatnie pytanie, jakie przy okazji recenzji tej akurat integry Moona należałoby zadać. Najważniejsze jednak patrząc całościowo będzie to, czy – nawiązując akurat do nazwy wcześniej recenzowanego produktu kanadyjskiej firmy (ACE – „A Complete Experience”) – doświadczenie, jakie zapewni nam Moon 600i V2 przekłada się na kwotę, jaką należy za niego zapłacić.
Moon 600i V2 – budowa
Zacznijmy od kwestii, że tak powiem fundamentalnych: Moon 600i V2 to wzmacniacz zintegrowany, który posiada nie tylko konfigurację typu dual-mono, ale jest także konstrukcją – z elektronicznego punktu widzenia – zbalansowaną. Ta ostatnia cecha oznacza, że warto do Moona podpiąć źródło właśnie poprzez połączenie XLR. Oddajmy w tym aspekcie głos producentowi, który zaznacza, że Moon 600i V2 jest zbalansowany „od wejść przez cały tor aż do, lecz nie wliczając w to, końcówki mocy”. Innymi słowy, nie mówimy tutaj o sytuacji, gdzie sygnał z wejść XLR jest sumowany i wzmacniany dalej pod postacią niesymetryczną, tylko o topologii, gdzie sygnał pozostaje zbalansowany aż do końcówek mocy.
Jeżeli zaś chodzi o konfigurację dual-mono, to w tym przypadku oznacza to, że w jednej obudowie mamy de facto dwa wzmacniacze, które posiadają oddzielne zasilanie, a wspólna dla nich jest jedynie logika sterująca, oraz oczywiście obudowa i takie detale, jak gniazdo zasilające (a także kilka innych rzeczy, o czym później). Faktem jest, że w przypadku Moona o to zasilanie zadbano – jest ono oparte na dwóch sporych transformatorach toroidalnych oraz ośmiu kondensatorach filtrujących (po cztery na kanał). Waga tego wzmacniacza wynosi 21 Kg i ciężar ulokowany jest w dużej mierze z przodu, przy przedniej ściance. A odpowiedzialne za to są w dużej mierze dwa całkiem spore transformatory toroidalne.
Oczywiście zawsze można więcej i lepiej, ale trzeba też zauważyć, że to wcale nie jest tak, że stosowanie lasu kondensatorów oraz znacząco przewymiarowanego zasilania zawsze przyniesie nam pozytywne skutki. Tutaj bardziej chodzi o to, że całościowa wydajność zasilania powinna uwzględniać cały układ wzmacniacza, z końcówkami mocy włącznie – i to w sumie znacznie szerszy temat, aniżeli spektrum tejże recenzji. Jeżeli zaś chodzi o stopień końcowy w 600i V2, to każdy z nich oparty jest o dwie pary tranzystorów mocy, które noszą oznaczenia kanadyjskiego producenta. Zatem nie dowiemy się tak łatwo, jakie konkretnie zastosowano. Taka konfiguracja końcówki mocy oferuje nam 125 W na kanał przy obciążeniu 8 omów, podwajając tę wartość do 250 W dla 4 omów.
Jeżeli zaś przy konstrukcji elektronicznej Moona już jesteśmy – to producent zaznacza też dwie dość w sumie ważne kwestie. Po pierwsze: mamy tutaj do czynienia ze wzmacniaczem pozbawionym globalnego sprzężenia zwrotnego. A po drugie wzmacniacz ten oddaje pierwsze 5W w Klasie A.
Brak globalnej pętli sprzężenia zwrotnego producent wyjaśnia w taki sposób:
„Nie ma pętli globalnego sprzężenia zwrotnego, ale są pętle lokalne. Te pętle są mniejsze i zazwyczaj obejmują pojedynczy stopień, niż cały tor, dlatego są też mniej szkodliwe dla osiągów brzmieniowych”.
Kilka słów o konstrukcji „dual-mono”
Warto nad tą kwestią pochylić się na moment. A to dlatego, że w przypadku wzmacniaczy zintegrowanych sprawy nie są zazwyczaj takie oczywiste i de facto określenie danego urządzenia, jako konstrukcji dual-mono, wcale takiej konstrukcji nie implikuje. Bo pojawia się tutaj kwestia, czy oprócz samych niezależnych zasilaczy i fizycznego rozdzielenia końcówek mocy – mamy takową konstrukcję zachowaną w przypadku obwodów wejściowych. W zasadzie to można by tutaj iść jeszcze dalej i rozważać, czy np. samo zasilanie nie powinno mieć osobnych gniazd IEC (tak, są takie urządzenia). O ile jednak to ostatnie będzie w zdecydowanej większości przypadków wzmacniaczy zintegrowanych jednak przesadą, to warto rzucić okiem na rozmieszczenie wejść oraz to, co w sumie nie mniej ważne. Czyli sam przedwzmacniacz. W tym akurat miejscu producenta można nawet nie tyle pochwalić, co przyznać ze spokojem, że zachował konsekwencję. Czyli inaczej rzecz ujmując – wspomnianego „dual-mono” jest w Moonie 600i V2 tyle, a już na pewno nie mniej, ile być powinno.
Gniazda z tyłu wzmacniacza – poza zasilającym – są rozmieszczone symetryczne. I odwzorowują one wewnętrzną budowę 600i V2, a dokładniej rzecz ujmując, rozmieszczenie elementów na płytce modułu wejściowego. A na niej mamy symetrycznie, lustrzane rozmieszczone nie tylko przełączniki wejść, ale i także obwody przedwzmacniacza. Bo w sumie można też powiedzieć, że 600i V2 to dwie końcówki mocy, z dwoma zasilaczami oraz przedwzmacniaczem – w jednej obudowie. Oczywiście można by tutaj w dalszym ciągu dywagować, ale proszę mi wierzyć, jest wiele konstrukcji dzielonych pre-power, które sumarycznie nie są zbudowane aż tak dobrze, jak kanadyjska integra. Co ciekawe, producent przy tym jakoś specjalnie się właśnie z tym „dual-mono” nie obnosi, można odnieść wrażenie, że taka konfiguracja to dla kanadyjskiej marki na tym poziomie coś normalnego.
Moon 600i V2 – o konstrukcji ciąg dalszy
O ile oczywiście prawdą jest, że de gustibus non disputandum est, to jednak przy tej cenie urządzenia można (a w zasadzie nawet należy) wymagać także tego, że samo z nim obcowanie – i tutaj pomijam już kwestie stricte brzmieniowe – będzie sugerować, iż mamy do czynienia z produktem z wyższej półki. W przypadku 600i V2 faktycznie tak jest, natomiast pozwolę sobie na kilka, tym razem nieco luźniejszych uwag. Otóż są pewne cechy w Moonie, które świadczą o tym, że mamy do czynienia z produktem firmy, która pewne rzeczy najwyraźniej sobie przemyślała. I to wychodzi dopiero w takim codziennym, dłuższym użytkowaniu. Weźmy chociażby pod uwagę jakże charakterystyczny wyświetlacz typu „DOT”. Jest on znakiem rozpoznawczym w zasadzie wszystkich wyższych modeli wzmacniaczy zintegrowanych, przedwzmacniaczy i ogólnie źródeł kanadyjskiej marki. Wyświetlacze takie stosował swego czasu, ładnych parę lat temu – chociażby Mark Levinson. A dziś korzysta z nich w sumie stosunkowo niewielu producentów z branży. Przyznam, że trochę to dziwi, bo akurat w tego typu urządzeniach – są one po prostu wygodne, są znaczącym ułatwieniem i ukłonem w stronę, jakby nie patrzeć, użytkownika. Nie trzeba się z odległości kilku metrów domyślać, co na tym wyświetlaczu się znajduje. A ponadto – do takiego wzmacniacza, który nie ma chociażby funkcjonalności strumieniowania, taki wyświetlacz po prostu pasuje.
Jednakże, żeby nie było, to są też rzeczy w Moonie, na które chciałbym – tak dla czystej formalności zwrócić uwagę. Po pierwsze: do dyspozycji mamy tylko po jednej parze zacisków głośnikowych na kanał, także nici z bi-wiringu. Po drugie: ja rozumiem, że pilot dodawany do wzmacniacza jest dedykowany dla całych systemów Moona, ale może warto by się zastanowić nad czymś, co pozwala jedynie na regulację głośności i ewentualnie przełączanie źródeł? Oczywiście trochę się w tym momencie czepiam, natomiast sam pilot jest dość ciężki, metalowy i jego obudowa sprawia niezwykle solidne wrażenie, tylko ta ilość przycisków…
No i jeszcze pewna uwaga praktyczna – proszę zwrócić uwagę, że nóżki w 600i V2 są rozmieszczone szeroko a sam ciężar wzmacniacza skupiony jest dość mocno na przodzie urządzenia. Jeżeli zatem mamy półki z dodatkowymi platformami, to warto wcześniej sprawdzić, czy nóżki na tych platformach się zmieszczą, aby potem nie było rozczarowań. I jeszcze jedna ciekawostka, o tyle interesująca, co też świadcząca o trosce producenta o samo urządzenie (i w niemałym stopniu także o zdrowie psychiczne klienta). Otóż po otwarciu pudełka znajdziemy kartkę z napisem i grafiką, które wyraźnie sugerują, aby wzmacniacza pod żadnym pozorem nie stawiać na przedniej ściance. Chodzi oczywiście o możliwość uszkodzenia enkodera głośności, na którym oprze się wtedy znaczna cześć ciężaru wzmacniacza. Co ciekawe – samo urządzenie jest w tym miejscu dodatkowo zabezpieczone przez producenta. Niby niewielki detal, ale na tym poziomie (także, a może zwłaszcza, cenowym), to o takie właśnie detale się także rozchodzi.
Moon 600i V2 – brzmienie
Moon 600i V2 już od pierwszych taktów wyraźnie nam zdradza, że mamy do czynienia z wyższej klasy amplifikacją. I robi to przy tym w niezwykle ciekawy sposób, bo słyszymy po prostu… muzykę. Rozpocząłem odsłuchy od nieco spokojniejszego repertuaru i na pierwszy rzut poleciał utwór Melody Gardot „Over The Rainbow”. I tym, co od razu zwróciło na siebie uwagę był niesamowity spokój, spójność i poukładanie brzmienia.
Kanadyjska integra gra w sposób niewymuszony i organiczny zarazem. I o ile już na początku odsłuchów czuć było potencjał w zakresie takich obiektywnych aspektów, jak dynamika, rozdzielczość, czy bas, to słychać też główną w zasadzie cechę brzmienia 600i V2. Jest nią niezwykła naturalność połączona z czystością przekazu. Głos Gardot na płycie „My And Only Thrill” był nie tylko wyraźnie zawieszony w przestrzeni, ale też niezwykle realny, namacalny. A w tym wszystkim czuć równocześnie było, że przy takich mniejszych składach Moon ma jeszcze de facto ogromne pokłady rozdzielczości.
Co ciekawe, kanadyjski wzmacniacz nie ma ani inklinacji do grania taką stereotypową można by rzec, lampową barwą, ani też tej barwy w żaden sposób nie wysusza. I, co najważniejsze, barwa ta, jej temperatura zmienia się mocno z płyty na płytę, z nagrania na nagranie. Album „Ray Of Light” Madonny zabrzmiał w charakterystyczny dla siebie, nieco pastelowy sposób. I zdradził też, że 600i V2 to integra tranzystorowa o tyle, że mamy tutaj do czynienia ze świetnie spiętym z resztą pasma basem. Niskie częstotliwości w Moonie nigdy się nie gubią, ale też unikają niepotrzebnego, nienaturalnego utwardzenia.
Kolejną wyróżniającą się cechą 600i V2 jest niebywała wręcz spójność, koherencja brzmienia. A dokładniej to, że zachowując wciąż niemalże (bo oczywiście zawsze da się lepiej w skali absolutnej) referencyjny wgląd w nagranie – nie dzieli nam utworów na poszczególne części pasma. Wszystko w muzyce ma swój odpowiedni timing, dzieje się wtedy, kiedy dziać się powinno. I po prostu czuć także, że albo zachowana jest jakaś delikatna spójność czasowa (czy też precyzyjniej: fazowa), którą bardzo wiele wzmacniaczy jednak gubi – albo też Moon 600i V2 jest po prostu pozbawiony pewnego rodzaju zniekształceń. Podobny efekt był z Enleum AMP-23R, chociaż w tamtym przypadku możemy mówić o jednak innej (nieco bardziej „podgrzanej”) całościowej tonalności – no i oczywiście o zupełnie innym całościowym charakterze urządzenia, także pod względem użytkowym.
Wracając zaś do Moona, to jest jeszcze jedna rzecz, która także mocno wyróżnia to urządzenie. Cecha ta ujawniła się w dość nieoczekiwanym momencie, kiedy po „Skin” Madonny na playlistę trafił utwór „Justify My Love” wokalistki, której pełne nazwisko brzmi Madonna Louise Ciccone. I nie, paradoksalnie to nie bas był największym zaskoczeniem, lecz to, że na 600i V2 bardzo wyraźnie było słychać, że mamy do czynienia z inną realizacją. Ergo: inną płytą. Bo na całym albumie „The Immaculate Collection” wyraźnie dało się wyczuć inny koloryt wysokich tonów.
No i właśnie: góra pasma. O ile, jak już napisałem, „sześćsetka” nie dzieli, w żadem sposób nie szatkuje muzyki na pasma, to samej górze, jako takiej – należy się specjalna uwaga. Przede wszystkim zakres jest bardzo przeźroczysty pod względem barwy i w dużej mierze pozbawiony granulacji. W zasadzie to łatwiej jest powiedzieć, jaki Moon de facto w zakresie wysokich tonów nie jest, aniżeli jednoznacznie stwierdzić, jaki narzuca nam tutaj charakter. Bo ten ostatni będzie chyba w zdecydowanej większości przypadków bardziej uzależniony od źródła, zastosowanych kolumn (a w tym przypadku także od rodzaju i aplikacji przetwornika wysokotonowego), kabli, repertuaru, pomieszczenia i całej reszty – aniżeli od samego wzmacniacza.
Na „Real Indication” A. Badalamentiego realizm przekazu był znakomity. Kanadyjski wzmacniacz zaprezentował niezwykle szeroką, głęboką i z rozmachem wybudowaną scenę. Przy czym trzeba też wspomnieć, że podobnie, jak w przypadku wysokich tonów – Moon bardzo dobrze różnicuje też rozmiary źródeł pozornych, niczego na scenie ani nie pomniejsza, ani też sztucznie nie powiększa. Mamy tu do czynienia raczej z graniem minimalnie idących w stronę intymności i precyzji przekazu, aniżeli ekspansywności, aczkolwiek to wychodzi dopiero przy bardziej wnikliwych, bezpośrednich porównaniach.
Jednocześnie niech też nikt nie zasugeruje się, iż Moon gra nazbyt po spokojnej stronie. Bo de facto radzi sobie z impulsami znakomicie. Jedyne, czego w tym aspekcie nie robi – to nie dodaje do tych impulsów, skoków głośności nich nic od siebie. Dynamika jest swobodna, przy tym sam charakter wzmacniacza powoduje też, iż 600i V2 jej w żaden sposób nie podkręca. Co prawda miałem na to zwrócić uwagę już wcześniej, ale to właśnie w tym momencie warto wspomnieć, że kanadyjska integra unika jakiejkolwiek sztucznej efektywności, a jej spektakularne moce leżą zupełnie gdzie indziej. Moon to takie połączenie naturalności, spójności i braku „elektronicznej” granulacji w brzmieniu, które sprawia, że brzmienie tego wzmacniacza zaczyna już wymykać się ocenie poprzez pryzmat obiektywnych wyznaczników.
Pozwolę sobie to ująć jeszcze nieco inaczej. Otóż do niezwykle ciekawych wniosków można dojść, słuchając Moona na muzyce – uogólniając – bardziej rozrywkowej. Otóż nagle okazuje się, że można taką muzykę doskonale odtworzyć bez podbijania niskich tonów, czy jakichkolwiek kombinacji z dynamiką. Tutaj rytm był budowany nie przez jakiekolwiek jego zaznaczenie wynikające chociażby z utwardzenia pewnego zakresu basu, a poprzez doskonałą spójność całego brzmienia połączoną naturalnością i płynnością tego, co przez 600i V2 można usłyszeć.
Moon 600i V2 – podsumowanie
Jak zapewne zdążyli Państwo (albo i nie) zauważyć – sam opis brzmienia Moona 600i V2 nie był wcale jakiś specjalnie długi. I właśnie w tym widziałbym największą zaletę, czy też mówiąc wprost – klasę tego wzmacniacza. Jego charakter brzmieniowy jest nie tylko niezwykle dyskretny, ale też to konkretne urządzenie ma do zaoferowania coś w sumie chyba jeszcze ważniejszego. Otóż jego brzmienie jest niezwykle spójne, całościowe. I przy zachowaniu wszystkich tych obiektywnych czynników, których moglibyśmy oczekiwać od wysokiej klasy integry – ma w sobie jeszcze (albo już?) ten pierwiastek, który sprawia, że słuchamy muzyki, a nie sprzętu. Nawet przy urządzeniach kosztujących tyle, co 600i V2 wcale nie jest to takie oczywiste.
W tym momencie nasuwa się niejako pytanie, które poniekąd zadałem we wstępie. Pozwolą Państwo, iż nieco je teraz rozwinę, czy nawet zmodyfikuję. Bo w zasadzie należałoby tutaj bardziej się zastanowić, komu Moon 600i V2 może najbardziej przypaść do gustu. Otóż, paradoksalnie, odpowiedź na to pytanie jest dość prosta. Ale, żeby nie było, to ujmę temat w nieco bardziej precyzyjny i nakreślający wyraźniej sprawy sposób. Otóż możemy za tą kwotę kupić jakąś, mówiąc potocznie – „lampę”. Pewnie nawet typu SET, która w zakresie mikrodynamiki oraz kilku innych cech będzie mieć więcej do powiedzenia. Z drugiej zaś strony możemy też kupić końcówkę mocy, albo wzmacniacz tranzystorowy o jeszcze większej, niż Moon, a może nawet o znacznie większej – mocy. Tyle, że tak patrząc sumarycznie – w każdym z tych przypadków jest więcej, niż prawdopodobne, że będziemy się jednak godzić na mniejszy, lub większy, lecz jednak kompromis w jednej, albo nawet kilku płaszczyznach.
Odnosząc się do powyższego: Moon barwowo jest właśnie gdzieś pomiędzy SETem a taką typową tranzystorową końcówką mocy. Inaczej rzecz ujmując – ma tę barwę znakomicie jak na tego typu urządzenie „ustawioną”, niczego w tym aspekcie w sumie nie udaje. A przy tym wciąż bardzo dobrze radzi sobie z drobnymi sygnałami, czuć, że wzmacniacz ten nie zaciera mikrodynamiki, oferuje sporo mikroplanktonu w brzmieniu. Jednocześnie powinien też spokojnie napędzić zdecydowaną większość kolumn na rynku, wliczając w to rozsądnych rozmiarów elektrostaty i magnetostaty.
Są urządzenia, które potrafią być „bardzo dobre” w jednym, dwóch, czy też kilku aspektach. I jednocześnie być tylko „zadowalające” w wielu innych. I ile 600i V2 to raczej nie będzie wzmacniacz dla zagorzałych fanów egzotycznych lamp takich, jak chociażby 45, to ich może także zaskoczyć tym, że, tak jak napisałem na wstępie – po prostu potrafi zagrać muzykę. Całej reszcie, a przede wszystkim tym, którzy szukają po prostu bardzo dobrego wzmacniacza zintegrowanego w cenie kilkudziesięciu tysięcy złotych – gorąco polecam odsłuch kanadyjskiej integry. Bo brzmienie Moona przekonuje przede wszystkim niezwykłym połączeniem naturalności i spójności. I po prostu – nawet przy tej cenie – broni się samo.
Adam Kiryszewski
Dystrybutor: Audio Center Poland https://audiocenter.pl
Cena: 51490 PLN









