Shure AONIC50 – recenzja

Shure AONIC 50

Shure AONIC50 to bezprzewodowe słuchawki nausze z technologią redukcji szumów. Jednocześnie są też pewnego rodzaju nowym rozdaniem w szerokiej i ciekawej ofercie amerykańskiej marki, która istnieje na rynku już ponad 50 lat. Warto tutaj wspomnieć też o tym, że Shure to bardzo poważany producent w sektorze pro-audio i ich słuchawki oraz mikrofony są często pierwszym wyborem nie tylko w studio, ale także na scenie i wszędzie tam, gdzie liczy się pewność oraz jakość działania. O ile u nas marka jest nieco mniej znana, to chociażby w Stanach Zjednoczonych cieszy się reputacją praktycznie taką samą, jak chociażby JBL. Reputację tą ma zresztą nie bez powodu, bo śmiało można powiedzieć, że takie mikrofony, jak chociażby SM58 – mają już miano klasyków. Jednocześnie, zwłaszcza u nas, jest też tak, że słuchawkowa linia produktów jest jednak nieco mniej znana. Oczywiście są takie modele, jak douszne modele SE215, czy SE535, które dobrze przyjęły się na rynku. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że to właśnie słuchawki tego producenta są trochę niedocenione. A przy tym też nowa linia produktów amerykańskiego producenta stara się to zmienić i trafić w gusta wymagającego słuchacza. I też także takiego, który oczekuje połączenia bardzo dobrego brzmienia z wygodą i funkcjonalnością. Idealnym przykładem tego jest tutaj model AONIC50, który właśnie jest jedną z najnowszych propozycji firmy. Jest przy tym propozycją o tyle ciekawą (o ile nie najciekawszą), że zdaje się być wycelowany bezpośrednio w głównego konkurenta, czyli model Sony WH-1000XM, przy czym te ostatnie są już w swojej czwartej iteracji. Na papierze AONIC50 oferuje wiele, natomiast pytanie, jakie pozostaje tutaj otwarte to – jak nowe Shure sprawdzają się w praktyce? I, wreszcie, jak wypadają brzmieniowo?

Shure AONIC 50

Wykonanie oraz konstrukcja mechaniczna i sterowanie

Pierwsza rzecz jest taka, że AONICi dostajemy w dość specyficznym, okrągłym pudełku o bardzo charakterystycznym wzornictwie. Znajdzemy w nim – także okrągły – dobrze i solidnie wykonany futerał na słuchawki. W nim oczywiście słuchawki, zestaw kabli (mini-jack na mini-jack oraz USB-C) oraz bardzo zwięzłą instrukcję w formie małej ulotki. Zestaw jest raczej po minimalistycznej stronie, natomiast należy producenta pochwalić z pewnością za to, że nie ma tutaj zbędnych rzeczy, a całość sprawia po prostu bardzo dobrze wrażenie. Jeżeli miałbym porównać wykonanie Shurów do japońskich konkurentów (WH-1000XM4) to jednak amerykanie mają tutaj pałeczkę pierwszeństwa. Mimo wszystko jest pewna różnica w cenie i już sama jakość wykonania tę różnicę pokazuje. Przede wszystkim pałąk oraz nauszniki sprawiają bardzo dobre wrażenie, zwłaszcza w brązowej wersji, która trafiła do redakcji.

Jedyne, do czego należy się przyczepić, czy też zwrócić wyraźnie uwagę – to sposób składania słuchawek. W przeciwieństwie do bezprzewodowych Sony czy Bose nie mamy tutaj składania muszli wewnątrz pałąka, a sposób składania „na płasko”. Jest to jednocześnie w sumie jedyna praktyczna rzecz, którą można by zrobić lepiej. Bo sama jakość wykonania, jak już wspomniałem, jest na wysokim poziomie i bezprzewodowe słuchawki amerykańskiego producenta po prostu robią wrażenie może nawet nie tyle, że drogich, co po prostu gustownych i luksusowych. Inną zaś kwestią jest też to, że samo mechaniczne wykonanie słuchawek, wliczając w to także te wszystkie ruchome elementy – w tym zawiasy – naprawdę sprawia wrażenie solidnego. Nie ma słuchawek niezniszczalnych, ale w bezpośrednim porównaniu Shure, Sony oraz Bose – to te dwie ostatnie trochę sprawiają wrażenie delikatnych.

Kolejna rzecz to kwestia w pewnym sensie subiektywna i tutaj zdania mogą się różnić, natomiast Shure rozwiązało kwestię sterowania w sposób – można by rzec – klasyczny. W przeciwieństwie do dotykowego panelu w chociażby Sony, tutaj mamy po prostu przyciski. Patrząc od spodu są to: przycisk zasilania (służący także do parowania BT), przyciski sterujące głośnością, a w środku dodatkowy przycisk pełniący funkcję sterowania odtwarzaniem, połączeniami i uruchamiający asystenta głosowego. Nad nimi jest trójpozycyjny przełącznik włączający tryb przekazywania dźwięków z otoczenia z jednej i aktywujący redukcję szumów tegoż otoczenia z drugiej strony. Mamy oczywiście diodę LED informującą o statusie połącznia Bluetooth, ładowaniu oraz niskim poziomie baterii.

Przyznam, że oprócz przełączania utworów następny/poprzedni – sterowanie w bezprzewodowych Shure’ach działa bezproblemowo. To przykład na trochę inne podejście, aniżeli chociażby w Sony, ale zauważyć trzeba, że amerykanie poszli drogą sprawdzoną oraz – co ważne – przyciski są bardzo łatwo wyczuwalne pod palcem, trudno się pomylić odnośnie tego, który jest który.

O funkcjonalności słów kilka

Zacznijmy tutaj od tego, że AONIC 50 to zamknięte słuchawki dynamiczne z przetwornikami o średnicy membrany 50mm z przetwornikami, które napędzane są magnesami neodymowymi. Oczywiście możemy, oprócz łączności Bluetooth, wykorzystać także połączenie kablowe i w takiej konfiguracji Shure’y mają impedancję 39Ohm i – według producenta – maksymalną moc 100 mW.

Shure AONIC 50

Warto jeszcze wspomnieć, że mamy tutaj obsługę pełnego wachlarza kodeków: aptX, aptX HD, aptX Low Latency, SBC, AAC oraz LDAC. Także zwolennicy przesyłania muzyki bezprzewodowo w wyższej jakości będą, przynajmniej od strony teoretycznej zadowoleni. Bo wsparcie dla aptX HD oznacza to, że Shure są w stanie obsłużyć bezprzewodowe audio w formacie do 32-bitów i 48KHz.

No i teraz meritum – jak Shure AONIC 50, mówiąc po ludzku, grają?

Na pierwszy ogień poszła muzyka filmowa, a konkretnie Hans Zimmer, James Newton – „Rory’s First Kiss”. I już po pierwszych taktach z AONICami założonymi na głowę przychodzi do głowy taka myśl, że Shure to przecież firma, jakby nie patrzeć, ze studyjnym rodowodem. Przy czym proszę mnie też źle nie zrozumieć – słuchawki nie grają tak do końca płasko, charakterystyka nie jest – wbrew pozorom – idealnie równa. Ale z pewnością jest inna, aniżeli np. w czwartej wersji modelu WH-1000 firmy Sony. To, co mi się od razu spodobało, to specyficzna miękkość w brzmieniu połączona z dobrym oddaniem nie tylko detali – także w najwyższym paśmie – ale także i całkiem niezłe, zwłaszcza, jak na zamknięte słuchawki pokazanie planów. Scena jest tutaj oczywiście bardziej w głowie, niż na boki ale też jest całkiem spora separacja na scenie, w momentach kulminacyjnych, kiedy jest dużo sztucznie wygenerowanych dźwięków – nic się zbytnio nie zlewa. Użyłem tutaj określenia „zbytnio” dlatego, że oczywiście nowe Shure’y to nie elektrostaty Staxa. Jednakże patrząc poprzez pryzmat skali bardziej absolutnej – to trzeba przyznać, że jest bardzo dobrze. Ciekawe przy tym jest to, że zachowując nieco pastelowy obraz brzmienia amerykańskie słuchawki potrafią w nieoczekiwanych mometnach zaskoczyć czytelnie pokzanym detalem, gdzieś bardziej z tyłu muzycznych wydarzeń.

Kolejnym utworem, jaki – niejako mimochodem – trafił bezprzewodowo (korzystąc z aptX HD z FiiO M11) do AONICów był jeden z moich ulubionych utworów, który nie najgorzej chyba pokazuje wszystkie problemy na środku pasma, wykładając czasami sprzęty za całkiem spore ilości monet. Shury sobie poradziły tutaj bardzo dobrze, głoś wokalistki był minimalnie wycofany – ale to patrząc poprzez pryzmat takiego kompletnie monitorowego brzmienia – a jednocześnie pozbawiony jakiejkolwiek krzykliwości. Inaczej rzecz ujmując, potwierdziła się moja teoria, że Shury grają neutralnie, a jednocześnie po pastelowej stronie. A przy tym dało się na całej pierwszej solowej płycie Annie Lennox zauważyć coś jeszcze innego. Otóż Shury nie idą w stronę takiej totalnej, kompletnej natychmiastowości, są szybkie, ale robią to też w płynny sposób. Bo całe brzmienie idzie właśnie w stronę zachowania ciągłości w muzyce. A dobre odwzorowanie detali, tego, co z tyłu i nieco pastelową barwę dostajemy niejako w pakiecie.

Shure AONIC 50

Kolejna kwestia, o której należy napisać, i która też będzie z pewnością dość istotnym czynnikiem wyboru dla wielu – będzie oczywiście niskie i najniższe pasmo. Przede wszystkim nie są to słuchawki dla zwolenników uśmiechniętej charakterystyki brzmienia, ani też nawet dla zwolenników lekko podbitego basu. Bezpośrednio po takich WH-1000 (niezależnie o której wersji mówimy) to po założeniu AONICów na głowę basu będzie… nie właśnie nie mało. Powiedziałbym, że bas tutaj jest tak ustawiony, żeby na poprawnie zrobionych realizacjach zabrzmiał z maksymalną definicją. Może pozwolę sobie wytłumaczyć to jeszcze inaczej: wspomniana powyżej płyta „Diva” Annie Lennox zabrzmiała – patrząc przez przymat basu – na Shure’ach po prostu poprawnie. Natomiast uderzenie niskich częstotliwości na Beyonce „Partition” zabrzmiało zaskakująco, odważę się użyć tego określenia, spektakularnie. Bas z amerykańskich słuchawek przywodzi tutaj na myśl wyższej klasy monitory z obudowami o konstrukcji zamkniętej. Otóż na początku wydaje się, że niskich częstotliwości jest mało, albo, że są po prostu zbyt powściągliwe. Dopiero zaserwowanie AONICom odpowiedniego pod względem basu nagrania pokazuje, że to trochę taki wilk w owczej skórze. I tutaj po raz kolejny przychodzi na myśl studyjny rodowód firmy i także to, że ten bas jest dość konkretnie, w przemyślany sposób „ustawiony”. Wracając jeszcze na chwilę do muzyki filmowej i Zimmera w szczególności, to znana niektórym linia basowa w „Why So Serious” tylko potwierdza to, że z definicją i samym basem Shury nie mają żadnego problemu. Jedyne, co – to ma on po prostu taki charakter, że nie wychyla się ponad resztę pasma nieproszony.

Jednocześnie, jeżeli spojrzymy jeszcze raz na środek pasma, a także na całościowy charakter brzmienia, to na utworach takich, jak Nils Frahm „Says”, czy „Parasol” Lubomyra Melnyka to trudno nie polubić brzmienia tych słuchawek. Jest w pewnym sensie pastelowe, ale i też precyzyjne jednocześnie. Bo kolejne i kolejne utwory jedynie potwierdzają to, że Shure doskonale sobie radzi z detalami. Sprzyja temu także góra pasma, która nie idąc za nadto w stronę sybilantów jest bardzo dobrze naświetlona. I to nie przez jakieś nadmierne podbicie tego pasma, a po prostu przez jej dobrą, a patrząc przez przymat rodzaju takich słuchawek, nawet bardzo dobrą jakość.

Shure AONIC 50

Redukcja szumów otoczenia – działanie i wpływ na brzmienie

Zacznijmy tutaj od tego, że redukcja szumów w AONIC50 ma dwa ustawienia: „standard” oraz „MAX”. Ten pierwszy nieznacznie wpływa na brzmienie a jednocześnie wycina część hałasów z otoczenia. I przy tym w bardzo głośnych miejscach może być nieco za słaby. Jednocześnie tryb „MAX” działa pod względem redukcji szumów już naprawdę nieźle, jednakże jego wpływ na brzmienie jest już znaczny. Przede wszystkim scena się zawęża, dźwięki są bardziej zbite a całe brzmienie bardziej dociążone. Ten maksymalny tryb polecałbym używać tylko w ostateczności, zwłaszcza, że w większości pozostałych okazji tryb „standard” sprawdzi się znakomicie, a jednocześnie jego wpływ na brzmienie jest naprawdę niewielki.

Shure AONIC50 – nowe rozdanie dla amerykańskiej marki

Co tu dużo mówić, nowe słuchawki producenta zza wielkiej wody to naprawdę niezwykle ciekawa i niezwykle miła pod sonicznym względem nowość. Pokazują przy tym, że można pójść inną drogą, drogą brzmienia transparentnego, dużo bardziej wyrównanego, aniżeli większość podobnej cenowo konkurencji. A przy tym też brzmienia płynnego, które z jednej strony angażuje, z drugiej zaś pozwala też na długie odsłuchy. Bo ma bardzo dobrze ustawioną, po lekko pastelowej stronie, barwę, która jest bardzo zręcznie połączona z zaskakującymi wręcz pokładami transparentności. Jednakże najbardziej zaskakującą rzecz pozwoliłem sobie zachować tutaj na koniec – dla mnie są to jedne z nielicznych nausznych słuchawek bezprzewodowych, które mają po prostu poprawny, bas, który jest dobrą podporą i ujawnia się tylko wtedy, gdy jest o to proszony. Oczywiście będzie to też kwestia indywidualnych preferencji, jednakże gorąco polecam zapoznanie się z najnowszym modelem Shure’a. Nie będą Państwo żałować.

Dystrybutor: MIP http://www.mip.bz

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*