Leak Trustream to najnowszy streamer z wbudowanym przetwornikiem cyfrowo-analogowym, jaki do swojej oferty wprowadziła całkiem niedawno jedna z niemalże legendarnych brytyjskich marek, o której już na samym wstępie naprawdę wypada powiedzieć nieco więcej. Zazwyczaj najpierw piszę kilka słów o samym urządzeniu, jednakże w tym konkretnym przypadku – chociażby ze względu na jego jakże charakterystyczny wygląd, który tym razem do czegoś konkretnego nawiązuje – warto wspomnieć o tym, co za nazwą „LEAK” stoi. Bo tutaj sam wygląd retro nie jest dla przysłowiowego picu, czy przyciągnięcia uwagi i bardzo wyraźnie nawiązuje do niezwykle interesującej spuścizny.
Zacznijmy przede wszystkim od tego, że założona przez Harolda Josepha Leaka w 1934 roku marka o jakże oczywistej nazwie Leak & CO Ltd działała nieprzerwanie aż do końca lat 70-tych ubiegłego wieku, kiedy to została wysłana na przymusową emeryturę. Jednakże w 2020 roku została reaktywowana pod oryginalną nazwą za sprawą IAG Group. Czyli przez, co ciekawe, dalekowschodni koncern, który jest na chwilę obecną właścicielem znanych i rozpoznawalnych – żeby nie powiedzieć, że kultowych – brytyjskich marek, jak chociażby Audiolab, Castle, Mission, Quad czy Wharfedale.
Do tego jeszcze oczywiście nawiążemy, natomiast wracając do samego LEAKa, to pierwszym ważnym produktem był wzmacniacz LEAK 15, który pojawił się w roku 1945. Korzystał on ze składającego się z czterech stopni układu z lampami KT66 na wyjściu oraz przełomowej jak na tamte czasy topologii wykorzystującej sprzężenie zwrotne. Wzmacniacz ten oferował sporą jak na tamte czasy moc 15W na kanał, co w połączeniu z popularnymi wtedy głośnikami używającymi magnesów Alnico pozwalało uzyskać naprawdę zaskakujące wręcz poziomy głośności (nawet jak na dzisiejsze standardy).
Natomiast w 1948 roku wprowadzono wzmacniacz TL/12, który był kolejnym ważnym kamieniem milowym, bo w 1951 roku został oficjalnie zaadaptowany przez British Broadcasting Corporation. Cztery lata później, w 1955 roku pojawił się pierwszy tuner radiowy Through-Line (był on także oparty na lampach, pierwszym tunerem radiowym LEAKa opartym o tranzystory był model Stereofetic korzystający – jak sama nazwa wskazuje – z tranzystorów typu FET).
Pod koniec lat 50-tych sprawy dla producenta potoczyły się dość dynamicznie, powstały wzmacniacze takie, jak TL/12 Plus, TL/25 Plus, w 1958 roku wprowadzono modele Stereo 20 i Stereo 50, które dzisiaj potrafią osiągnąć naprawdę całkiem spore kwoty na rynku wtórnym. Z kolei w 1959 roku do firmy dołączył Dr Don A. Barlow mający zająć się zaprojektowaniem kolumn głośnikowych posiadających „membrany pracujące tłokowo”.
Rezultatem tego było wprowadzenie w 1961 roku kolumn głośnikowych LEAK Sandwich, które osiągnęły naprawdę spore uznanie. I patrząc od strony bardziej inżynieryjnej, mogą być śmiało postrzegane za jedne z pierwszych konstrukcji posiadających membrany wykorzystujące konstrukcję „kanapkową” (czyli integrujące kilka różnych materiałów „nakładanych” na siebie w jednej płaszczyźnie).
Jednocześnie głośniki te były jednymi z pierwszych (seryjnie produkowanych) wykorzystujących na szerszą skalę tworzywa sztuczne w membranach, konkretnie polistyren. Żeby zaś nie przedłużać, wspomnę jedynie o tym, że LEAK produkował swoje wzmacniacze oraz elektronikę (już bardziej tranzystorową, bazującą chociażby na popularnych wtedy tranzystorach 2N3055 we wzmacniaczu Stereo 70) aż do lat 70-tych, kiedy to z różnych względów marka przestała działać.
Wracając do teraźniejszości, po reaktywacji marki zaprezentowano dwa urządzenia: wzmacniacz zintegrowany Leak 130 oraz transport CD o jakże oczywistej nazwie CDT. Później pojawiła się mocniejsza wersja tego pierwszego oraz właśnie streamer o także wiele mówiącej nazwie Trustream. Co więcej – i także na to chciałbym zwrócić Państwa uwagę – LEAK po reaktywacji wprowadził także dwa modele kolumn głośnikowych. Są to podłogowe Sandwich 250 oraz podstawkowe Sandwich 150. Nie dość, że mają one wygląd tożsamy z nową elektroniką, to na dodatek mają membrany wykorzystujące właśnie technologię kanapkową (acz oczywiście w nowej odsłonie).
Tyle odnośnie samej historii, teraz przyjrzyjmy się już bliżej recenzowanym urządzeniom. Piszę wyjątkowo w liczbie mnogiej, Bo tak się tym razem składa, że do redakcji trafiły dwa urządzenia: wzmacniacz Stereo 230 oraz streamer Trustream. Tematem recenzji miał być zasadniczo ten ostatni, bo wzmacniacz został dosłany do redakcji nieco z rozpędu i „przy okazji”. Jednakże okazał się być de facto na tyle dobry, iż uznałem, że warto mu będzie po prostu poświęcić (nawet więcej niż) nieco miejsca w recenzji.
Zwłaszcza, że jakby nie patrzeć, to wyraźnie też widać, że – w szczególności, jeżeli mówimy o wersji wykończonej drewnem, oba urządzenia po prostu bardzo do siebie pasują. Można nawet powiedzieć, że śmiało mogą być pewnego rodzaju alternatywą dla wielu wzmacniaczy integrujących nie tylko konwersję cyfrowo-analogową, ale także funkcjonalność strumieniowania.
I teraz po kolei: wzmacniacz Stereo 230 w wersji droższej, czyli z obudową drewnianą kosztuje 7 tysięcy złotych, streamer zaś pięć. Inaczej rzecz ujmując cały zestaw to 12 tysięcy złotych. To mniej więcej podobne przedziały cenowe, co Moon Ace (recenzowany przeze mnie tutaj), czy chociażby nie tak dawny gość Hifizone.pl, czyli Cambridge Audio EVO 150 SE.
Trudno, jednakże nie zauważyć, że nowe urządzenia LEAKa jednak wyraźnie nawiązują wyglądem do klimatów z dawnych lat. I przez to mogą znaleźć się po prostu w orbicie zainteresowań wielu, którzy oczekują właśnie takiego wyglądu. Pojawi się oczywiście dość ważne w tym wszystkim pytanie: jak nowe Leaki grają? No i na to pytanie – oraz na kilka innych – postaramy się w niniejszej recenzji odpowiedzieć.
Leak Stereo 230 i Leak Trustream – budowa i funkcjonalność
Zacznijmy, żebym nam się tematy nie mieszały, od wzmacniacza. I tutaj od razu pewna ciekawostka: bardziej obeznani z branżą oczywiście zdadzą sobie sprawę z tego, że za „nowym LEAKiem” stoi koncern IAG. I to właśnie IAG całkiem nieźle poradził sobie z ożywieniem chociażby Audiolaba. Także w takim kontekście, że Audiolab dalej jest w wielu aspektach układowych właśnie Audiolabem, chociażby w sensie takim, iż jego wzmacniacze zintegrowane oraz końcówki mocy dalej korzystają z liniowych rozwiązań (chciałem napisać „analogowych” ale szybko się zreflektowałem, że klasa D jest także de facto analogowa, chociaż to szerszy temat na inną historię).
No i właśnie w nowym wzmacniaczu zintegrowanym LEAKa mamy dość ciekawą sytuację. Otóż końcówki mocy są liniowe (czyli klasy D tu nie uświadczymy), jednakże są zbudowane na układach scalonych. Ale żeby było i zabawniej, i ciekawiej zarazem, to w każdym kanale pracuje para układów TDA7294. To dość znane układy, chociaż wcale nie aż tak często stosowane. Bo przykładowo Moon w swoim znanym modelu ACE postawił też na scalaki, ale już LM3886.
Czy to dobrze, czy to źle, że w większym i droższym wzmacniaczu pod logiem LEAKa znalazło się takie akurat rozwiązanie? Powiem tak: z wielu powodów klasa D jakoś by mi tutaj nie pasowała. Nawet nie chodzi mi o to, że wzmacniacz jest mimo wszystko całkiem spory (jest przede wszystkim dość głęboki), więc odpada kwestia korzyści z niewielkich rozmiarów modułów „cyfrowych”.
Mam za to takie nieodparte wrażenie, że ktoś jednak chciał uszanować spuściznę marki po prostu uznając, że w pełni liniowe rozwiązanie – nawet jeżeli będzie one oparte o układy zintegrowane – będzie tutaj po prostu bardziej na miejscu. Co jeszcze w sumie w tym wszystkim ciekawsze, to wzmacniacz naprawdę całkiem mocno się grzeje, co sugeruje, iż jednak pewna część mocy jest oddawana w klasie A (zazwyczaj może to być nawet kilka wat, zwłaszcza w przypadku równoległego połączenia dwóch układów).
Zasilanie także jest dość klasyczne, aczkolwiek nie jest jakoś specjalnie przewymiarowane. Można powiedzieć, że konstrukcja samego toru wzmocnienia jest po prosu dość klasyczna i schludna. Jednakże we wzmacniaczu zamontowano też dość rozbudowaną sekcję cyfrową. Mamy tu na pokładzie DAC oparty na układzie ESS 9038Q2M wraz z dość szerokim wachlarzem wejść. Jest np. HDMI ARC, którego nie ma np. streamer Trustream, czyli można też powiedzieć, iż pomimo tego, że oba urządzenia (tj. wzmacniacz i streamer) mają DAC, to ich funkcjonalności się aż tak bardzo nie pokrywają (do tego pozwolę sobie jeszcze powrócić w opisie drugiego urządzenia). Wzmacniacz ma też wyjście słuchawkowe oraz analogową regulację głośności. No i faktycznie – jest po prostu bardzo ładny. Na żywo wygląda zdecydowanie lepiej niż na zdjęciach.
Powiedzmy teraz kilka słów o streamerze Leak Trustream. Urządzenie jest mniejsze od wzmacniacza i to w sumie dość znacznie. Jednocześnie proporcje obudów są takie, że urządzenia dobrze komponują się razem. Jest jednak jedna dość osobliwa cecha nowego streamera – otóż nie ma on wyświetlacza. Najwidoczniej ktoś stwierdził, że „tak ma po prostu być” i pozwolą Państwo, iż najzwyczajniej w świecie nie będę tego za nadto komentował.
Przy czym nie jest to pierwszy, ani też ostatni streamer na rynku, który wyświetlacza po prostu nie ma. Natomiast to, co Leak Trustream już ma – to zarówno zbalansowane wyjścia audio (do kompletu z niezbalansowanymi), jak i wyjście audio USB. Innymi słowy, jeżeli ktoś – z jakichś przyczyn – nie chce korzystać z wbudowanego DACa, to może także wykorzystać Trustreama jako transport stricte cyfrowy. Może to być wcale nie głupi swoją drogą pomysł, bo przecież sama platforma odpowiedzialna za streaming powstała we współpracy z firmą Silent Angel. Tak, czy inaczej, mamy spore możliwości w zakresie tego, jak pierwszy w historii streamer pod marką Leak wykorzystamy.
Jeżeli zaś chodzi o znajdujący się w środku DAC, to jest on oparty o dokładnie taki sam układ przetwornika, który został użyty we wzmacniaczu. Czyli dalej jest to ES9038Q2M. Trustream obsługuje wszystkie formaty PCM do 768 KHz włącznie oraz DSD aż do DSD512. Jest też wsparcie dla wszystkich popularnych platform, Spotify Connect, Tidal Connect oraz Qobuz Connect, a także AirPlay 2 czy Roona. Możemy też odtwarzać muzykę przez sieć za pomocą DLNA, SMB/CIFS a także grać bezpośrednio z pamięci masowych podpiętych do Trustreama przez USB.
Innymi słowy, od strony funkcjonalnej jest tu wszystko, czego można by wymagać. Patrząc zaś od strony konstrukcyjnej, to trzeba zwrócić uwagę na zastosowanie całkiem konkretnego zasilania liniowego dla sekcji analogowej (zastosowano też dużo mniejszy transformator dla trybu czuwania) oraz sporego pasywnego chłodzenia dla sekcji strumieniującej. Ta ostatnia oparta jest o procesor ARMa, cała część odpowiedzialna za transport cyfrowy to dzieło marki Silent Angel. Całości dopełnia wzmacniacz słuchawkowy, gniazdo 6.3 mm znajduje się na przedniej ściance.
Swoją drogą, ta jest utrzymana w minimalistycznym stylu i znajduje się na niej tylko regulator głośności (ta jest w TruStream cyfrowa) przełącznik pomiędzy strumieniowaniem i wejściem USB oraz przełącznik trybu czuwania. Od siebie dodam jeszcze coś, o czym wspominam nieczęsto, jednak tutaj uważam, iż jest to jak najbardziej na miejscu. Nawet, jeżeli założymy, iż są to kwestie już mocno subiektywne, to nowe Leaki mają coś takiego w sobie, że na żywo wyglądają po prostu dobrze. Jest coś w tym designie takiego, że nawet jeżeli jest on „retro”, to właśnie nie sprawia wrażenia, Państwo wybaczą sformułowanie, „odgrzewanego kotleta”. A bardziej kojarzy się po z klasą i dobrą tradycją.
Jedyne zaś, co może zastanawiać, to fakt, że streamer posiada wyjście zbalansowane, a wzmacniacz takowego już nie. Świadczyć może to chociażby o planach producenta odnośnie wypuszczenia w jakimś czasie bardziej rozbudowanego zestawu amplifikacji. Tyle w temacie konstrukcji, teraz pora na to, jak nowe Leaki grają.
Leak Stereo 230 i Leak Trustream – brzmienie
Zacznijmy od pewnych kwestii bardziej, że tak to ujmę, ogólnych. Otóż LEAKa słuchałem przez większość czasu w komplecie, dlatego też recenzja będzie dotyczyła brzmienia obu urządzeń jako całości. Oczywiście pozwolę sobie też opisać, za co odpowiada wzmacniacz a za co źródło, bo pewne różnice względem brzmienia całości oczywiście są i mogą być one po prostu istotne. Zdaje sobie też sprawę z tego, że będą osoby zainteresowane zakupem tylko jednego z tych urządzeń, chociażby ze względu na wygląd. Dlatego też na koniec opisu brzmienia nawiążę już bardziej do poszczególnych urządzeń.
I teraz tak: jak nowe LEAKi wyglądają, to jest chyba dość oczywiste. Dlatego zanim przejdziemy do clue tematu chciałbym zwrócić uwagę na pewną niezwykle interesującą prawidłowość. Otóż zawsze jest tak, że wygląd coś nam w kontekście brzmienia jednak sugeruje. Są urządzenia, które grają tak, jak wyglądają, są też takie, które już niekoniecznie. Zestaw LEAKa nieco nawiązuje do swojego wyglądu dźwiękiem, jednakże wcale nie robi tego wprost, ani też w jakikolwiek sposób sztampowo. Jasne, wygląd jest „retro”, natomiast samo brzmienie w pewnym sensie do dawnych klimatów nawiązuje, ale właśnie, co będzie to realnie oznaczać?
Bo brzmienie tego zestawu może faktycznie jest i nieco ocieplone, jednakże „ocieplenie” wcale nie będzie najlepszym określeniem. Powiedziałbym wręcz, że pierwsze, co się nasuwa na myśl już po kilku przesłuchanych utworach to to, że LEAK gra po prostu… analogowo. Ocieplenie to jedno, natomiast tutaj po prostu mamy pewnego rodzaju płynność brzmienia, którą także można rozumieć jako wewnętrzną spójność.
To również kwestia tego, że jest też jedna rzecz, która trochę zaskakuje, jeżeli dalej będziemy się sugerować wyglądem. Jest nią dynamika oraz ogólnie pojęty entuzjazm do grania. Nie chcę przy tym używać tutaj słowa „muzykalność”, bo to słowo jest chyba najbardziej wyświechtanym określeniem używanym do określania tego rodzaju brzmienia. Niemniej jednak faktem jest, że obu urządzeń LEAKa po prostu chce się słuchać.
To jest jeden z tych zestawów, który bardziej skłania nas do cieszenia się muzyką jako taką, aniżeli do przeprowadzania jakiejś wnikliwej analizy poszczególnych aspektów reprodukcji. Piszę to trochę tak na przekór, bo jest też tak, że bardzo mocną stroną zestawu składającego się ze wzmacniacza Streo 230 oraz streamera TruStream jest to, że poszczególne obiektywne aspekty reprodukcji są na co najmniej dobrym w skali absolutnej poziomie.
Jednakże to nie wszystko, bo całe brzmienie jest tutaj tak skomponowane, że na te „techniczne” aspekty nie zwracamy specjalnej uwagi. Są takie urządzenia, po których po prosu czuć, że ktoś na etapie inżynieryjnym poświecił im po prostu sporo czasu odsłuchując je i upewniając się, że to brzmienie będzie się po prostu „spinać”. I to zarówno z szerokim spektrum repertuaru, jak i także z różnymi kolumnami. A jeżeli już przy tych ostatnich jesteśmy, to warto zwrócić uwagę na bardzo silną stronę tego zestawu.
Jest nią nawet nie tyle, że dynamika per se, co bardziej taka, Państwo wybaczą określenie, radosna skoczność grania. Inaczej mówiąc: PRaT (Pace, Rhytm and Timing). Jasne, LEAK gra brzmieniem po bardziej kremowej stronie, ale to właśnie płynność zaskakuje tu najbardziej. Słychać to było już na „Rory’s First Kiss”, gdzie zestaw LEAKa po prostu wciągnął w muzykę. Także na pierwszej solowej płycie Annie Lennox. Na „Precious” z albumu „Diva” LEAK nie dość, że się mówiąc kolokwialnie nie wyłożył, to na dodatek zaprezentował bardzo dobry drive na basie połączony z pewną projekcją sceny.
To jest brzmienie, które może i nieco nawiązuje barwą do dawnych czasów, ale już nie ma zamulenia na basie, które niektórzy przypisują „brytyjskiemu brzmieniu”. Jednocześnie tutaj pewna uwaga: jeżeli ktoś oczekuje, że połączy ten zestaw z kolumnami o jasnym charakterze i mającym skłonności do ostrości, to raczej nie będzie to dobre połączenie. Bo środek jest tutaj właśnie podany dość dosłownie.
Co prawda w nieco ocieplony sposób, ale też z dość dużą dozą ekspresji i temperamentu. Właśnie w tym upatrywałbym kolejną zaletę tego zestawu. Bo jest on z jednej strony przyjazny dla słuchacza, natomiast z drugiej nie nudzi tym, że jego charakter jest zbyt jednostajny. Zupełnie inaczej zabrzmiał wspomniany pierwszy solowy album Lennox, a zupełnie inaczej Tori Amos z „Great Expectations”. Pozwolę sobie w tym momencie na kolejną dygresję: otóż wcale nie jest tak, że nie lubię klasy D. Uważam, że są urządzenia oparte o tego typu technologię, które są doprawdy wybitne, jak chociażby Mola Mola Ossetra.
Natomiast jeżeli ktoś się zastanawia, dlaczego tutaj wybrano „analogowe” ale jednak „scalaki” to myślę, że po odsłuchaniu wzmacniacza będzie wiedział. Bo to właśnie Stereo 230 odpowiada w całym tym zestawieniu za koloryt, rytm oraz zwał, jak zwał „analogowość” brzmienia. Zmierzam także do tego, że układy TDA7293 brzmią w LEAKu po prostu bardzo dobrze.
Myślę, że sporo wzmacniaczy zintegrowanych w podobnej cenie mogłoby tutaj nie wytrzymać bezpośredniego porównaniu. Płyta Bjork „Debut” zabrzmiała na zestawie LEAKa bardzo dobrze, z bardzo dobrym uderzeniem i klimatem. Przy okazji pozwolę sobie też na kilka słów odnośnie skrajów pasma (do samego środka jeszcze nawiążę). Otóż wzmacniacz ma spore możliwości w operowaniu średnim oraz wyższym basem. Na „Hyper-Ballad” nawet przy wyższych poziomach głośności wszystko było pod kontrolą. Wbudowany DAC w Stereo 230 jest po bardziej miękkiej stronie, co jest o tyle ciekawe, że w TruStream zastosowano dokładnie ten sam układ. I w streamerze gra on dużo bardziej precyzyjnie. Preamp gramofonowy jest neutralny, natomiast zdecydowanie polecałbym łączyć wzmacniacz z wkładkami o bardziej żywym, jasnym charakterze.
LEAK Stereo 230 i LEAK TruStream – podsumowanie
Pozwolą Państwo, iż do konkluzji dojdziemy tym akurat razem naprawdę okrężną drogą. Bo chciałbym zwrócić uwagę na pewną dość interesującą prawidłowość, która dała mi do myślenia już przy okazji recenzji Audiolaba 6000A MK2. Ktoś mógłby zapytać, co ma wspólnego Audiolab z LEAKiem? I miałby dużo racji drążąc ten akurat temat. Bo chodzi o to, że właścicielem zarówno marki Audiolab, jak i LEAK jest koncern IAG. Ten sam zresztą, w którego posiadaniu są tak znane brytyjskie brandy, jak chociażby Quad czy Wharfedale.
I teraz powoli, lecz jednak do brzegu. Mam naprawdę nieodparte wrażenie, że ktoś w całym tym IAG ma dobrą rękę do elektroniki (kolumn jeszcze nie poznałem na tyle, żeby się wypowiadać). Serio, pisząc te słowa jest wczesny wieczór, leci Blank & Jones na dość dużym poziomie głośności, wszystko w całym tym brzmieniu się zgadza. A najważniejsze jest to, że „po godzinach” słucham zestawu LEAKa po prostu dla przyjemności.
Bo właśnie tę przyjemność ze słuchania muzyki zarówno wzmacniacz Stereo 230 jak i streamer TruStream dają. Może nieco paradoksem, ale też i piękną stroną całego tego audio jest to, że wzmacniacz co prawda przyjechał „na dokładkę” a wyjeżdża z… Nagrodą Redakcji. Streamer to „tylko” rekomendacja, jest po prostu dobry i kompetentny. I przy tym mocno rozdzielczy, dlatego też stanowi bardzo dobre uzupełnienie dla wzmacniacza. Jeżeli chodzi o działanie streamera w praktyce, to platforma marki SilentAngel działa znakomicie. To, wraz z doświadczeniem w implementacji układów ESS Sabre dały źródło oferujące brzmienie już mocno rozdzielcze, zwłaszcza na wyjściach XLR.
A przy tym pozbawione także „dziecięcych problemów” implementacji układów marki ESS Technology, które powodowały, że to brzmienie można było stosunkowo łatwo rozpoznać. Tutaj już mamy różnicowanie oraz sporą dozę neutralności. I jeżeli wzmacniacz gra nieco tak, jak wygląda, to już źródło LEAKa stoi w do swojego wyglądu w pewnej, że tak to ujmę, sprzeczności. Co w sumie uważam za dobrą i pożądaną cechę.
Pozwolę sobie jeszcze nawiązać do jeszcze jednej rzeczy, o jakiej wspomniałem we wstępie. Otóż jestem w stanie doskonale zrozumieć, że znaczna część potencjalnych nabywców LEAKa będzie się jednak w jakimś tam stopniu sugerować wyglądem. Który jest, co tu dużo mówić, świetny (oczywiście jeżeli ktoś lubi i szuka właśnie tego). Natomiast ważne jest tak naprawdę także to, że producent nie próbuje tutaj „sprzedać” urządzeń samym wyglądem i dokłada do tego naprawdę dobre brzmienie. Powiedziałbym nawet, że gdyby całą tę fizyczność tych obu urządzeń pominąć w równaniu i wziąć pod uwagę tylko brzmienie versus cenę, to rachunek dalej wygląda na plus bardzo dodatni.
Adam Kiryszewski
Dystrybutor: Q21Distribution
Cena: LEAK Stereo 230 – 5999 (wersja srebrna), 6999 (wersja orzech), LEAK TruStream – 499







