Chord Hugo DAC – recenzja

CHORD Electronics HUGO DAC – recenzja.

Chord Electronics to firma jedyna w swoim rodzaju. Przyznam szczerze, że po zakończeniu odsłuchów przetwornika będącego przedmiotem tej recenzji doszedłem do wniosku, że tylko taka firma jak Chord może sobie pozwolić na wypuszczenie takiego urządzenia, jak Hugo DAC. I nie ma w tym żadnego przekąsu, bo już powiem na wstępie – jest to przetwornik na tyle znakomity, co jednocześnie specyficzny. To nie jest nawet przetwornik niszowy, on barziej nawet generuje swoją własną niszę.

Nie sposób też popełnić recenzji takiego urządzenia bez kilku słów zarówno o firmie, jak i także o technologii. Chord to jedna z bardziej wyrazistych brytyjskich marek. Założona 1989 roku, jest jedną z firm o bardzo wyrazistym image, jak i także mającą w swoim arsenale kilka dość unikalnych i czasami nawet kontrowersyjnych techologii czy też rozwiązań – i używa ich bez wahania. Starsi stażem audiofile zapewne pamiętają inną, kultową w bardziej radykalnych kręgach audiofilskich firmę dPA, która kilkanaście lat temu jako jedna  z pierwszych w branży – o ile nie pierwsza – wprowadziła dwa unikatowe i można rzec przełomowe rozwiązania w świecie audio. Pierwsze to złącze Deltran dłużące do synchronizacji sygnału zegara (WCLK) pomiędzy transportem i przetwornikiem. Drugie, chyba nawet jeszcze bardziej unikalne – to zastosowanie układów FPGA (Field-Programmable Gate Array) zamiast ogólnie dostępnych kości przetworników analogowych, wraz z własnym oprogramowaniem.
Wszystkie przetworniki Chorda, bez wyjątku, bazują właśnie na układach FPGA. Hugo DAC jest prawdopodobnie jedynym na śwecie urządzeniem przenośnym, które bazuje na właśnie takim rozwiązaniu. Nawet gdyby się okazało, że brzmienie tego przetwornika jest tylko przeciętne, to warto zaznaczyć ten fakt i właśnie dlatego uważam, że ten przetwornik stworzył w pewnym sense własną niszę.
O tym, dlaczego – jeszcze wspomnę.

Chord Hugo 01

BUDOWA

Jest jedna rzecz, która może spowodować, że większość ludzi zlekceważy ten przetwornik, albo przejdzie koło niego uznając go za pewnego rodzaju wybryk. Otóż jest to urządzenie o bardzo specyficznej konstrukcji. Także jeżeli chodzi o obudowę oraz pewne rozwiązania funkcjonalne. Należy też jednocześnie zaznaczyć, że wielu potencjalnych nabywców może mieć problem z brakiem korelacji pomiędzy ceną a postrzeganą wartością materiałową w tym konkretnym przypadku. Ale po kolei.
Hugo DAC nie ma żadnego wyświetlacza, ma natomiast znajdujące się w środku, za szklaną szybką, diody, które informują m.in. o częstotliwości próbkowania otrzymywanego sygnału, jego źródle, czy też o stanie baterii.
Jest to chyba pierwszy sprzęt na przestrzenii ostatnich kilku lat, w przypadku którego naprawdę musiałem sięgnąć po „instrukcję obsługi”. Cudzysłów nie jest tutaj bynajmniej przypadkiem – bo instrukcja ma formę ulotki. Tłumaczy m.in. jaki kolor odpowiada za jaką częstotliwość próbkowania oraz kilka innych rzeczy. Ale to i tylko to. Można by tutaj stwiedzić, że instrukcja jest tutaj pewnego rodzaju formą wyrafinowanego żartu z klienta – ale jednak nie.
Do dyspozycji mamy – oprócz klasycznych wejść cyfrowych S/PDIF COAX i Toslink – dwa porty USB, z których jeden obłsuguje transmisję formatów DSD/DXD, mamy też trzy gniazda słuchawkowe (dwa małe i jeden duży jack), przełącznik funkcji crosfeed, przełącznik źródeł oraz wyjście liniowe RCA. Tutaj ważna uwaga, gdyby ktoś wpadł na pomysł kupienia Hugo na rynku wtórnym – otóż są dwie wersje tego urządzenia. Pierwsza miała dość mały odstęp pomiędzy gniazdami RCA a obudową, co skutkowało dużymi problemami przy podłączaniu interkonektów wyposażonych w grubsze wtyczki – podejrzewam, że miałem pierwszą wersję obudowy (potem Chord to poprawił) i moje Albedo wchodziły tak na styk a przecież jest cała masa kabli z jeszcze grubszymi wtyczkami.

Jest też – ponoć zaawansowana i bezstratna – cyfrowa regulacja głośności. Co ciekawe, podobnie jak w przypadku częstotliwości próbkowania tutaj też kolor podświetlenia pokrętła się zmienia od żółtego, przez pomarańczowy aż do białego, w zależności od ustawionej głośności.

I jeszcze jedna, zupełnie subiektywna i można nawet żartobliwa wręcz uwaga, od której się – z czystej życzliwości do tego urządzenia nie mogę wręcz powstrzymać. Po pierwszym uruchomieniu tego przetwornika każdy zdroworzsądkowo myślący człowiek zacznie się drapać po głowie i zastanawiać, cóż artysta – a w tym przypadku konstruktor – miał na myśli. Chodzi oczywiście o te wszydkie kolorowe światełka, zarówno w środku urządzenia jak i podświetlenie pokretła głośności. Po pewnym czasie jednak pojawia się nieodprte wrażenie, że to ma sens. W sensie takim, że po jednym dniu już wiemy o co chodzi.

I bardziej obiektywnie – w przypadku Chorda płacimy nie tylko za samo urządzenie ale także za myśl techniczną. Tutaj należy się wyjaśnienie: jak już wspominałem, sercem HUGO jest układ FPGA firmy Xylinx (Spartan-6), który realizuje zarówno samą funkcję konwersji cyfrowo-analogowej, jak i także filtrowania sygnału będącego jeszcze w formie cyfrowej (oraz także regulacji głośności itd.). A filtracja ta jest nie byle jaka, gdyż mamy tutaj do czynienia z autorską filtracją WTA, opracowaną przez założyciela wspomnianej na wstępie firmy dPA, Pana Roberta Wattsa. Jest on uznawany za guru w świecie audio i jest tak nie bez powodu. Jeżeli spojrzeć na wartość tego urządzenia nie tyle od strony materiałowej, co od tej strice inżynieryjnej – to mamy tutaj do czynienia z rozwiązaniem nietuzinkowym.
Tak zwane tap-lenght o długości 26 tyś. to rozwiązanie, można by powiedzieć, wręcz spektakularne. Swego czasu pierwszy przetwornik Chorda, a mianowicie DAC64 wywołał niezłe zamieszanie na rynku za sprawą brzmienia. Bo to brzmienie różniło się zasadniczo od większości przetworników. Nie twierdzę przy tym, że inne urządzenia grają, czy też grały w tamtych czasach gorzej. Chord po prostu ma – zwłaszcza w przypadku przetworników – swoje firmowe brzmienie. Brzmienie to jest bezpośrednią pochodną zastosowanej technologii i nie sposób nie zwrócić na to uwagi.

Jak zatem gra HUGO?

Ten przetwornik gra znakomicie. To tak w jednym zdaniu. Jednocześnie jest to jeden z niewielu przetworników, które grają bardzo dobrze ze „zwykłym” formatem Red Book, czyli z sygnałem 16/44. Trudno oprzeć się wnioskowi, że jakakolwiek technologia nie została w tym małym pudełku zaaplikowana, to ona po prostu działa.

Brzmienie Chorda ma jedną, przepraszam, wróć – dwie specyficzne cechy: barwę oraz timing, swoistą  spójność.
Jest to barwa znajkomicie nasycona, można się wręcz pokusić o stwierdzenie, że tutaj mamy do czynienia z odwrotnością urządzenia grającego na siłę gładko, starajacego się w jakiś sposób wpasować w utarte kanony. Otóż nie – Chord gra zdecydowanie. I jednocześnie jest to też brzmienie bardzo niewymuszone, własnie przez doskonałą organizację rytmiczną.
Oddanie rytmu jest tutaj naprawdę pierwszorzędne, nasuwa się jednoznaczna analogia ze wzmacniaczami Naima, podejrzewam, że Hugo podpięty bezpośrednio w jedną z których końcówek serii NAP tego także brytyjskiego producenta może być dla ludzi szukajacych w dźwięku rytmu i oddania pulsu nagrania końcem poszukiwań w tym zakresie. Oczywiście można by się tutaj kłócić co z oddaniem stereofonii i innymi cechami ale ogólnie wiadomo przecież, że Naim to barwa, dynamika bas i rytm.

Właśnie – stereofonia. Chord podpięty do toru głośnikowego pokazał prezentację lekko oddaloną, co jest dość zaskakujące. Powiedziałbym, że to bardziej drugi rząd przed orkiestrą, aniżeli ten pierwszy. Przy tym jednocześnie zaskakuje ilość detali wplecionych w nagranie.

Podłączony do toru słuchakowego ze Staxami SR-507, które grają bardziej „do głowy” aniżeli „na boki” zgrał się chyba nawet lepiej, aniżeli z moim torem głośnikowym, który – za sprawą dość specyficznych kolumn – pokazał pewnego rodzaju lekkie przybrudzenie dźwięku. To chyba jedyna rzecz, do jakiej tutaj można się przyczepić. Bo o ile HUGO świetnie brzmi już ze zwykłymi FLACami, to jednak jest dość bezwzględny dla formatów stratnych, przy których prawdopodobnie nakładając się efekty kompresji na całościowyc charakter urządzenia.

Bas pokazuje znakomitą prezentację rytmu, jednakże w skali absolutnej – fakt, brakuje mu pełnej wagi w najniższych rejestrach, tutaj słuchać, że można by zdziałać więcej. Jednocześnie jest to bas który skłania się bardziej w stronę konturowości, aniżeli w stronę przekazania najniższych rejestrów za wszelką cenę i tutaj należy o tym też pamiętać.

Należy do tego dodać też, że wysokie tony to pół kroku w stronę iskrzących się wybrzmień, aniżeli wypolerowania czy zaokrąglenia.

Jeżeli chodzi o synergię ze słuchawkami to myślę, że Hugo może współracować z szeroką gamą zarówno nauszników jak i dokanałówek, należy tylko unikać słuchawek brzmiących ostro albo też zbyt odlegle czy lekko. I odsłuch Audeze pokazał, że napędza je tak trochę na styk. Za to z HD-800 było znakomicie, zwłaszcza przy materiale w DSD.

Co bardzo ważne i co chciałbym tutaj podkreślić, ocena brzmienia tego urządzenia jest łatwa i trudna zarazem. Dlaczego? Otóż nie oceniałbym go w kontekście tylko tego przetwornika ale bardziej w całościowym kontekście przetworników bazowanych na tej akurat technologii, czyli FPGA. Dla wielu ludzi odsłuch tej generacji przetworników może być bardzo pouczający. Nie twierdzę jednocześnie, że każdy się w takim sposobie prezentacji od razu zakocha. Ale jeżeli dla kogoś to będzie „jego” brzmienie, to decyzję podejmie dość łatwo. O ile – właśnie – kwestia ceny. Pora zatem na…

Chord Hugo 02

…Podsumowanie

Hugo kosztuje ponad 8 tyś złotych. I jednocześnie wartość materiałowa tego urządzenia może być sporym problemem dla niektórych. Nasuwa się tutaj analogia do wzmacniaczy firmy Lavardin, które kosztują krocie a które jednocześnie też nie przedstawiają postrzeganą wartością materiałową tak naparawdę zbyt wiele. Dawno temu, jedno z zagranicznych czasopism, do którego aż zerknąłem przed chwilą napisało o modelu Lavardin’a IT coś takiego: „Minimalist hi-end at it’s very best. Good enough to worry the very best, irrespective of cost”. Przy całej masie sprzętu audiofilskiego, który tak naprawdę – powiedzmy to sobie szczerze – jest tylko odgrzewaniem starych schematów albo też oferuje co najwyżej “audiofilskie powietrze” w środku takie urządzenia, jak Chord Hugo, czy też wzmacniacze Lavardina są potrzebne. Bo bardzo wyraźnie pokazują, że – na szczęście – pozory mylą.
Do tego dochodzi też kwestia przenośności przetwornika firmy Chord. Ta technologia zaoferowana w formie możliwej do transportu to tak naprawdę stworzenie nowej niszy w branży. Czy ta nisza się rozwinie? Trudno w tym momencie to wyrokować. Natomiast w żaden sposób nie dziwi mnie to, jak wielkie zamieszanie Hugo wywołał za granicą i na forach tematycznych.

Nie będę tutaj odpowiadał na pytanie – czy ten akurat DAC jest wart swojej ceny? Bo na to pytanie każdy powinien sobie odpowiedzieć sam. Warto natomiast zaznaczyć, że z przyczyn, jakie wymieniłem powyżej, jest to urządzenie w pewnym sensie unikalne. Gdybym szukał źródła np. do bezkompromisowej instalacji – tak, tak – car-audio, to właśnie produkt brytyjskiej firmy byłby chyba na pierwszym miejscu listy. Dla niektórych ludzi dłużej, że tak powiem kolokwialnie, grających w tą grę p.t. audio niebagatelne znaczenie będzie mieć też sama świadomość posiadania urządzenia tej a nie innej firmy. Przy tym należy pamiętać, że Hugo wymaga od posiadacza serca, jego obsługa początkowo bywa problematyczna, do pewnych cech szczególnych trzeba się po prostu przyzwyczaić i je zaakceptować. To jest zdecydowanie urządzenie dla ludzi, którzy akurat takiego właśnie urządzenia chcą, także jeżeli chodzi o specyfikę brzmienia.

Na koniec dodam tylko, że ciekaw jestem, jak się będzie mieć brzmienie nowego DAC’a Chorda, mowa oczywiście o Hugo TT do brzmienia recenzowanego tutaj przenośnego Hugo. Ciekawe mogłoby być zwłaszcza porównanie go z innymi przetwornikami bazującymi na autorskich rozwiązaniach, jak chociażby MSB Analog DAC. No ale to oczywiscie temat na inną historię.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*