Audiovector R3 Avantgarde to wolnostojące kolumny głośnikowe, które produkowane są przez specjalizującą się właśnie w głośnikach skandynawską firmę. Założony w 1979 roku przez Ole Klifotha w Kopenhadze Audiovector od początku produkował kolumny głośnikowe – i tak też zostało do dzisiaj. Jednocześnie, o ile marka ta jest może u nas nieco mniej rozpoznawalna, aniżeli takie firmy, jak chociażby Dynaudio, to jednak jeżeli spojrzymy na to, co robi to okazuje się, że jest ona naprawdę nie mniej ciekawa. Chociażby dlatego, że podobnie, jak swój rodzimy konkurent ze Skandenborg również stosuje zaprojektowane przez siebie przetworniki. No i analogicznie, jak wiele innych wyspecjalizowanych właśnie marek – posiada także swoje charakterystyczne rozwiązania konstrukcyjne. Do tych ostatnich oczywiście jeszcze dojdziemy.
Natomiast jest jeszcze inny aspekt, jaki wyróżnia Audiovectora. Otóż, oczywiście nieco generalizując, opinia o tych kolumnach w branży jest taka, że są one strojone tak, aby zawsze zagrały dobrze w „normalnych” pomieszczeniach odsłuchowych. Inaczej rzecz ujmując, o ile mamy tutaj jak najbardziej do czynienia z kolumnami dedykowanymi stricte pod rynek audiofilski, to Audiovector podchodzi do tematu też tak, że są to poniekąd kolumny, które mają zagrać także w nieco mniej optymalnych warunkach i mają odtworzyć bez problemu każdą muzykę. A przy tym zagrać jak najbardziej wiernie. Oczywiście są to obiegowe opinie oraz pewne deklaracje i tutaj też wchodzimy w tym momencie w kwestie takie, jak chociażby strojenie kolumn oraz pewne, wpływające na ostateczny rezultat brzmieniowy, decyzje konstrukcyjne. Jednakże interesującym jest też fakt, że sama marka ma jednak całościowo bardzo dobrą reputację i na szeroko pojętym „zachodzie” jest bardzo dobrze znana.
Co więcej, do interesujących wniosków można dojść, jeżeli przyjrzymy się bardziej wnikliwie ofercie firmy. A już w szczególności, jeżeli przeanalizujemy tę ofertę od strony bardziej technicznej, bardziej zwracając uwagę na pewne rozwiązania stosowane przez producenta z Kopenhagi. Przede wszystkim, w obu seriach głośnikowych, zarówno droższej R (w której niejako „środku” znajdują się recenzowane teraz kolumny), jak i nieco bardziej przystępnej QR – króluje głośnik wysokotonowy AMT. Żeby było ciekawej, to właśnie przypadku serii R kolumny możemy dostać także ze „zwykłym” kopułkowym głośnikiem wysokotonowym. Ale też, jeżeli już zdecydujemy się na wersję z Air Motion Transformer – to do wyboru (cały czas mówimy o serii R) mamy dwa warianty, a mianowicie tańszą Avantgarde oraz droższą Arreté. Żeby było ciekawiej, oba warianty różnią się nie tylko rodzajem głośnika AMT, ale także całą masą innych rozwiązań o nazwach, które naprawdę wymagają w pewnych przypadkach nieco dłuższego wyjaśnienia.
Jednocześnie abstrahując już od tego, jakie rozwiązania w tych kolumnach zastosowano, to oczywistym jakby jest fakt, iż najważniejszy jest rezultat końcowy. Zwłaszcza, że Audiovectory R3 do specjalnie tanich nie należą. W chwili obecnej (początek 2023 roku) kosztują mniej więcej 40 tyś złotych za parę. Czy to dużo? Szczerze powiedziawszy – to tylko jedno z pytań, jakie można sobie zadać przyglądając się z bliska tym jakże interesującym kolumnom.
Audiovector R3 – konstrukcja
Zacznijmy może od rzeczy podstawowych. Audiovector R3 to konstrukcja – jak widać, wolnostojąca. Zaopatrzona w trzy przetworniki. Z czego, idąc od góry, pierwszy to głośnik wysokotonowy AMT, pośrodku głośnik średnioniskotonowy, poniżej którego mamy przetwornik niskotonowy. To, wbrew pozorom dość często stosowana i lubiana przez konstruktorów konfiguracja. Jest ona – oczywiście w pewnym sensie – logicznym rozwinięciem koncepcji kolumny dwudrożnej o trzeci głośnik, który operuje w zakresie basu. Ale nie tylko. Ten trzeci głośnik bardzo często wspiera resztę nie tylko w zakresie ogólnie pojętego basu, ale także często w nieco wyższym spektrum. Ma to swoje uzasadnienie z dwóch przyczyn. Otóż, po pierwsze, w materialne muzycznym jest zazwyczaj bardzo dużo energii w zakresie niższego środka i wyższego basu. A po drugie, i to się będzie tyczyć wszystkich, mówiąc prostym językiem, smukłych kolumn – mamy tutaj do czynienia z dość mądrym i skutecznym zarazem sposobem na korekcję tak zwanego „baffle step loss”. To ostatnie zjawisko polega, w dużym oczywiście skrócie, na tym, że im węższa przednia ścianka, tym zamontowany na niej przetwornik będzie miał większy spadek charakterystyki poniżej pewnego zakresu częstotliwości. I bardzo często, aby zniwelować ten spadek – stosuje się dodatkowy przetwornik, który zazwyczaj pracuje właśnie w tym zakresie (oprócz samego basu). Jednocześnie charakterystyka przenoszenia to jedno, natomiast można śmiało założyć, że znacznie bardziej istotnym będzie tutaj fakt, że zastosowanie dodatkowego przetwornika da nam inne, bardzo cenne zalety. Po pierwsze większa sumaryczna powierzchnia membran da nam więcej basu przy tym samym ich wychyleniu. Jednakże jest też coś jeszcze innego, a mianowicie chodzi o to, że właśnie zastosowanie drugiego przetwornika w zakresie niskich (ale nie tylko, mówiąć koloklwialnie, „basowych”) częstotliwości da nam po prostu niższe zniekształcenia właśnie w tym przedziale pasma, gdzie w muzyce zazwyczaj jest po prostu sporo energii. Proszę sobie spojrzeć na wiele bardzo drogich, często kilkudrożnych i renomowanych jednocześnie konstrukcji, gdzie nierzadko mamy do czynienia z dwoma osobnymi przetwornikami basowymi o różnej średnicy. Ten mniejszy ma właśnie przetwarzać wyższy bas, wspomagając w ten sposób bardziej dedykowany średnicy przetwornik.
Wracając zaś do samych Audiovectorów R3 Avangarde oraz ich konstrukcji, to – jeżeli chodzi o sposób pracy obudowy w zakresie niskich częstotliwości – mamy tutaj do czynienia z konfiguracją typu bass-refleks. Na pierwszy rzut oka, patrząc nawet poprzez pryzmat zdjęć – można by wywnioskować, że port ten, a w zasadzie dwa porty, umieszczono z tyłu obudowy przy jej górnej krawędzi. Otóż nie – te dwa otwory pełnią inną rolę i do tego jeszcze dojdziemy. Natomiast sam port bass-refleks umieszczono w podstawie kolumny. I promieniuje on na dół, w stronę podłogi. Dlatego właśnie R3 mają dość ciekawy i specyficzny zarazem cokół na dole. Ma on za zadanie nieco odsunąć właściwą skrzynkę kolumny od podłogi tak, aby dać trochę miejsca na rozejście się fali od portu bass-refleks. Jednocześnie takie umieszczenie kanału jest rzadko stosowane, bo większość producentów najczęściej wybiera umieszczenie albo na przedniej albo na tylnej ściance. Lokalizacja otworu na dolnej (a w zasadzie przy każdej większej płaszczyźnie) wzmacnia jego działanie, ale też ma tutaj inne uzasadnienie. Zacytujmy tutaj słowa Ole Klifotha, założyciela marki Audiovector:
„Wierzę, że dobrze mieć odpowiednio zdefiniowaną odległość do pierwszej odbijającej powierzchni. To część całego równania konstrukcji. Wszystkie Audiovectory są łatwe w umiejscowieniu w pomieszczeniu odsłuchowym, ponieważ ich odpowiedź basowa jest zaprojektowana aby dać liniową odpowiedź z uwzględnieniem wpływu pomieszczenia na bas. Ponadto system basowy w R3 jest specjalny: oba przetworniki nisko-średniotonowe są połączone rezystywnie nawzajem. To daje bardziej precyzyjny bas i sprawia, że głośnik może zagrać bez zniekształceń przy całkiem wysokich poziomach”.
Taka implementacja wymaga też od konstruktora znaczącej wprawy w projektowaniu, a już zwłaszcza dostrajaniu kolumn w zakresie basu. Inaczej, i może w sumie prościej rzecz ujmując, przy takiej konfiguracji bass-refleksu basu zazwyczaj będziemy mieć więcej, ale trzeba się naprawdę postarać, aby był on naprawdę dobrej jakości. I mam tu na myśli nie tylko zastosowanie odpowiednich przetworników o wystarczająco niskiej dobroci całkowitej (Qts). A bardziej o rzeczy w sumie najważniejszej, czyli o umiejętności odpowiedniego dostrojenia całości tak, aby to wszystko miało muzyczny sens. Bo nie ukrywajmy, jest też sporo kolumn na rynku, które z technicznego punktu widzenia są co najmniej bardzo dobre, a nierzadko zawodzą muzycznie.
Bas basem, jednakże w przypadku Audiovectora, jeżeli już przy konstrukcji R3 jesteśmy, niemniej istotne są same przetworniki. Jak już napisałem, są one projektowane i (częściowo) produkowane przez firmę z Kopenhagi. Przetworniki te kryją kilka rozwiązań, z których część zapewne będzie znana ludziom bardziej obeznanym z tematem konstrukcji przetworników głośnikowych. A część z kolei – i tutaj trzeba duńskiej marce przyznać to bez bicia – może się okazać zupełnym novum. Zostawmy przy tym może wysokotonowy głośnik AMT na deser tego technicznego opisu i przyjrzyjmy się de facto temu, co kryją w sobie przetworniki nisko-średniotonowe. Bo w każdej kolumnie są dwa, posiadają średnicę (umowną) 6.5 cala. Oprócz wspomnianej średnicy – wspólny dla nich jest nie tylko materiał membrany, czyli plecionka karbonowa, ale także materiał powlekania tejże, czyli specjalny rodzaj żywicy. To, co przy tym jest niewidoczne dla oka, to kolejny istotny fakt. Otóż cewki w przetwornikach posiadają karkasy wykonane z tytanu. Jest to jedna z tych cech, które charakteryzuje przetworniki głośnikowe z najwyższej półki. Tytan oznacza nie tylko lepsze parametry mechaniczne, ale też pozwala stworzyć przetworniki o – i tutaj już wchodzimy w dość zawiłe aspekty techniczne – większej liniowości indukcyjności cewki w funkcji wychylenia membrany. A mówiąc z kolei bardziej po ludzku – pozwala na stworzenie przetwornika o słyszalnie niższych zniekształceniach.
Zatrzymując się jeszcze na chwile przy głośnikach średnio-niskotonowych w R3 to ciekawy jest jeszcze jeden detal. Otóż pokrycie włókna aramidowego specjalną żywicą nie tylko dodatkowo je tłumi, ale jak twierdzi producent – pełni także dwie dodatkowe, ważne, funkcje. Otóż po pierwsze – zabezpiecza właściwą plecionkę z włókna aramid. A po drugie, sprawia też, że plecionka ta nie przepuszcza powietrza pomiędzy warstwami włókna, co z kolei przyczynia się do bardziej tłokowej (i teoretycznie bliższej ideałowi) pracy przetwornika w danym zakresie pasma. No i nadaje samym membranom dość charakterystycznego wyglądu. Odnośnie samego procesu powstawania przetwornik, to pozwolę sobie znowu zacytować Ole Klifotha:
„Kiedy projektujemy przetworniki, niezwykle istotnym jest proces odsłuchów. Możemy mieć 5 różnych przetworników z dokładnie taką samą charakterysytką odpowiedzi częstotliwościowej i dokładnie takim samym obrazem zniekształcen, a wciąż będą one brzmieć różnie. Materiał w serii R został wybrany ze względu na jego połączenie detali i bogactwa brzmienia. Wybraliśmy go z sumarycznie 52 różnych membran, które wyglądały podobnie do siebie”.
I tak jeszcze pozostając na chwilę przy przetwornikach – same kosze przetworników są w przypadku Audiovectora także nieco nietypowe, a to ze względu na ilość śrub mocujących. W R3 wszystkie przetworniki, włącznie z wysokotonowymi AMT są montowane za pomocą 3 specjalnych śrub, co z kolei ma zapewnić lepsze mocowanie do przedniej ścianki obudowy. Sama zaś obudowa nie posiada równoległych ścianek. Bo nie dość, że zwęża się ku tyłowi, to – jeżeli przyjrzymy się uważnie okolicom cokołu – jest ścięta od dołu. Z jednej strony zapewnia to eliminację fal stojących we wnętrzu obudowy. Z drugiej zaś nadaje samym kolumnom ciekawego i w pewnym sensie „lekkiego” wyglądu.
Na koniec tego nieco przydługiego opisu konstrukcji Audiovectorów R3 Avantgarde został nam głośnik wysokotonowy. Czyli wspomniany już wcześniej Air Motion Transformer, szerzej znany, jako AMT. Zasadę jego pracy opisałem bardziej wnikliwie przy okazji recenzji aktywnych monitorów studyjnych HEDD Type 05 MKII, dlatego tutaj wspomnę tylko o dwóch najważniejszych rzeczach. Po pierwsze to przetwornik oferujący (ze względu na sposób pracy) znakomite odtworzenie sygnałów impulsowych. Po drugie zaś, posiada membranę o sumarycznie bardzo dużej powierzchni, oczywiście jak na przetwornik wysokotonowy. Jednakże sam przetwornik to jedna kwestia, natomiast to, co w Audiovectorach jest w zasadzie najciekawsze – to sposób jego implementacji. Pisałem wcześniej o dwóch otworach z tyłu obudowy, które można by na pierwszy rzut uznać za otwory bass-refleks. Otóż nie – głośnik wysokotonowy AMT jest od tyłu wentylowany, posiada własną komorę. I nie, nie jest to sama komora głośnika, która – jak w przypadku wielu wysokotonowej – byłaby z nim zintegrowana. W przypadku Audiovectorów mówimy o komorze w obudowie kolumn. I ta właśnie ta wewnętrzna przestrzeń – posiada nie tylko wytłumienie wewnątrz, co także wspomniane dwa otwory wentylacyjne. Producent nazywa to rozwiązanie: „Soundstage Enhancement Concept”, a w skrócie „SEC” i ma ono za zadanie zapewnić lepsze odwzorowanie sceny. Co to daje? Zacytujmy znowu założyciela duńskiej marki:
„Tak, to są „porty” dla promieniowania tylnej strony przetworników wysokotonowych. Audiovector jest jedyną firmą, która korzysta z grających do tyłu przetworników AMT w konfiguracji SEC. SEC oznacza, Soundstage Enhancement Concept. SEC skutkuje w szerszym „sweet spocie” – a raczej w „sweet area” i w lepszym odzworowaniu 3D”.
Podsumowując, ciekawych i unikatowych można by rzec rozwiązań znajdziemy w Audiovectorach R3 Avantgarde całkiem sporo. Ciekawe zatem, czy przełoży się to
w równie interesujące brzmienie?
Audiovector R3 Avantgarde – brzmienie
Jak już wspomniałem, konstrukcja Audiovectorów jest, można powiedzieć, dość nietuzinkowa. I, co tu dużo mówić – takie też otrzymujemy brzmienie. Trzeba to powiedzieć już na samym wstępie opisu brzmienia: to są jedne z tych kolumn, po których od razu słychać, że mamy do czynienia z głośnikami, które nie idą na skróty. I, poniekąd, już ujmując sprawy bardziej kolokwialnie, wykładają przysłowiową „kawę na ławę”.
Po wielu godzinach odsłuchów i wielu dniach spędzonych z tymi kolumnami, mam pewien wniosek, czy też refleksję, od której – może trochę nietypowo – chciałbym rozpocząć opis tego, jak duńskie kolumny grają. Otóż swego czasu, a w zasadzie to dość dawno temu – przyjęło się określenie „angielskiej szkoły brzmienia”. Tyczy się to w dużej mierze kolumn głośnikowych produkowanych w Wielkiej Brytanii w latach 70-tych i 80-tych ubiegłego stulecia. Kolumny te bardzo często oparte były na różnych konfiguracjach przetworników z plastykowymi (uogólniając nieco) membranami, gdzie obudowy były zazwyczaj mocno, czy też bardziej precyzyjnie, gęsto wytłumione. Kolumny te często grały z pewnego rodzaju naciskiem na środek pasma, niespecjalnie pozwalając sobie na ekscesy na jego skrajach. Zwłaszcza, że często bas był, czy też raczej właśnie nie był – królem szybkości i definicji (między innymi ze względu na wspomniane wytłumienie, aczkolwiek to oczywiście temat na osobną historię). Dlaczego o tym wspominam przy recenzji, bądź co bądź, kolumn produkcji nie brytyjskiej, ale właśnie duńskiej? I to w dodatku w latach, kiedy też kolumny z wysp mają już w sumie niewiele wspólnego z tamtym brzmieniem? Ano dlatego, że Audiovectory są poniekąd antytezą właśnie tego dawnego „brytyjskiego brzmienia”, a przy tym w jakiś przedziwny sposób zachowują pewne jego najlepsze smaczki.
Przy czym wcale nie trzeba jakoś specjalnie przebierać w realizacjach, bo już na Saint Germain „Rose Rouge” można było dobitnie przekonać się o kilku wrodzonych cechach Audiovectorów. R3 Avantgarde wyraźnie kreślą dźwięki, nie mają problemów z gęstymi składami i aranżacjami. No i mają też bardzo dobrze, nawet patrząc przez pryzmat – niemałej w końcu – ceny, zdefiniowaną górę pasma.
Do najwyższych oktaw pozwolę sobie jeszcze wrócić, jednakże warto skupić się na tym, co w przypadku duńskich kolumn jest w sumie od samego początku – zaryzykuje użycia tego stwierdzenia – dość uderzające. Otóż R3 Avantgarde to kolumny, które oferują wysoki poziom precyzji, kreślą dźwięki pewnie i dokładnie, a przy tym jednocześnie mają bardzo ciekawą barwę. Jeżeli chodzi o pierwszą z wyżej wymienionych cech to czuć, że kolumny świetnie radzą sobie z reprodukcją impulsów muzycznych. I to zarówno w skali makro (w zakresie oczywiście swoich możliwości dynamicznych), jak i – co w sumie bardziej ważne – także w skali mikro. I nie chodzi mi tutaj jedynie o zachowanie głośnika AMT, a bardziej o ogólny charakter kolumn. Charakter, który… nie, właśnie nie jest chropowaty, lecz ma właśnie taką swoistą, a jednocześnie przyjemną w odbiorze „twardość”.
Jednocześnie R3-ki przy całej swojej precyzji rysowania dźwięków wcale nie brzmią anemicznie. A to z kolei związane jest z drugą cechą, o jakiej wspomniałem, czyli z barwą. Warto tutaj odnieść się do konstrukcji kolumn. Głośniki średnio-niskotonowe mają membrany z plecionki aramidowej pokrytej dodatkowo żywicą. I faktycznie, nie jest to ani brzmienie przetworników papierowych z ich dość charakterystyczną barwą, ani też brzmienie przetworników z membranami metalowymi. Żeby było jeszcze ciekawiej, nie jest to także „nic pośrodku”. Generalnie rzecz ujmując, można by powiedzieć, że Audiovectory stawiają na nieco chłodną precyzję, gdyby nie to, że właśnie nie jest to brzmienie chłodne per se. Bo nie ma tutaj też żadnych kombinacji polegających na wycofaniu niższego środka, czy najwyższego basu. Można też powiedzieć, że barwa jest nasycona, ale przy tym wcale nie przesycona. I też, że to nasycenie bardziej dotyczy samego środka pasma, aniżeli zakresu przełomu średnicy i basu.
A jeżeli zaś o sam środek chodzi – to na Portishead „Roads” wokal był bardzo wyraźnie zawieszony na środku sceny i podany niezwykle wyraźnie, bez jakichkolwiek oznak sztucznego ocieplenia. A jednocześnie słuchając całej płyty brytyjskiej kapeli nieustannie miałem wrażenie, że taka prezentacja jest bliższa prawdy (bo jest…). „Taka”, czyli bez zbędnego romantyzowania, bez tego ocieplającego nalotu. W ten sposób zmierzamy do kolejnej istotnej cechy kolumn z duńskiego Skovlunde. Otóż mamy tutaj do czynienia z generowaniem emocji bardziej poprzez bezpośredniość przekazu, poprzez impuls, aniżeli przez (nierzadko przyjemne, co prawda, acz sumarycznie nieprawdziwe) uśrednianie muzycznych wydarzeń między sobą. Jednocześnie ta bezpośredniość jest w Audiovectorze bardzo przyjemna w odbiorze.
A za tę przyjemność odpowiada też jeden z aspektów, który w R3 może w sumie całkiem nieźle zdziwić. Mowa oczywiście o niskich tonach. Tutaj mamy do czynienia z bardzo ciekawą sytuacją, ponieważ patrząc tak całościowo to mogłoby się wydawać, że takie a nie inne strojenie tego zakresu (zaraz do tego dojdę, jakie konkretnie) może nie pasować do całościowego charakteru tych kolumn. A tymczasem im dłużej ich słuchałem, tym bardziej rozumiałem, że tutaj wszystko do siebie po prostu pasuje. Przede wszystkim niskie tony są zdecydowane, dynamicznie, mają mocne uderzenie i schodzą dość nisko. A przy tym zachowują bardzo dobrą kontrolę, nie ma tutaj żadnego zbędnego przeciągania wybrzmień. Fakt faktem, nie jest to bas z kolumn zamkniętych, ale tutaj bardziej chodzi mi o jego całościowy charakter, o to, jakie cechy są w przypadku najniższych oktaw w przypadku R3 przeważające. Albo ujmując jeszcze inaczej: Audiovector pokazuje tutaj, że można zrobić dobrze grające basem kolumny z bass-refleksem. „Why So Serious” Hansa Zimmera został odtworzony bardzo dynamicznie, generując zdecydowanie większy obraz dźwiękowy i też – właśnie za sprawą basu – lepszy oddech na niskich częstotliwościach, aniżeli wskazywałyby na to rozmiary duńskich kolumn. To właśnie dynamiczne, entuzjastyczne niskie tony sprawiają, że Audiovectory pomimo dużej bezpośredniości nigdy nie zabrzmią zbyt ostro, bo bas jest także naturalną przeciwwagą dla odważnie poczynających sobie wysokich tonów. A jednocześnie to właśnie te wysokie tony sprawiają też, że wszystkie impulsy są wyraźnie odwzorowane i to też (najprawdopodobniej) przekłada się na zaskakującą wręcz (jak na taki sposób strojenia basu) konturowość basu. Szczerze powiedziawszy takie połączenie jest niezwykle rzadkie i tutaj należy się konstruktorom tych kolumn spore uznanie.
Jednocześnie mamy do kompletu bardzo wyraźnie budowaną scenę. Sposób prezentacji przestrzeni stawia dość mocno na ogniskowanie pozornych źródeł przy jednoczesnym budowaniu sceny w głąb. Audiovectory R3 generują też sporych rozmiarów przestrzeń, gdzie – przy odpowiednim torze – kolumny potrafią po prostu zniknać.
Ale żeby nie było, jest też jedna rzecz, o której tutaj chciałbym wspomnieć, która będzie wymagać uwagi. Otóż R3 raczej średnio się zgrają z budżetowym sprzętem i generalnie torami, które mają jakąś granulację w brzmieniu. Bo ją po prostu, mniej lub bardziej dobitnie, ale jednak – pokażą. To nie są kolumny, które same z siebie grają w jakikolwiek sposób ostro, ale trzeba też pamiętać o specyfice przetwornika AMT, który także odtwarza cześć zakresu wyższego środka. I robi to w bardzo wyrazisty i nieskrępowany sposób. Między innymi dlatego Audiovectory są też czułe na zmiany w kablach, aczkolwiek to traktowałbym jako dodatkowe pole manewru, pozwalające już docelowo wymodelować brzmienie.
Audiovector R3 Avantgarde – podsumowanie
W przypadku tych konkretnie kolumn mamy do czynienia z bardzo ciekawą sytuacją. Otóż, jak zapewne Państwo zdążyli zauważyć – już na pierwszy rzut oka widać, że to kolumny, nad którymi konstruktor spędził nieco czasu. Niektóre zastosowane w nich rozwiązania są bardziej rozpoznawalne, popularne i stosowane też w konstrukcjach innych producentów. O innych zaś można z dużą pewnością powiedzieć, że są unikalne właśnie dla Audiovectora – jak chociażby bardzo rzadki sposób aplikacji przetwornika wysokotonowego, który sam w sobie przecież do pospolitych nie należy. Rozwiązania to jedno, natomiast to, co jest w tym konkretnym przypadku najważniejsze to fakt, że zastosowane w R3 koncepcje po prostu działają w praktyce. Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że w obszarze cenowym, w jakim znajdują się te kolumny – konkurencja jest znaczna. I można nawet pokusić się o kolumny albo planarne, albo też o zupełnie innej estetyce i wykonania i brzmienia. Jednakże trudno jest mi się oprzeć wrażeniu, że Audiovector R3 Avantgarde to świetnie zrealizowana koncepcja nietuzinkowej kolumny opartej o kombinację równie nietuzinkowych elementów, których całość oznacza znacznie więcej, niż suma części składowych. Szczerze powiedziawszy, to R3 Avangarde zagrały na tyle dobrze i po prostu ciekawie, że teraz z niecierpliwością czekam na któreś z kolumn z serii R w wersji Arreté. A tymczasem – pozostaje przyznać pełną rekomendację.
Adam Kiryszewski
Dystrybutor: Audio Center Poland https://www.audiocenter.pl
Cena: 42290 PLN za parę






